W weekend wylegliśmy na świeże powietrze pooddychać wiosną.
Wyzbierać kamienie.
Zagrabić ziemię pod małe drzewka, które będziemy wspólnie sadzić.
Pogadać z Mamutami.
Wygrzewając plecy na słońcu i obserwując jak dzieciarnia drzemie w wózku albo jeździ na rowerach, myślałam o tym, że dobrze jest tu i teraz.
Jeszcze wciąż uczę się cieszyć takimi chwilami, bo częściej zapadają mi w pamięć te gorsze, bo wszystkim daleko, bo znajomi zapominają, bo chyba nie umiem się przypominać. Ale pracuję nad sobą.
Wiosna pomaga.
Dużo dobrych rzeczy do zrobienia.
Na początek pomaluję płot.
Najchętniej walnęłabym majtkowy róż. Mielibyśmy jedyne takie ogrodzenie w okolicy. Ale nie chcę mieć żadnych palpitacji na sumieniu, więc dostosuję się do konwencji i pójdę w czerń.
Po ostatnim malowaniu musiałam tu i ówdzie przystrzyc sobie włosy, bo rozpuszczalnik nie zadziałał, a czarne pasemka na jasnych trochę nie w moim stylu. Zobaczymy jakie ofiary przyniesie tegoroczna akcja. W planach jest czynna pomoc Igora, możliwe więc, że oboje przywitamy jeżyka ala rekrut.