Igo postanowił zostać Anją Rubik, albo królikiem.
Przez cały dzień mógłby zjeść zagon sałaty, kilka rzodkiewek, zielonego ogórka, garść rzeżuchy i ze dwa jabłka. Albo gotowane brokuły, śladową ilość łososia, jeśli ziemniaki, to tylko pieczone, pomidora, kiść winogron lub gruszkę. Ewentualnie trochę chleba mojego wypieku, z masłem, świeżą paprykę i jakieś owoce. Od czasu do czasu parówkę lub frytki. To jest maks.
Oczywiście wiem, że zdrowo, super i zamiast marudzić należy klasnąć w dłonie oraz w ramach nagrody zabrać go na Bronisze. Tylko, że trochę czuć to malizną, to raz. A dwa – spróbujcie wybrać się gdzieś z nim na proszony obiad.
Z półmiska wędlin wyciągnie spod spodu sałatę, zagryzie ogórem i powie, że jest już najedzony. Ewentualnie jak się odwrócę poprosi o nalanie coli i wypije póki nie patrzę.
Jan postanowił zostać Czarnym Łabędziem.
Oto z fazy pulchnego misiaczka uwielbiającego przytulanie i siedzenie na kolankach przeszedł niepostrzeżenie w kapryśną primabalerinę. Nic mu nie smakuje, niczego nie chce spróbować, tańczyłby tylko i biegał po domu z obłędem w oczach i opadającymi portkami. Matka ucieka się do nie lada podstępów oraz wspina na wyżyny artystycznych przedsięwzięć, by raczył skosztować obiadu. Śpiewa, tańczy, stepuje, rysuje, opowiada… a następnie ciężko dyszy i dogorywa.
Tak, próbowaliśmy różnych metod. Przegłodzenie daje tyle, że oprócz posiadania pustego żołądka, posiada również tegoż żołądka ból. Uczestniczenie w przygotowaniu daje zabawę w chowanego z chwilą wyjęcia talerzy. Kolorowe podanie dania ułożonego, dajmy na to, w żaglówkę daje przeciągłe wycie i ogólny welszmerc. Oraz zeza rozbieżnego z zaostrzeniem noży u matki.
Lena postanowiła zostać księżniczką. Niby coś tam je, ale w ilościach raczej symbolicznych. Pewnie kupiła na wyprzedaży kieckę o dwa rozmiary za małą a bal jest w maju. Najchętniej spożywa tekstylia, nie pogardzi również dywanem, zwłaszcza gdy jest puchaty i długowłosy.
Świąteczny obiad poza domem równa się wrzody żołądków u rodziców, kwaśna mina matki i rozpacz w kratkę u reszty świata.
„Czy te dzieci w ogóle COŚ jedzą?”
„Dlaczego na to pozwalacie?”
„To ja już nie wiem co gotować…”
„Nakarmcie dzieci w domu i dopiero przyjedźcie.”
Tak, coś jedzą. Nie chudną i nie omdlewają z głodu.
Pozwalamy, bo nie zwykliśmy ich krępować sznurem i używać rury do tuczenia gęsi.
To, co zwykle. Wybiorą sobie sałatę, ziemniaka albo makaron z zupy.
Hmmm. Prześlemy nasze zdjęcie, to może i wizyta okaże się zbędna.
Moje dzieci są bardzo różne. Jedno jadłoby tylko ziemniaki i z rzadka kotleciki, drugie tylko owoce i warzywa ale BEZ ziemniaków, trzecie tylko chrupki z otrębami, ścianę i koc w ślimaki. Ciężko to pogodzić, zwłaszcza na gościnnych występach.
Ale nie będę ich zmuszać. Serio.
Ja przez lata nie jadłam mielonego mięsa a dowody rzeczowe ukrywałam w przedszkolnym kaloryferze.
Książę Małżonek do dziś nie tknie jabłka nawet długim kijem.
Kiedyś dojrzeją do innych rzeczy, albo nie. Ale będą miały jedną traumę mniej. Tak wolę. Niezależnie od opinii Babć, Cioć i innych mistrzów od dobrych rad.
