Bolesność level master

Wczorajsze chirurgiczne usunięcie zęba skutecznie wycofało mnie na dzień ze świata żywych, żwawych i żujących. Jadę na przeciwbólowych, ciągną mnie szwy i wyglądam jak jednostronnie najedzony chomik.

Książę Małżonek chciał być miły i zakupił moje ulubione produkty na śniadanie. Jakże urocze byłyby kanapeczki z razowego chleba z dużą ilością ziaren, pasztetem szlacheckim i kwaszonym ogórkiem. GDYBYM TYLKO MOGŁA JE ZJEŚĆ A NIE JEDYNIE NA NIE POPATRZEĆ.

Gdy łypnęłam złowieszczo spod opuchlizny szybko dodał, że przewidział to – tadaaam! – i są też bułki. Tak. W istocie. Twarde kajzerki zaczepno-obronne.

Gmerając widelcem w poświątecznej sałatce jarzynowej i siorbiąc chłodną herbatę musiałam go ze trzy razy zapewnić, że nadal nie mam ochoty go zabić.

Ostatni raz tuż po tym jak wspomniał, że zupełnie przy okazji mam dietę cud. Bo w tym tempie szybciej się zmęczę niż najem.

Tak, On też szuka pozytywów. A ja tego poręcznego młotka z Castoramy.

00:45

Dzieci śpią i wyglądają jak małe słodkie aniołki. Rzeczywistość pokazuje, że to jak ktoś wygląda we śnie nijak się ma do faktu, czy jest ostatnim bydlęciem i dziadem cmentarnym, czy też nie.

Śpią te moje dziateczki aż cisza dźwięczy w uszach. Nader rzadkie zjawisko.

O! Teraz powinnam ich obudzić, zażądać mleczka, przytulenia, towarzystwa do siedzenia na nocniku w łazience, Przygód Kota Filemona na płycie, wspólnego układania puzzli i bagietki z serem albo takiego jogurtu, którego akurat jako jedynego nie ma w lodówce.

A to wszystko w odstępach dziesięciominutowych, żeby na krótką chwilę zdążyli wrócić do łóżek i się tym faktem ucieszyć.

Powinnam.

Oni mi tak robią codziennie bladym świtem. Moja rozespana faza REM ma już nerwowe tiki.

Tymczasem otulam kołdrą, głaszczę po głowach,  przykrywam wystające stópki i stopy. Kosmyk niesforny ogarniam. Całuję w czoła trzy.

I ostatnia wyłączam lampki.

Częstotliwość jest ważna

Wczoraj wróciliśmy ze świątecznego dnia u teściowej.

Ach. Było wspaniale. Oraz radośnie.

Pomiędzy zrazem a schabikiem o dowiedziałam się, że:

– Ona nigdy nie miała problemu z niejadkami, bo jej synowie byli posłuszni i jedli, co podała;
– ważę 10 kg więcej niż Ona, ojej;
– fajną mam tę sukienkę i chyba wygodna, bo taka obszerna;
– powinnam zbadać sobie tarczycę, jelita i poziom enzymów.

Na końcu języka miałam pytanie czy u jednego lekarza. I czy leczy również owsiki. Bo coś ostatnio kaszlą.

Po powrocie do domu jednym haustem opróżniłam kieliszek wina. W połowie następnego stwierdziłam, że już jest dobrze, znaczy poziom enzymów mam na tyle prawidłowy, że już nie odczuwam porażającej chęci mordu za pomocą widelca do drobiu i zaparzaczki.

Czasami naprawdę im mniej, tym lepiej i zdrowiej. Na przykład im mniej się widzimy, tym lepiej dla ludzkości i zdrowiej dla mojej wątroby.

Radosnej reszty świąt kochani! 🙂

Tap Madl i matka z kwaśną miną

Igo postanowił zostać Anją Rubik, albo królikiem.

Przez cały dzień mógłby zjeść zagon sałaty, kilka rzodkiewek, zielonego ogórka, garść rzeżuchy i ze dwa jabłka. Albo gotowane brokuły, śladową ilość łososia, jeśli ziemniaki, to tylko pieczone, pomidora, kiść winogron lub gruszkę. Ewentualnie trochę chleba mojego wypieku, z masłem, świeżą paprykę i jakieś owoce. Od czasu do czasu parówkę lub frytki. To jest maks.

Oczywiście wiem, że zdrowo, super i zamiast marudzić należy klasnąć w dłonie oraz w ramach nagrody zabrać go na Bronisze. Tylko, że trochę czuć to malizną, to raz. A dwa – spróbujcie wybrać się gdzieś z nim na proszony obiad.

Z półmiska wędlin wyciągnie spod spodu sałatę, zagryzie ogórem i powie, że jest już najedzony. Ewentualnie jak się odwrócę poprosi o nalanie coli i wypije póki nie patrzę.

Jan postanowił zostać Czarnym Łabędziem.

Oto z fazy pulchnego misiaczka uwielbiającego przytulanie i siedzenie na kolankach przeszedł niepostrzeżenie w kapryśną primabalerinę. Nic mu nie smakuje, niczego nie chce spróbować, tańczyłby tylko i biegał po domu z obłędem w oczach i opadającymi portkami. Matka ucieka się do nie lada podstępów oraz wspina na wyżyny artystycznych przedsięwzięć, by raczył skosztować obiadu. Śpiewa, tańczy, stepuje, rysuje, opowiada… a następnie ciężko dyszy i dogorywa.

Tak, próbowaliśmy różnych metod. Przegłodzenie daje tyle, że oprócz posiadania pustego żołądka, posiada również tegoż żołądka ból. Uczestniczenie w przygotowaniu daje zabawę w chowanego z chwilą wyjęcia talerzy. Kolorowe podanie dania ułożonego, dajmy na to, w żaglówkę daje przeciągłe wycie i ogólny welszmerc. Oraz zeza rozbieżnego z zaostrzeniem noży u matki.

Lena postanowiła zostać księżniczką. Niby coś tam je, ale w ilościach raczej symbolicznych. Pewnie kupiła na wyprzedaży kieckę o dwa rozmiary za małą a bal jest w maju. Najchętniej spożywa tekstylia, nie pogardzi również dywanem, zwłaszcza gdy jest puchaty i długowłosy.

Świąteczny obiad poza domem równa się wrzody żołądków u rodziców, kwaśna mina matki i rozpacz w kratkę u reszty świata.

„Czy te dzieci w ogóle COŚ jedzą?”
„Dlaczego na to pozwalacie?”
„To ja już nie wiem co gotować…”
„Nakarmcie dzieci w domu i dopiero przyjedźcie.”

Tak, coś jedzą. Nie chudną i nie omdlewają z głodu.
Pozwalamy, bo nie zwykliśmy ich krępować sznurem i używać rury do tuczenia gęsi.
To, co zwykle. Wybiorą sobie sałatę, ziemniaka albo makaron z zupy.
Hmmm. Prześlemy nasze zdjęcie, to może i wizyta okaże się zbędna.

Moje dzieci są bardzo różne. Jedno jadłoby tylko ziemniaki i z rzadka kotleciki, drugie tylko owoce i warzywa ale BEZ ziemniaków, trzecie tylko chrupki z otrębami, ścianę i koc w ślimaki. Ciężko to pogodzić, zwłaszcza na gościnnych występach.

Ale nie będę ich zmuszać. Serio.
Ja przez lata nie jadłam mielonego mięsa a dowody rzeczowe ukrywałam w przedszkolnym kaloryferze.
Książę Małżonek do dziś nie tknie jabłka nawet długim kijem.

Kiedyś dojrzeją do innych rzeczy, albo nie. Ale będą miały jedną traumę mniej. Tak wolę. Niezależnie od opinii Babć, Cioć i innych mistrzów od dobrych rad.

image

Święta z baziami

Dobrych, zdrowych, spokojnych, przytulnych, ciepłych, kolorowych, smakowitych, miękkich, zamyślonych, albo radosnych – takich jak lubicie – świąt życzy cała bajkowa rodzinka.

A życzenia od pięciorga to już nie wydmuszka 🙂

Bądźcie dla siebie dobrzy i pomyślcie ciepło o kimś ważnym.
Poczuje.

image

Te śmieszne ruchy

Nie, to nie jest notka o seksie.

To notka o mojej uporczywej walce o możliwość udania się na strych po bardzo zakurzone i zalane łzami rozpaczy kartony z najfajniejszymi ciuchami. Kartony ze wspólnym napisem „Żeby się w nas zmieścić musiałabyś wysmarować się masłem i wskoczyć w nas z mostu. Może być Łazienkowski. I tak nie działa.”

Od sierpnia na Bugu we Włodawie ubyło 5 a na mojej wadze 8. U mnie kilogramów. Niestety przez ostatnie dwa miesiące waga jest upartą wredną larwą i kostropatą bramaputrą, bo niewzruszenie pokazuje mi to samo. Wielkiego tłustego faka. I uśmiecha się ironicznie.

Chodzę na te fitnessy, staram się jeść wiaderko mniej (z naciskiem na staram się) oraz niestety porzuciłam Chodakowską w pakiecie z Mel B na rzecz biegania. Bieganie jednakowoż jest ciekawsze, nikt mi nie przeszkadza i na mnie stale nie wisi, mogę się dotlenić i spokojnie posłuchać muzyki. Ćwiczenia w drugim pokoju nie mają tych bonusów a tylko zachęcają do radosnego zaglądania co ja tam robię i pytania co 5 minut czy już skończyłam, albo gdzie są ręczniki.

W łazience, w brudach, na półce w szafie lub w Ikei. Innej opcji u mnie nie ma.

I wiecie co jest dla mnie zdumiewające?

Zarówno na treningu, jak i na ulicy spotykam innych ćwiczących i biegających. Ci inni też skaczą, podrygują, kucają czy biegają. Ci ostatni to nawet zdecydowanie szybciej i sprawniej niż ja. No. A nikt nie jest tak sponiewierany i purpurowy na obliczu jak ja. Nawet facet, który wyprzedził Seata Leona na skrzyżowaniu Chruściela z Paderewskiego w ostatni poniedziałek.

W porównaniu ze mną wszyscy są jak z pastelowych poradników o zdrowym stylu życia z uśmiechniętą chudą zdzirą na okładce. Ja za to zawsze jestem upocona, zasapana, z włosem ala piorun dupnął w rabarbar oraz twarzą jakbym zasnęła na karuzeli i napotkała twarzą żwirowe podłoże. Wielokrotnie.

Wczoraj, gdy po ćwiczeniach zajrzałam do sklepu po wodę, zaniepokojona ekspedientka spytała czy ktoś mnie napadł.

Tak. I do tego obił kijem, więc spuchłam 10 kg oraz kazał wystąpić publicznie, więc poczerwieniałam – pomyślałam.

Tymczasem bąknęłam coś o peelingu azjatyckim, szurnęłam pepegiem i wyszłam pospiesznie skrywając twarz w szaliczku.

Czasem mam jednak dobry dzień.

Kiedy Mamut wyraża obawę, że coś mizernieję, gdy Książę Małżonek dziwi się, że nie wysyłam go po lody choć zamrażalniku wieje tylko wiatr, gdy ciążowe spodnie, które nadal noszę, trochę zjeżdżają mi z tyłka i gdy Janek już coraz rzadziej, patrząc na mój brzuch, pyta czy mam w nim jeszcze jednego dzidziusia.

Wczoraj na treningu jedna z Pań szepnęła mi z uznaniem: „chyba Pani schudła”. Odpowiedziałam tylko „dziękuję” i wysłałam jej najcieplejszy z moich uśmiechów.

Co jej będę opowiadać, że owszem, 10 dkg bo szłam na ćwiczenia piechotą.

Oczywiście od razu chciałam ją uściskać a następnie pobiec do domu zjeść pół blachy szarlotki. Powstrzymałam się jednak i godnie spływając potem, solidarnie z innymi spływajacymi dokończyłam wymachy, spięcia i inne fachowe podrygi.

Sprawę ułatwił nieco całkowity brak szarlotki.
Ale i tak jestem bardzo dumna.
Choć nie zawsze blada.

Nowy dzień, nowe wyzwania

W poczekalni tłumek.
O siódmej byłam trzecia w kolejce.

Facet przede mną najpierw biegł żeby mnie wyprzedzić w drzwiach (serio, serio) a następnie zasnął i rozpostarty na krzesełku chrapał rozgłośnie. Przez chwilę miałam dylemat: budzić czy być wredną i spokojnie poczekać aż nadejdzie moja kolej? Niestety nie sprawdziłam co wygra, bo przychodniany sprinter obudził się sam.

Lubię tę minę pod tytułem „nic nie zaszło, ja tu tylko obliczałem coś w pamięci i na chwilę przymknąłem oko, albo dwa.”

Pani Doktor wyznała, że Lena nawet chora jest zachwycająca. Ale Ona kocha wszystkie moje dzieci. Choć największym uczuciem darzy Janka.

No ale co u nas.

Powitajmy zapalenie krtani plus alergię nie wiadomo na co. Inhalacje, syropki, maści i cuda wianki. „No a jeśli krtań się w nocy zaciśnie i będzie miała problemy z oddychaniem, to trzeba szybko do szpitala”… To było właśnie TO ZDANIE, przez które teraz na pewno nie będę spać spokojnie.

Skierowanie do alergologa – niby banał. Pani alergolog Janka nie przyjmuje już „nowych” dzieci, muszę wbić się z Leną gdzie indziej. Tym sposobem każde dziecko ma innego specjalistę a ja mam trochę wkurw i logistyczną układankę.

Na dodatek odstałam 20 minut nie mogąc wyjechać z parkingu przychodni bo Panowie wylewali asfalt. A Lena chrapliwie niczym Edith Piaf darła się ile sił w płucach z tylnego siedzenia. Jeeeeeeeeedź! Jeeeeeeeeedź!

Usunęła akurat tuż pod domem.

Szukam pozytywów.
Nadal skutecznie unikam infekcji.

Marzy mi się, żeby na świecie nie było wojen, tylko pokój i miłość. Żeby ludzie potrafili czytać ze zrozumieniem. Żeby do Ikei wrócił torcik Almondy. I żebym mimo to schudła jeszcze 10 kg.

Tak, jestem zmęczona.
Tak, wolałabym te dwie stówy zostawione w aptece wydać na buty. Albo bezceremonialnie roztrwonić. Kobiety, wino i śpiew – jakby co, wszystko mam w kościele nieopodal. Może kiedyś się skuszę.

Przewidywalność 10/10

No tak. Dawno nikt na stanie nie był chory. A jak wiadomo małe dzieci łapią paskudztwa jakby miały radar i dodatkową premię.

Lena skrzeczy i wydaje dziwne odgłosy – charczenie, skrzypiące drzwi, takie tam. Gdyby nie kaszel wybrałabym oczywiście egzorcyzmy. A tak to zwyczajny ogonek w zwyczajnej przychodni.

Nuda i całkowity brak ułańskiej fantazji.

W przychodni nie ma już wolnych terminów. Dowiedziałam się za to, że:
– teraz wszyscy chorują,
– dzieci są coraz słabsze,
– kiedyś było lepiej,
– Pani z rejestracji ma bolesny nagniotek,
– mogę przyjść jutro o 7 i postać godzinę w kolejce to może załapię się na jeden z numerków rezerwowych.

Numerek rezerwowy skojarzył mi się natychmiast i to nawet trzyznacznie ale schwyciłam wodze fantazji i cisnęłam nią o glebę. Jutro pobudka o szóstej. Spoko, jakoś ją wplotę misternie pomiędzy pobudkę o drugiej, czwartej i odzyskanie przytomności około ósmej.

Oraz najlepsze na deser.
Najśmieszniejszy żart dzisiejszego dnia?

Po kontrolnej tomografii Pan Doktor, który będzie miał zaszczyt mnie operować, polecił mi przez najbliższe kilka tygodni UNIKAĆ INFEKCJI. Ha ha ha. Obśmiałam się jak norka. Na fermie klatkowej.

Muszę powiadomić Księcia Małżonka, że oto niniejszym powinien w te pędy rzucić pracę i zająć się przychówkiem, gdyż ja mam w planach izolację. I że to nie jest primaaprilisowy dowcip. Wyniosę się na strych i łaskawie pozwolę obsługiwać. Ach. Nie wiem jak On ale ja na samą myśl jestem zachwycona.

Potrzeba matką wynalazków i ojcem kreatywności

Naszło nas dziś z koleżanką na wspominki okołostudenckie. Oczywiście teraz obie mamy mężów, dzieci i nadzieję, że obie te frakcje nadal pozostaną w błogiej nieświadomości i przekonaniu, że na studiach zajmowałyśmy się jedynie nauką.

Ale wszyscy wiemy, że tak nie jest.

Po pierwsze na studiach człowiek się musi odnaleźć. Pomocne są imprezy, spotkanka, wyjazdy pod namiot (to były dawne czasy) tudzież różne inne spędy integracyjne.

Jak już się człowiek odnajdzie, to następuje po drugie i musi się poczuć. Pomocne są imprezy, spotkanka, wyjazdy…

Jak się poczuje, nadchodzi sesja i wtedy student pilnie się uczy albo stosuje środki niekonwencjonalne – śpi ze stosem podręczników pod poduszką, staje się przesądny, zagląda do biblioteki i ociera się o regały z nadzieją, że wiedza sama na niego spłynie oraz kombinuje jak koń pod górę.

My dzieliłyśmy się materiałem, po równo, robiłyśmy piękne notatki, po czym referowałyśmy drugiej stronie nasz kawałek pańszczyzny i wręczałyśmy ksero notatek. Było to bardzo skuteczne i jeszcze miałyśmy czas na pogaduchy.

Po sesji trzeba – niezależnie od wyników – odreagować. Pomocne są imprezy, spotkanka, wyjazdy…

No a potem znowu warto się odnaleźć.

Z cennych nauk praktycznych, które potem przydały nam się w życiu w rozmaitych okolicznościach, pamiętamy obie grzanie parówek w czajniku, zupki chińskie przygotowywane w torebkach śniadaniowych (muszą być szczelne), grzane wino w plastikowej misce z wetknietą doń grzałką oraz pasztet rozsmarowywany po kanapce kartą biblioteczną. Nie zawsze bowiem życie stawiało na naszej drodze rondel, miskę bądź nóż. Zawsze za to głód i pragnienie.

Suszenia bluzki na egzamin w piekarniku nie polecamy.

Przetrwałyśmy. Ba! Przez pięć lat edukacji nie opuściłyśmy nawet jednego wykładu czy ćwiczeń. Bo żarty żartami ale to bardzo ciekawe studia były i świetnie prowadzone zajęcia. Resocjalizacja na APS – polecam.

Teraz jesteśmy dość standardowymi mamuśkami, od czasu do czasu nawet łaskawie dostrzeżemy kurz na meblach i jak dotąd udało nam się nie zagłodzić żadnego z dzieci. Jednakowoż gdyby ktoś w moim pięknym czajniku zechciał ugotować sobie parówki, mogłabym się lekuchno zdenerwować. Więc uprasza się o nie podpowiadanie Igorowi. Niech sam wpadnie na swoje pomysły a ja pożyję jeszcze trochę bez palpitacji.

Wystarczy, że dziś nabrał mnie na dowcip o dramatycznym zaspaniu do szkoły i teście na pierwszej lekcji.

Do wieczora obmyślę jakiś zaskakujący rewanżyk.