Czwartek, to taki mały piątek

Po pracy i szeroko pojętej aktywności fizycznej dotarłam do domu w stanie naprawdę „umęczon i pogrzebion”. Oraz purpurowa na obliczu. Wdrapałam się – nie bez trudu i rozgłośnie sapiąc – na to nasze piętro. Pierwsze, ale czasem robi się z niego siódme z bardzo stromymi schodami. Oraz na kolanach po żwirze.

Wtem otwieram drzwi.

Bałagan przysypał mnie lawiną – pamiętajmy jednak, że mężczyźni albo opiekują się dziećmi, albo porządkiem w chałupie. I tam nie ma szansy na slash. Cieszę się, że są tacy, którzy potrafią zająć się trójką dzieci, a nie tylko jednym z trojga. Ja mam to szczęście, że Książę Małżonek potrafi i to z powodzeniem.

Janek oczywiście wpadł mi w objęcia, przytulił się jakbyśmy się nie widzieli z miesiąc, a następnie, patrząc z zachwytem i uwielbieniem na uszarganą przez rzeczywistość rodzicielkę, wypowiedział:

– Mamo, jak Ty ślicznie wyglądasz!!

Spłynął na mnie budyń waniliowy z polewą. Na ciepło. I z truskawkami po wierzchu. W ulubionej wyszczerbionej miseczce z niebieskim szlaczkiem.

Mój kochany Syneczek malutki.

Jutro pomyślę o tym, że ma dość zdumiewające poczucie estetyki.

Na deser taka sytuacja.

Komunikat pana maszynisty z SKM-ki:
„Uwaga podróżni, z powodu stagnacji na średnicy pociąg doznał opóźnienia około 6 minut”.

Przepraszam, ale podróżni rechoczą :-)))

Połowiczny rozpad

Na treningu przy brzuszkach albo wstrętnych i okropnych półprzysiadach, po których mięśnie bolą jeszcze przez długie godziny, a które niestety bardzo dobrze robią na moje pełne i kobiece dolne partie kosodrzewiny, zawsze przychodzi taki moment, kiedy mam ochotę umrzeć. Paść bez życia i zostać sobie na tej przytulnej podłodze do końca świata. Być pyłem wszechświata na odcieniu dąb village i trzech warstwach lakieru.

Robisz milion spięć, przy każdym kolejnym wydaje Ci się, że to już absolutne maksimum wytrzymałości i choćby skały srały dalej nie ruszysz nawet palcem, nie mrugniesz, nie odetchniesz, nic. Finito. I w momencie, gdy już wykrztuszasz z siebie wraz z purpurą na obliczu własną dwunastnicę oraz charczysz w dwutakcie… trenerka mówi: „jeszcze tylko szesnaście razy” a Jej głos – bez cienia zadyszki, śpiewny, radosny i wypoczęty, oraz niestety, jak cała Ona, szczupły i umięśniony – spycha Cię wprost w odmęty rozpaczy i na mokry od potu ręcznik.

Zaprawdę powiadam Wam – to jest ów moment, w którym pragnę umrzeć. Umrzeć kategorycznie i na śmierć.

Zaraz potem robię te szesnaście brzuszków, półprzysiadów ze sztangą nad głową, czy pompek. Mrucząc pod nosem brzydkie wyrazy.

A gdy każe nam wciągnąć brzuchy, spiąć pośladki, ugiąć kolana, opuścić barki, wypiąć biust do przodu oraz oczywiście jednocześnie z tym wszystkim oddychać i jeszcze nas wesolutko pyta: „Jak tam?”, to zamiast: „W porządku” wszystko we mnie krzyczy: „Chyba żartujesz! W tej pozycji jestem kaczką!” Większości ludzi nawet nie śniło się, że bycie kaczką jest tak męczące. Ba! Większość ludzi ma to gdzieś. I pewnie słusznie.

Sprawdzać wytrzymałość można na wiele sposobów. Trenerka wyciska z nas zjedzone rok temu pączki. Jak również te, na które ewentualnie dopiero przyszłaby nam ochota.

I tak po ćwiczeniach marzę jedynie o kąpieli i zakopaniu się sześć metrów wgłąb kołdry. Żaden pączek nie przyjdzie mi nawet do głowy, a gdyby przyszedł, pogoniłabym długim kijem (co innego na drugi dzień, wtedy owszem).

Natomiast córka moja, Lena dodatkowo postanowiła sprawdzić wytrzymałość i odporność na brak snu rodzicielki. Usnęła z wielkim trudem w okolicach 23. O północy padłam stylem klasycznym i ja… by o pierwszej powstać i nosić tę małą larwę do 2.30 po mieszkaniu. Gdyż dziecię to nie znosi przestojów i monotonii. Kiedy już ręce mi odpadły i legły na puchatym szarym dywaniku, Księżniczka łaskawie raczyła uciąć se komarka.

Nie pamiętam jak wróciłam do łóżka. Pamiętam jednakowoż, że punktualnie o piątej obudził mnie rączy tętent i radosne wołanie „Mamo! Dzień doobry! Idę sikuuu!!” A, że oprócz mnie, ów tętent obudził również Siostrę z Piskiem i Brata z Fochem, poranek mogę zaliczyć do barwnych i obfitujących w cały wachlarz emocji. Jak wenezuelska telenowela na przyspieszeniu.

Jestem pozostałością po kaczce.
Przejechał mnie traktor, a potem wracał.
Jestem w stanie połowicznego rozpadu.

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta, coraz bliżej święta oraz permanentna katatonia. Aktualnie jest to mój upragniony stan. Zaraz po Alasce.

Wyjście z lasu

Pierwszy dzień w pracy po rocznej nieobecności to, proszę mi wierzyć, nie lada wydarzenie. Ludzie po letnich dwutygodniowych urlopach nie mogą się odnaleźć, a wyobraźcie sobie mnie – borostwora z lasu, który przez rok porozumiewał się często głużeniem i monosylabami, tudzież tłumaczył dwóm gniewnym braciom, że pranie się po pyskach i obdarzanie wdzięcznym tytułem idioty może być męczące, zwłaszcza dla otoczenia, a ponadto nic, poza kolejną falą złości, nie wnosi.

I teraz oto udać się trzeba między dorosłych ludzi, najczęściej bez pieluch i dojmującej potrzeby informowania otoczenia ze szczegółami o celu wizyty w toalecie. Niby cudnie, prawda? Nikt mnie nie upaćka, nie wplącze we włosy plasteliny, nie najedzie samochodem na mały palec u nogi, nie strzeli focha, że za dużo zadanych lekcji.

Było trudno. Przestawić się, ogarnąć, oswoić. Ale pierwszy dzień minął. Wszyscy przeżyli. Każdy kolejny będzie łatwiejszy – afirmuję uporczywie i z wiarą.

O 17-tej wyszłam i włączyłam autopilota. Tryb „do domu, do domu, do domu”. Marząc o teleporcie, wsiadłam do pociągu. A raczej wcisnęłam lewą stopę i wessał mnie tłum.

Ślurp, mlask.

Pół godziny później nadal lewitowałam w SKM-ce i starałam się wyłączyć zmysł powonienia. Niechże ona już ruszy – myślałam – bo umrę. Od smrodu jednak się nie umiera. To by było za proste.

Następnie minęło kolejne pół godziny.

Uważam, że tkwienie w niekoniecznie pożądanych objęciach z co najmniej dwudziestoma osobami z różnym zamiłowaniem do higieny osobistej jest formą bardzo wymyślnych tortur.

Emocje jak na rybach.

W pociągu spędziłam finalnie półtorej godziny. Nie można było wyjść, gdyż ponieważ albowiem byliśmy już na nasypie kolejowym, nasypie za wysokim i za stromym na nasze krótkie ludzkie nóżki. Dobrze, że mam internet w telefonie, bo nie zabrałam książki. A tak, prowadziłam relację w czasie rzeczywistym z moich perturbacji z PKP, które podobno jest teraz takie super (szkoda, że w swej superowości nie wie, że widły i trójząb to jednakowoż nie to samo) i było mi lżej.

Na żywo z pociągu relacji Warszawa Zachodnia – Reszta Świata. Czytał Lucjan Szołajski.

Kiedy już wysiadłam z pociągu w Rembridge, z radości miałam ochotę paść na kolana i ucałować kostkę brukową. Powstrzymałam się jednak gdy tylko złapałam ostrość.

W domu rzucił się na mnie tabun dzieci. Jakbym wróciła z dalekich wojaży i miała dla nich prezenty. Zamiast podarków miałam ochotę zamknąć się w szafie i przeczekać kilka miesięcy.

Mam głowę wielkości basenu Morza Śródziemnego. A w niej nowy program z pierdyliardem rozmaitych kliknięć, kwerend, okien i wierszy.

Oesu, wutki! I lobotomii!

Dziś dwa razy M

Moniki i Moniczki, te bliskie i te z większą liczbą kilometrów ode mnie, niech Wam się szczęści i będzie cudownie. Spełnienia marzeń. Nie tylko imieninowo. Cmoki w boki :-*

Oraz dołączam się do ogólnopolskiej akcji trzymania kciuków za maturzystów i ich zestresowanych do imentu rodziców. Kochani, oddychamy do torebki i pijemy melisę chochlą z wiadra.

Ja do dziś pamiętam swoją maturę i nawet temat z polskiego potrafię wyrecytować. Stresowałam się tak strasznie, że gdy autobus stał na światłach, serce mi stawało, że nie zdążę. Oczywiście dotarłam pół godziny przed czasem. W torbie miałam chyba 700 długopisów, czerwone majtki niemiłosiernie uwierały mnie koronką a w rajstopach poszło oko jak z rybackiej sieci.

Po odczytaniu tematów:

1. Poczułam własny żołądek za paprotką u szanownej komisji.
2. W głowie stwierdziłam olbrzymią i dojmującą idealnie czarną dziurę.
3. Rozbeczałam się.
4. Nadal beczałam.
5. Zobaczyłam triumfującą minę Historycy.
6. Spięłam poślady i posmarkując wypociłam dzieło o motywach kreacyjnych artysty w poezji.
7. Nie zdążyłam przepisać na czysto, bo się rozpisałam.
8. Polonistka była żywo zdumiona, zarówno wyborem tematu, jak i liczbą stron.
9. Wyszłam i poczułam, że właściwie było całkiem fajnie i niepotrzebnie się denerwowałam.
10. Dopiero w autobusie spostrzegłam, że tusz do rzęs, które wytuszowałam w tajemnicy przed rodzicami za rogiem ulicy zgięta w pałąk od wiadra, spłynął mi centralnie na białą bluzkę i zatrzymał się na biuście (co wyglądało jakbym się obłapiała niecnie z kominiarzem).
11. Wróciłam do domu z rękami zaplecionymi w ósemkę i przemykając pod płotem.
12. Przytuliłam zgrabną piątkę a kolejne dni były już spokojniejsze.

Sami więc widzicie, że się da.
Tylko tusz trzeba mieć wodoodporny.

Marud, ale bez wrzodów

– A wiesz, czytam czasem to, co tam pisujesz na tym swoim blogu – zagaiła znajoma w autobusie linii 153 w kierunku ulicy Mokry Ług, niskopodłogowym.

– Uhm, fajnie – od razu w myślach włączyłam wyszukiwarkę potencjalnie obsmarowujących notek. Na szczęście to fajna znajoma i jakby co, wybaczy (liczę na to bardzo ;)).

– Tylko mało masz komentarzy. Może powinnaś bardziej przystępnie pisać? Tak wiesz, dla ludzi – poradziła znajoma.

– Nie wiem. Może ludzie nie mają czasu ani nic do napisania – odrzekłam lekko zmęczona trudnym dniem, który zaczął się za wcześnie i skończy za późno – A jak powinnam, żeby było „dla ludzi”?

– Krótko, hasłowo, że zdjęciem. I bez marudzenia – wyznała w krótkich żołnierskich słowach – Tak wiesz „jest super i ja też jestem super, a tu ja jedząca rzeżuchę”.

– Nie lubię rzeżuchy. Oraz składam się z marudzenia – wyjawiłam zgodnie z prawdą i grzecznie się pożegnałam, gdyż nadjechał mój przystanek.

Mimo wszystko pozostanę przy pisaniu po swojemu. Dla ludzi, którzy czytają i gdzieś tam są, choć nie zawsze zostawiają ślad. Blogi z rzeżuchami są na pewno interesujące, ale bez sensu. Brak marudzenia musiałabym kompensować w jakiś wymyślnie okrutny sposób, oraz należałoby mnie skutecznie zakneblować. A bycie super musi być cholernie męczące i na pewno prowadzi do jakichś chorób, zboczeń i innych nałogów.

Świat jest pełen super-księgowych, którzy ostatniego dnia miesiąca zabijają ciosem z segregatora w potylicę biednych, zalegających z płatnościami klientów.

Lubię patrzeć jak inni pracują

Na podwórzu Książę Małżonek wraz z Bratem i Igorem montują plac zabaw. Będzie zjeżdżalnia i dwie huśtawki. Jedna dla Igo, druga – z bezpiecznym siedziskiem – dla maluchów. Piaskownica jeszcze w planach ale na późniejszy termin.

Janek z entuzjazmu prawie rozpękł się na pół, następnie zjadł obiad i zasnął. Lena postanowiła pilnować obejścia i odmówiła drzemki. Kategorycznie. Igo dumny chodzi z młotkiem i dobija wszystkie gwoździe, które umyślnie w tym celu pozostawiono. Faceci uwijają się jak w ukropie, bo w perspektywie jest ognisko z kiełbaskami i upędzony przez Księcia Małżonka pitny miód.

Ja ograniczyłam się do zażywicowania wszystkich pęknięć w drewnianych balach i wycofałam się na z góry upatrzony leżaczek. Stąd mogę podziwiać, chwalić i cieszyć się na fantastyczne weekendy z książką na hamaku, skąd będę miała dobry widok na bawiącą się dzieciarnię i upragniony święty spokój.

Koniec świata.
Idę zagrać w lotto.

—————————-

Dużo później.

Ogniska nie było.
Stawiali to pięć godzin.
Zdążyłam pokąpać i uśpić dzieci oraz osuszyć sporą butlę lubelskiego cydru.
Bardzo dobry.

Uszy jako wyraz buntu

Szwy z paszczęki zostały zdjęte. Tym samym zostałam uwolniona od wnerwiającej plątaniny nitek w ustach, z którą czułam się jak rasowy wieloryb. Wprawdzie dwie nitki wyjęłam jeszcze potem sama w domu przy użyciu nożyczek do paznokci, pęsetki i lusterka w etui po puderniczce, ale przy tej liczbie mogło się Panu Doktorowi przeoczyć. Bywa.

Mamut twierdzi, że jestem Rambo, bo jej słabo na samą myśl, ale ona ogólnie wrażliwa. Kilka lat wcześniej zdjęłam sobie sama szwy z kolana, bo nie miałam ochoty jechać na drugi koniec miasta i spędzić dwóch godzin w poczekalni. Ale kolano dostępne bardziej niż środek paszczy.

Mamut wypomniała mi przy okazji, że w szóstej klasie, ponieważ nie wyraziła zgody na przekłucie mi uszu i kategorycznie odmówiła pieniędzy na kosmetyczkę, przekłułam je sobie sama. Igłą groszówą zdezynfekowaną śmierdzącym przepotwornie salicylem, przed lustrem w drzwiach szafy na wysoki połysk. Wróciła z pracy a ja siedzę w kolczykach po Babci Stasi i specjalnie włosy spięłam, żeby nie dało się przeoczyć. Dumna, blada i gotowa stawić czoła rodzicielskiemu gniewowi. Mamut się nie wściekła, tylko zmartwiła, że mnie bolało, że mogłam sobie zrobić krzywdę, że może się wdać zakażenie i umrę na różne wymyślne sposoby wijąc się malowniczo na szpitalnym łóżku. Nie umarłam jednak i mam się dobrze.

Po tym pamiętnym wydarzeniu została mi jednak pamiątka, gdyż ponieważ albowiem jedną dziurkę zrobiłam sobie odrobinę niżej, niż drugą i w ten oto sposób mam jedno ucho bardziej.

Zawsze to lepsze niż nóżka. O ucho trudniej się potknąć, a o nogę zdarzyło mi się. Wprawdzie była cudza i wystawała na korytarz z przedziału w pociągu relacji Lublin – Warszawa, ale potknięcie już niestety cudze nie było, tylko moje. Na szczęście Pan, na którego wpadłam nic nie jadł, nie pił i nie wypełniał urzędowych pism. W przeciwnym razie miałabym go na sumieniu.

Uważajcie zatem na nisko usytuowane odnóża. Zwłaszcza w pociągach.