Adaptacja sracja

Żłobek.

Wczoraj zrobiłam symulację awanturki jednemu tatulkowi, że przywiózł dziecko ewidentnie chore – oczy szkliste od temperatury, katar, kaszel. On mi, że ząbkowanie. Ząbkowanie to ja mam psze pana na stanie od 9 lat. Nieprzerwanie. Wygląda nieco inaczej.

Dziś Młoda nie poszła nigdzie. Aktualnie przebywa w domu z gorączką i katarem.

Jak tatulka spotkam to pokażę mu takie ząbkowanie, że nie będzie siadał przez tydzień. Chyba, że na poporodowej żelowej poduszce.

A już tłumaczenie „ale ja mam pracę” doprowadza mnie do furii. Oprócz pracy tatulku drogi masz też dziecko. Inni też mają dzieci, domy, prace i szereg ważnych poumawianych na sztywno zobowiązań. Dziecko to nie przedmiot, który należy za wszelką cenę gdzieś upchnąć i spierdolić w podskokach.

Chore dziecko w placówce typu żłobek czy przedszkole męczy się podwójnie, bo w domu przynajmniej miałoby spokój. I niestety przepięknie i błyskawicznie zaraża inne dzieci. Ich rodziców nie utrzymują unijne dotacje i majątek po prababci.

Wężykiem

Na ćwiczeniach zastępcza prowadząca skatowała nasze mięśnie. Wszystkie. Po takich zajęciach uświadamiam sobie ile rzeczy może mnie boleć jednocześnie. Pouczające doprawdy.

Wracam do domu takim dość szerokokątnym krokiem. Sztywnym i nieco powłóczystym. Niczym marynarz na studniówce.

Sąsiadka oczywiście tkwi w oknie 24/7 jak podeschła dracena. Znowu pójdzie w eter, że patologia bo narąbana do dzieci wracam niewiadomoskąd.

Ach ta sława 🙂

Kot z Maroka

Dziś Dzień Kota.

Z tej okazji wczoraj po południu (sic!) Panie Przedszkolanki wywiesiły w przedszkolu karteczkę z informacją, że nazajutrz należy Dzieci ubrać „ładnie oraz z kocim akcentem”.

Z reguły przecież wszyscy odziewamy potomstwo w brudne łachmany i dodatkowo każemy biec za samochodem, żeby nam tapicerki nie pobrudziło. Oczywiste.

Z kocim akcentem to mi się skojarzyła kuweta ewentualnie wytarzanie Janka w kociej sierści, ale nie. Byłam dzielna.

Po położeniu uroczej trójeczki dziateczek spać, z sukcesem, zrobiła się 22. Co wtedy robi Matka Dzieciom? Matka Dzieciom wygrzebuje dwie stare kolorowe spisane na straty koszulki, jedną dobrą białą, sznurek, guziki i podejmuje wyzwanie actimela.

Nie mam maszyny, słusznie zresztą, bo nie umiem na takowej szyć, więc została igła z nitką i pokłute palce. O pierwszej skończyłam. Masakra. Ale poranny efekt zachwytu na zaspanej buzi jest wart kolejnej niedospanej nocy.

Jan dumnie wkroczył dziś do przedszkola i od progu oznajmił wszystkim, że ma najlepszego kotka na świecie. Od Mamy.

image

image

image

image

image

image

O komunikacji i czytelnictwie, dywagacje luźne

Z racji braku Trasy Łazienkowskiej dziś po Warszawie najlepiej poruszać się pieszo, rowerem, ewentualnie balonem. W takich dniach jeszcze bardziej doceniam urlop macierzyński. Współczuję tym, co do pracy muszą na drugą stronę Wisły. Przekichane.

Książę Małżonek podjął próbę i pojechał do urzędów załatwiać sprawy.

I słuch o nim zaginął…

Całkiem jak „wyszedł po zapałki i wrócił po 20 latach”. Ja czasem jestem bliska realizacji tego pomysłu. Na szczęście mamy zapałki w ilości wystarczającej na najbliższe 5 lat.

Koleżanka skomentowała stołeczną sytuację że może nie będzie tak źle i – z plusów – przynajmniej będzie więcej czasu na czytanie.

Hehe, właśnie wyobraziłam sobie siebie czytającą książkę w autobusie z trójką dzieci w wieku 9,5 roku, 3 lata i 10 miesięcy.

Wyborne doprawdy :-)))

Czytać to ja lubię bardzo, w środkach komunikacji również, tylko bez dzieci uczepionych mnie z każdej strony, a to akurat ostatnio nieczęsto spotykane zjawisko. Ubolewam.

Znajomy na to podsunął, że można przyjąć, iż jadę sobie wygodnie rozparta w klimatyzowanej kabinie autobusu miejskiego, dajmy na to w Kopenhadze, prowadzonego przez panią o blond włosach. Autobus jest w połowie pusty, sporo wolnych miejsc, ja sobie czytam, poszarżujmy nieco, Kierkegaarda w oryginale po duńsku, a dzieci wesoło brykają, bo pani kierowca specjalnie nie szarpie, jedzie raczej spokojnie. Inni pasażerowie dookoła miło się uśmiechają, pełni zrozumienia dla energii małolatów.

Taaaaaaaa.

Otóż jadę sobie naszym przaśnym 143 zatłoczonym po kokardę. Pot cienką strużką spływa mi po plecach ale pan kierowca grzeje w lecie a mrozi w zimie, więc nie ma gadki. Okna mikroskopijne i niedostępne dla osobnika poniżej 185 cm wzrostu, czyli mnie, która ma 165 w kapeluszu i na koturnach. Współpasażerowie wściekli są na korek, i na emerytów (bo mają czas, więc po co jeżdżą wtedy, gdy inni akurat muszą) oraz na mamusie z wózkami (bo powinny siedzieć w domu a nie rozwrzeszczane bachory targać po mieście) a także na politykę, kościół, jakąś sytuację bądź jej brak. Ja zwisam malowniczo z barierki, czerwona na pysku jak pawian w zgoła odmiennym miejscu, Lena wyje w wózku niczym świeżo zakupiona syrena Ochotniczej Straży Pożarnej w Rykach, Jan właśnie zagroził z mocą, że albo natentychmiast wysiadamy, albo on się zsika, Igor patrzy na to wszystko z politowaniem wczesnego nastolatka i mruczy pod nosem, że chciałby żeby się okazało, że jest adoptowany. I tak w tym zwisie zębami przewracam kartki książki telefonicznej w poszukiwaniu dobrego psychiatry. Oczywiście w czwartej ręce mam stylowy kubek termiczny z aromatycznym latte a piąta mi akurat schnie bo mam świeże tipsy. Nożką prawą nie macham sobie filuternie, gdyż mam na niej siaty z zakupami a na lewej zadniej jednak stoję.

Tak. Matka Polka czytelniczka.

Dałoby się. Oczywiście. Może nie od razu Kierkegaarda bo pamiętam go z filozofii i bym zasnęła z nudów. Ale jakiś kryminał krwisty niczym befsztyk. Czemu nie. Tylko najpierw musiałabym ogłuszyć potomstwo. Taki fajny młot murarski widziałam w Castoramie. Hmmm. Ciekawe jak szybko współpasażerowie wezwaliby policję, Fakt, TVN24 i Superekspress?

Spalony most

We wszystkich programach informacyjnych wizja spalonego, a raczej nadpalonego mostu w Warszawie. To taki bardziej główny most. Reszta przepraw albo uboga w siłę albo aktualnie w remoncie.

Igor ogląda z rosnącym zainteresowaniem.

– Mamo, a jak ten most się spalił, to jak teraz przyjedzie do nas Babcia Jadzia?

Hmmmmm.

Miałabym w sumie kilka pomysłów 😉

.
.
.

Oczywiście wyjaśniłam, że Babcia Jadzia da radę (nie, nie nawiązałam do miotły, choć kusiło) gdyż jako niezmotoryzowana mknie ku nam pociągiem SKM prawie spod swojego domu. I na pewno będzie bezpieczna.

Uspokojony pierworodny powrócił do obserwacji sytuacji w kraju i na świecie.

Wrażliwy. Po mamuni.

Walentynki

Na Walentynki dostałam książeczkę z rysunkami wykonanymi przez dzieci.
Nawet Lena ma w niej odcisk łapki, a Jan wykonał okolicznościowe mazaje. Okładka, pomysł i zmuszenie rodzeństwa do współpracy – Igor.
Wzrusz 🙂

image

Lodówka z wbudowanym kalendarzem

Proszę Państwa, takie cuda teraz robią, że w głowie się nie mieści. Niedługo w sprzedaży będą lodówki z klauzulą sumienia i po 18.00 nie będą się otwierać, albo osobom na diecie nie wydadzą nic powyżej 50 kalorii. Moja Srebrna Wolnostojąca ma na przykład nieoczekiwaną synchronizację z kalendarzem. Czary z mleka.

Piątek trzynastego.

Z samego rana lodówka wylała niczym Morze Czerwone. Dużo owoców mrożonych było. Mam kuchnię w jakże modnym kolorze bordo.

Następny był telefon z przychodni o odwołanej wizycie.

Psia mać i inne wyrazy.

Nigdy nie byłam przesądna, ale strach wyjść po bułki.

Jadę na szmacie przez godzinę. Dobrze, że starsze potomstwo w szkole i przedszkolu bo króluje słownictwo rynsztokowe. Oraz wszelkie religijności typu: Boże! O Jezu! Chryste Panie! etc. Melanż lingwistyczny w stylu dowolnym.

Następnie jednak wyszliśmy po bułki oraz zawieźć Lenę na godzinne tete a tete ze żłobkowymi ciociami, czyli adaptację.

Trochę później po gruntownym rozmrożeniu i wyszorowaniu jędzy na wysoki połysk okazało się, że sprawa jest grubsza nawet od mortadeli.

Tu jest miejsce na WTEM!
I mamy piątek trzynastego ciąg dalszy.

Lodówka po włączeniu pięknie buczy i świeci żaróweczką, natomiast ni grzyba nie chłodzi. Temperaturę pokojową to ja mam w pokoju, od lodówki mam inne oczekiwania. Oraz jej tylna ściana jest wybrzuszona, co jak poczytałam fora oznacza z grubsza rzecz ujmując lodówkowy zgon. A tyle razy sobie powtarzałam: nie czytaj tego co ludzie tam wypisują, bo od razu będzie Ci źle. I jest.

Serwis przyjedzie we wtorek po południu. Późnym popołudniem. Do tego czasu jesteśmy kuchennymi amiszami. Mamy mleko na schodach, jogurty i zakwas chlebowy u Mamuta na dole, a masło i sery na parapecie zaokiennym. Częstujcie się ptaszki a powybijam wszystkie. Laczkiem tudzież procą . Parówki właśnie wykończyłam żeby się nie zmarnowały.

W serwisie nas pocieszyli, iż z opisu wnioskują, że pewnie skończy się jednak nową lodówką. Oni oczywiście wypiszą ekspertyzę aczkolwiek jest już jakby po gwarancji. Soł ju noł.

Kurwamać!

Za miesiąc znów jest trzynasty. Łypię spod oka na pralkę, zmywarkę, piekarnik i płytę indukcyjną. Kółka z prowadnic powyrywam albo stłukę na kwaśne jabłko. Profilaktycznie planuję wprowadzić się w stan śpiączki farmakologicznej i zamówić budzenie na tydzień po.

Tłusty Czwartek

Pyszne ciepłe pączki. Mniam. I zostało już tylko pięć 😉

image

Zawsze w Tłusty Czwartek uświadamiam sobie po wielokroć jakie to szczęście mieć Tatę cukiernika.

Mieć zawsze na wyciągnięcie ręki te wszystkie cuda, do których kobiety częściej wzdychają niż do butów i torebek, bomby kaloryczne i kawałki nieba w gębie. Zawsze móc zapytać „a jak zrobić…?” i już wykład gotowy, a jeśli są akurat składniki nierzadko połączony z lekcją praktyczną.

W tym roku cieszę się najbardziej, bo to jego ostatni pracujący Tłusty Czwartek, a było ich równo 50. Tak właśnie tyle.

50 lat codziennego wstawania o drugiej w nocy i przemieszczania się nocnymi autobusami na drugi koniec miasta. Żeby rano wszyscy mogli kupić w cukierni cieplutkie drożdżówki albo odebrać zamówiony tort na piąte urodziny Kogoś Bardzo Ważnego. I w każdy piątek nocka. I te wszystkie komunie, wielkanocne baby i mazurki, świąteczne makowce, noworoczne faworki. Finito!

Teraz będziemy pączki smażyć wszyscy razem, na tatowej emeryturze 🙂

——————————————

Nieco później…

No dobra! Mamut wygrała w liczbie zjedzonych pączków ever.

Otóż właśnie wyjawiła, że gdy była ze mną w ciąży i pracowała „na cukierni” (uwielbiam gdy tak mówi) w ówczesnym Barze Zodiak (ach, któż dziś go pamięta), to oczywiście pracownicy robili konkursy w jedzeniu pączków. I Ona zjadła 15. Piętnaście. Ciepłych, na raz, nie przez cały dzień. Po czym popiła je mlekiem i po godzinie poszła na obiad. Przecież była głodna.

To naprawdę wiele wyjaśnia. Pączki mam we krwi. Czuję się usprawiedliwiona i w związku z tym trochę mi lepiej. Zagryzę to czymś słodkim. Z marmoladą.

A Wy ile pączków dziś zjedliście? 😉

Zdjęcia. Trudna sprawa.

Zrobienie zdjęcia dziecku nie jest proste. O nie. Albo potomek kręci się jak fryga.

image

Albo jest zbyt zajęty i nie ma czasu dla matki-paparazzi.

image

Albo jest zbyt zmęczony i przytoczony nadmiarem obowiązków.

image

Na szczęście niektórzy dają się namówić na fotkę.

image

Albo dwie…

image

(choć często jest to jeden jedyny moment i z wrażenia fotograf amator zdjęcie robi nieostre)

image

A niektórzy nie.

Scenki z przeszłości, nieodległej

Czytam gazetę. Tu nowa neonatologia, tu rozbudowa, fiu fiu. Dzieje się w polskich szpitalach.

„Pielęgniarka podkreśla, że dla wcześniaków ważna jest każda kropla mleka matki. Zbieramy te kropelki i pędzlujemy nimi jamę ustną dzieci, bo zawierają bezcenne przeciwciała.”

Tak.

Wraca do mnie obraz ze szpitala i uderza w głowę jak kamień.

Druga doba po porodzie, cięcie cesarskie. Pani Ordynator wie, że moje mleko jeszcze się właściwie nie pojawiło, mimo usilnych prób, ale prosi o zwiększenie starań, bo chcą, muszą właściwie pobudzić układ pokarmowy Leny, która sama nie oddycha, nie przełyka, nie ma odruchów, a to często pomaga. Musi zaskoczyć. Teraz albo nigdy. I żebym była świadoma jakie to ważne.

Płaczę i cierpliwie wyciskam z obolałych piersi mozolne krople. Po godzinie z hakiem mam 6 ml. Sukces. Bo wcześniej po dwóch godzinach były 2 ml. Trzeba ręcznie bo na butelce od laktatora taka ilość tylko się rozmarze, nic nie zostanie dla Dziecka. Biegnę do Młodej na patologię z tą strzykawką jak z relikwią. Jak cudotwórca ze swoim odkryciem. Wręczam z dumą pielęgniarce. Ta podłączając strzykawkę do sondy, którą Lena ma założoną na stałe, coś krzywo przykręca.

Moje mleko wsiąka w podkład inkubatora. Co do kropli. Pip, pip – smętnie próbuje pocieszyć mnie aparatura monitorująca funkcje życiowe. Moja Córka, której jeszcze nie mogę nawet dotknąć, nie wie jakim szlochem wybuchnę w toalecie po wyjściu z oddziału.

Pielęgniarka powiedziała „ojejku, przepraszam” i dodała, że „trzeba było przynieść więcej”.

Przecież jej nie zabiję. Dla niej to tylko jakieś tam mleko dla kolejnego pacjenta. Matka znów się wydoi i przyniesie. Ona ma czas. Przecież nie zrobiła tego specjalnie.

Płakać przestanę dużo dużo później. Potem znów idę ze strzykawką do sali, w której wszystko pika i buczy. Ignorując sprzeciwy personelu sama podłączam ją do sondy i moje Dziecko dostaje co chciałam jej dać. Zostaję pouczona. Wychodzę. Nie mam siły na walkę. Wszystko mnie boli.

Matki są tu potulne, obolałe, poturbowane strachem o Dzieci. Cała energia idzie w czuwanie, zabawy z lakratorem, karmienie, przewijanie (dla wybranych). Nikt nie ma siły ani czasu na nic wiecej.

Meg, Aga W., Hal, inne mamy i inni odwiedzający – pamiętacie co się tam działo? Ja ciągle tak.

Teraz, gdy karmię Młodą i nadal płynie rzeka mleka, tamte problemy wydają mi się tak odległe i nierzeczywiste, że prawie nie moje. Ale nadal pamiętam. Każdy pieprzony kawałek ceratki w kotki na przewijaku.

Bo gdy w końcu mogłam jej dotknąć, otworzyć inkubator, wyjąć i przytulić, to takie zwyczajne przewijanie ze zmianą pieluchy było bardziej odświętne niż dzień dziecka Księcia Małżonka, kiedy to Ojciec zabrał go do restauracji na coca colę. A trzeba wiedzieć, że były to czasy, kiedy coca cola występowała tylko w małych szklanych buteleczkach i tylko w restauracjach bądź Pewexach. I On mógł tej coca coli wypić ile tylko chciał.

To ja tak właśnie miałam z moją Córką, która zaczęła oddychać. I od tamtej pory przewijam Ją ile tylko chce. Ile Ona chce. Nawet nie pisnę, że mam dość. Po co dziewczynę stresować.