Pitu pitu?

Czy rozliczyli się już Państwo mili z podatku?

Jeśli nie, to możecie pomóc Blobkowi, który jest absolutnie fantastycznym facetem i zasługuje na zdecydowanie więcej niż ktokolwiek może Mu dać. Niestety.

1% to niedużo – a że i tak nikt z Państwa by tych jakże zawrotnych sum nie uświadczył, decyzja o ich pożegnaniu powinna być łatwiejsza – ale jak się zbierze większa gromadka… to wiadomo całkiem całkiem.

W każdym razie warto rozważyć.
Bannerek po prawej.
I z dołu.
A co!

Piąteczek

Jestem wielką entuzjastką piątków. Uwielbiam je i mogłabym spożywać je garściami. Gdyby się dało. Piątek to bowiem dzień, w którym już od rana każdym porem skóry czuć, że już WEEKEND. Laba, relaks i machanie nóżką. No dobra, niektórzy z nas wiedzą, że weekend z Małoletnim z tym opisem jakby nie koreluje, ale warto mieć marzenia. Najważniejsze, że nigdzie mi się nie będzie spieszyć, będę mogła snuć się po mieszkaniu w stroju dowolnym, albo saute w japonkach ino i mieć wszystko tak głęboko w poważaniu, że to aż nieprawdopodobne.

Plan jest taki.

Ponieważ Lokator wstaje świtem wściekle bladym – to nieludzkie, ale jeszcze do Niego nie dociera, że są istoty odzyskujące przytomność grubo po szóstej – w pogotowiu podręcznym są nowe puzzle oraz Wall-E na dvd. Jak wszystko zawiedzie, zostaje jeszcze PanKot, aczkolwiek obawiam się, że kudłata menda zbunkruje się skuteczniej niż ja pod kocem.
Po godzinie i tak trzeba będzie się zwlec, ale siódma to nie szósta, więc i tak będę szczęśliwa jak dzika świnia w dżdżysty dzień. Wstaniemy więc, dokonamy niezbędnych ablucji i udamy się na zakupy. Śniadanko, sprzątanko, zabawianko i sru do parku.

Przegonię po placu zabaw, przewlokę ścieżką zdrowia i w końcu z uśmiechniętej od ucha do ucha obywatelskiej paszczy usłyszę nieśmiałe: – Jeśtem męciony, męciony mama. Na to odpowiem z przejęciem: – Czy to znaczy, że idziemy do domu? Tu padnie filozoficzne: – No cósz… Racej znacy. I już po chwili – och jakie to niezwykłe szczęście, że mieszkamy rzut kapciem od parku – Obywatel już raczej nic nie powie, bo omdleje przeciągle chrapiąc.

Drzemka! Ha!

Drzemka Igorowskiego to coś co uwielbiam na równi z piątkiem. Albo nawet bardziej. Z reguły podczas jej trwania jestem tak przenikliwie podekscytowana tym bonusowym czasem tylko dla siebie, że po prostu siedzę i jestem zen. Przynajmniej na początku. Przez kwadrans jest zen absolutny i chyba nawet z tej radości nie oddycham. Potem nie mogę się zdecydować czy kawa, czy książka, czy leżenie do góry masztem, więc robię kompilację i mam wszystko na raz. Zastanawiające doprawdy jak skurczyły się moje potrzeby. Właściwie wydarzeniami niemal mistycznymi są zjawiska takie jak nieprzerwany sen do południa, godzinna kąpiel w wannie czy samotny wypad na zakupy albo poczytanie wieści z ulubionych blogów, więc nawet namiastki w stylu nikt_mnie_nie_śledzi_i_o_nic_natentychmiast_nie_prosi są na wagę złota. I niezwykle je sobie cenię.

Potem Młody się budzi i oboje już jesteśmy zrelaksowani. Przynajmniej przez dłuższą chwilę. Ale już da się z Nim żyć. I ze mną 🙂

I tu zaczniemy się rozumieć i dobrze bawić.

Trzy i pół roku to trudny wiek. Prawdopodobieństwo, że przez kolejne trzy i pół będzie łatwiej, jest równe gwałtownym upałom zimą w Irkucku, bo będzie z każdym miesiącem inaczej, co wcale nie znaczy łatwiej. Ale nieodmiennie pociesza mnie fakt, że kiedyś w końcu to ja będę mogła Go beztrosko zerwać w sobotę o szóstej rano, zadawać szalone jak na tę porę pytania z pogranicza fizyki kwantowej i logiki, oraz kategorycznie domagać się do jedzenia wszystkiego, czego akurat na pokładzie brak. I niech tylko spróbuje wspomnieć o bolącej głowie.

Prima Aprilis, czyli bez żartów

No dobra, nareszcie mamy wiosnę, którą widać i czuć. Bo już zaczynałam myśleć, że mamy tylko dwie pory roku: deszczową i mroźną. Oraz naturalnie rozmaite kompilacje wymienionych. Ale od dwóch dni jest mi ciepło i świeci słońce, czyli świat jednak nie ma w ryj. Przynajmniej chwilowo.

Z okazji pierwszego dnia kwietnia nikt mnie dziś na nic nie nabrał. Fatalnie. Liczyłam na jakieś spektakularne momenty, które mogłabym przeżywać: urojone ciąże, zaskakujące śluby, nagłe wyjazdy w sprawach pilnych i nie cierpiących zwłoki, dziwne wiadomości. A tu nuda, marazm i powszedniość. Doprawdy nie spodziewałam się tego. Od wczesnych godzin porannych byłam przyczajona jak tygrys i uważna jak nie wiem co. Tyle godzin podejrzliwości na marne. Żadnej bomby w pracy, w przedszkolu wydali mi moje osobiste Dziecko, do domu też trafiłam bez przeszkód, choć oczywiście starałam się bardzo żeby nie. Nic to. Hiszpańskiej inkwizycji też się nikt nie spodziewał.
A przyszła. Jutro rano pewnie nie przyjadą cztery autobusy z rzędu, bo to będzie taki Prima Aprilis z poślizgiem. Ostatnio co drugi dzień się tak zaczyna, więc właściwie nawet przestałam się irytować.

Jedynie Ziuta stanęła na wysokości zadania i ogłosiła powrót do Polski. Ale to akurat na serio. Przynajmniej w chwili ogłaszania, bo na ile ją znam, pojutrze może jednak zmienić zdanie.

Nie mam pojęcia którędy nam zeszło na kino i okolice.

A nie, przepraszam, mam pojęcie. Referowałam dawny dość ale pamiętny wypad do kina, kiedy to miałam przyjemność wraz z resztą widzów prócz filmu podziwiać Milejdi Latex. Lala przyszła z górą nachos, tapirem na łbie, ABS-em* u boku i trzeszczącym tyłkiem. Tyłek trzeszczał jej nie tak samopas i zwyczajnie a dlatego, że jego właścicielka skoczyła z szóstego na oko piętra by wbić się w portki. Oraz naturalmą białe kozaczki z podobnego tworzywa. Myślę, że zarówno portki jak i ich zawartość były przerażone podobnie jak reszta świata. No może wyłączyłabym z opisu ABS-a, którego oblicze nie zdradzało zmącenia choćby cieniem jakiejkolwiek refleksji w temacie innym niż „eee… fajna dupa, nie?”. Nikt ze zgromadzonych – poza Milejdi oczywiście – nie mógł się skupić na filmie i wszyscy obserwowaliśmy kiedy coś w końcu trzaśnie. Bo chrzęściło i trzeszczało przy każdym ruchu. Ruchów natomiast była spora częstotliwość. A ja to już w ogóle byłam w strachu, bo po pierwsze siedziałam obok a po drugie, Milejdi oraz jej tyłek przecisnęli mi się przed twarzą jakieś trzy razy podczas 120-minutowego seansu. Film nie był straszny, ale tego widoku i tych emocji nie zapomnę.

– A właściwie, to powinno się przechodzić przodem czy tyłem do delikwenta?

– Najlepiej wcale, bo jak już się spóźnisz, to siadasz gdzieś z brzegu i nie piskasz bo i tak wszyscy na ciebie syczą.

– A jak brzegi zajęte a komuś na kolanka nie masz chęci?

– To nie wiem. Przodem?

– To zależy od tego czy masz fajniejszy tyłek czy biust i czym chcesz akurat zamachać 🙂

– Musiałabym bokiem…

– Jak chcesz zamachać bokiem??

– Przechodzić bokiem bym musiała.

– Znaczy wszystko masz reprezentacyjne i odstawisz pełen taniec godowy?

– Znaczy, że jestem niezdecydowana.

Kobiety.

——————————————–

* ABS – osobnik Absolutnie Bez Szyi