Pozytywka w negatywie

Do zdecydowanych pozytywów należy zaliczyć fakt, że Młody zdrowieje z prędkością światła i tak też porusza się po dostępnej nam obojgu przestrzeni. Jak również to, że w końcu trochę czasu razem we dwoje spędziliśmy, radośnie sobie na wszystko – ze szczególnym uwzględnieniem panoszącego się wszędzie rozgardiaszu – bimbając, a ostatnio nie było to często spotykane zjawisko. PanKot także nie posiadał się z radości i pierwsze dwa dni spędził na romantycznym mruczeniu mi w dekolt oraz dramatycznym w skutkach ocieractwie. Trzeciego dnia kategorycznie zażądałam zaprzestania okupacji mojej osoby i zaczęłam się odkłaczać, bowiem spodnie porosły mi futrem a z lustra wyzierał Yeti. Korelacja pory roku ze zrzucaniem kociego futra gdzie popadnie przyprawia mnie nieodmiennie o pokątne zgrzytanie i plany mordu. Na szczęście Ikei dziękujemy za lepne taśmy w rolkach a Naturze Matce za moje choleryczne usposobienie, co suma sumarum sprawia, że cała wielka nawałnica przechodzi bokiem i znowu jestem przyjazna otoczeniu.

Aczkolwiek nie ukrywam, że instytucja przedszkola jest mi zdecydowanie niezbędna do życia i zachowania równowagi psychicznej. Kocham moje Dziecko ale równie potężnym uczuciem darzę to złudzenie wolności gdy wychodzę gdzieś samopas i w pierwszym odruchu mam ochotę z radości obszczekać pierwszy napotkany samochód i oznaczyć żywopłot. Bynajmniej nie białym proporczykiem.

Ochrypłam od czytania książek i objaśniania ile kto ma rączek na obrazku i dlaczego zawsze dwie. I dlaczego skoro rączki, nóżki i oczka dwa to dlaczemu ach dlaczemu nosek tylko jeden? A skoro nosek jeden a oczka dwa, to po co włosów trzydzieści? MAMOOO?? Tak na marginesie dodam, że trzydzieści to obecnie największa z możliwych do wyobrażenia przez Lokatora liczb, dlatego też wszelkie olbrzymie wielokrotności to na razie trzydzieści. Ale i tak najbardziej mi się podoba liczenie w wykonaniu Młodego: jeden, dwa, osiem, piętnaście. Nie ma się co rozdrabniać.

Jeśli chodzi o Reksia, Sąsiadów i Misia Uszatka, mogę śmiało startować w dowolnym konkursie wymagającym wiedzy na ich temat. Z Mają i Guciem też dam radę. Wyrysowaliśmy do imentu wszystkie kredki, tablica zaczęła mieć alergię na kredę, od jazdy konnej bolą mnie plecy i kolana, a wczorajszy dzień farb zakończył się ogólną radością oraz praniem PanKota i dywanu. Nawiasem pisząc PanKot mimo olbrzymiego wachlarza wad, prezentuje jedną bezapelacyjnie cenną zaletę – cierpliwość. Podejrzewam, że w nocy wciąga coś na uspokojenie, bo to niebywałe, by zdrowy, młody zwierz z wszystkimi czterema kończynami na chodzie wytrzymywał zabawy w etolę z lisa na chudej lokatorskiej szyi i spał gdzie go akurat Młodzieniec odłożyć raczy. I w dowolnej pozycji. W zwisie także.

Z negatywów mamy tyle, że w tym roku jedynym prezentem pod choinkę będzie lutowy tydzień w Maroko, a to i tak tylko dlatego, że zaliczka już wpłacona. W pracy zmiany i cięcia. Kwartalna premia, na którą zawzięcie pracowałam od października i która zawsze jakoś tam ratowała nasz mizerny budżet, właśnie pomachała mi na pożegnanie. Szkoda, bo nie ukrywam, że bardzo na nią liczyłam. Nawet bardziej niż bardzo. Ale nic to – ściśniemy się w pasie i jakoś to będzie. Musi.

Jeśli więc w tym roku ktoś chciał sprawić nam prezent muszę prosić by tego nie robił. Nie będziemy się mogli odwdzięczyć. Mam jakieś tam pomysły, więc ramach radosnej twórczości sama zrobię kilka drobiazgów dla najbliższych, Igor pomoże mi coś pomalować i tyle. Będzie skromnie ale na pewno bardzo wesoło i oryginalnie.

Zabawianie nudy

Kiedy byłam mała i chorowałam, Mamut dwoił się i troił żeby nie było nudno. Wystarczył przecież sam fakt, że musiałam tkwić w domu zamiast iść pobawić się na dworze. Do tej pory w Mamutowie mieszka cała obszerna kolekcja ukochanych bajek na czarnych winylowych płytach. Niestety adapter dawno już w niewyjaśnionych okolicznościach odszedł z tego świata – świadkowie twierdzą, że nie posłużyła mu zabawa w lunapark z karuzelą dla lalek – ale kiedyś mam nadzieję słuchać ich razem z Lokatorem. Ciekawa jestem czy jego ulubioną również będzie ta o wietrze i skrzypcach.

Jak powszechnie wiadomo nuda jest najgorszym z możliwych stanów i Małoletni pałają do niej szczerą niechęcią. W czasach moich chorób wieku dziecięcego wszystkiego było mało i tylko kolejek sklepowych dużo, ale ponieważ Mamut był kreatywny, grałyśmy na szklankach z wodą, robiłyśmy pacynki, samoloty i latawce z kolorowego papieru, stado ślimaków z plasteliny. Czytałyśmy też całe tony książek – począwszy od baśni i przypowieści, na mitologiach skończywszy. Trzeba było sobie jakoś radzić, bo w telewizji w ciągu dnia były głównie obrady sejmu, programy rolnicze i inne koszmarki. Teraz są bajki na dvd, kanały telewizyjne i zdecydowanie więcej możliwości jeśli chodzi o zabawki. Ale nadal najlepsze jest zawsze to, co zrobimy samemu.

Przykład?

Pan Toaletowy. Papier Toaletowy. Sprawdza się świetnie w inscenizowanej śnieżnej bitwie. Nieoceniony również w zabawie w mumię, opatrywaniu ran wojennych. Imituje wzburzone falemorskich odmętów, jak również pasma teatralnej kurtyny.

Pan Toaletowy jest bałaganiarzem i zawsze coś po sobie zostawia. Tekturowy rulonik posłużyć nam może jako lornetka – niezbędna zwłaszcza na pełnym morzu albo w wysokich górach Poczekalnia Do Żelazka.

A oto pomysł na teatrzyk kukiełkowy…gdy lornetka już nam się znudzi, a mamy na składzie odrobinę krepiny, skrawek tasiemki i dwa samotne piórka