Odnotowano chorość i zgryźliwość na pokładzie

Nigdzie nie byłam bo jestem chora. Znaczy nie byłam na koncercie Seweryna, choć chciałam. Mam nadzieję, że było barwnie, melodyjnie i ciepło mimo nostalgii wkradającej się każdym pikselem w te moje wierszydła. Ja jestem polepiona ze skrawków nerwowości i kaszlu, więc nic tam po mnie. Ostatnio i tak skupiam się głównie na tym, że wściekle boli mnie gardło.

W poniedziałek byłam na "33 scenach z życia". Nie chcę się wypowiadać, bo odbieram ten film aż za bardzo osobiście. Nie z perspektywy pogubionej Julii, przyklejonej do aparatu fotograficznego, dzięki któremu ma namiastkę poukładania, dobrej dziewczyny z trudnym życiem i labiryntem w głowie. Raczej z perspektywy włosów na szczotce, sińców pod oczami i kilogramów ciastek, których i tak nie da się przełknąć. I tu zrobimy pauzę. I tak zostanie. Bez dopytywań, tłumaczeń i wyników. Bo to jednakowoż moje życie i moje sprawy, a tam dokąd nie chcę i tak nikogo nie wpuszczam. Z zasady.

Ostra jestem i szybko tracę cierpliwość. Ale w sumie Matka Teresa już była i ma swoją legendę a ja nidy nie zazdrościłam jej fuchy. W białych lnach wyglądam jak idź stąd. Wolę być sobą – wygodniejsze, a ze mnie straszny leniwiec. Bywam miła, bywam złośliwa, czasem puszczają mi nerwy i oczko w rajstopie. Nieodmiennie do wkurwu doprowadzają mnie trzy rzeczy: tzw. "łaskawości" (czyli pomoc a później komentowanie w świat ze szczegółami jak to mi się wspaniałomyślnie pomogło), chamstwo w komunikacji miejskiej i bezdenna głupota.

Tak, jestem zła. Na początku było mi przykro i nijak a teraz mam wściek. Czyli idzie ku dobremu. Muszę odreagować, bo inaczej będę musiała kupić laskę trotylu i wysadzić kogoś w toy-toy’u, co może nie spotkać się z ogólnym zachwytem otoczenia. Nie wspominając o losowo wybranym szczęśliwcu.

W związku z kaszlem i temperaturą nastrój mi siadł i tak mu zostało. Ponieważ jednak mam w lodówce jeszcze ostatni kawałek ulubionego torcika Almondy z Ikei oraz cały kilogram kiszonej kapusty, jest szansa na rewolucję. Albo mi przejdzie, albo rzuci się również na żołądek.

Na koniec pozwolę sobie spuentować oglądany właśnie czołowy program ramówki tefałenu – You Can Dance:

– Kto powinien odpaść z programu w tym tygodniu?
– Kinga Rusin.

Optymalizacja czasoprzestrzeni dla opornych

Marzy mi się domek z ogródkiem, motocykl z koszem i figura modelki z nogami do szyi.
W ramach cięcia kosztów zadowolę się katalogiem Ikei, psem Baskervillów oraz połową kanapki z szynką.
No bo co. Przecież wyżej tyłka nie podskoczę.

Ale do kina mi się chce i basta!

To kto idzie ze mną na 33 sceny z życia?
Nie lubię sama.

Bo najfajniej się z kimś podzielić

Ponieważ pomysł nagrywania książek dla niewidomych spotkał się ze sporym odzewem, już wyjaśniam jak to się robi.

Można przez Bibliotekę Książek Cyfrowych, można przez Bibliotekę PZN, bądź przez Polski Związek Niewidomych, jednak od razu wytłumaczę, że dla mnie – osoby pracującej – godziny, w jakich można nawiedzać studio, są po prostu nie do przeskoczenia.

Najlepiej znaleźć sobie równie postrzelonego znajomego, albo dwóch, z profesjonalnym sprzętem do nagrywania audiobooków i umiejętnością obsługi tegoż. Zanim uznacie, że też przecież moglibyście, nagrajcie kilka swoich naturalnych i nie modulowanych rozmów (najlepiej w warunkach macierzystych, czyli w pracy) na dyktafon i odsłuchajcie. Wiekszość ludzi niestety mówi bardzo niewyraźnie, a kobiety z zasady mają zbyt wysoką, "piskliwą" barwę, tymczasem podczas nagrania ważna jest doskonała artykulacja i emisja głosu – wszystkie zgłoski wymawiane są przesadnie wyraźnie, ważne jest szerokie otwieranie i "ruchomość" ust – kiepskie nagrania to strata i waszego czasu i rozczarowanie niewidomego słuchacza. Bo to nie bez znaczenia jak coś przeczytamy – trzeba najlepiej, trzeba przecież taką książkę zagrać. Jeśli ktoś nie czuje się zbyt mocny w dialogach i woli referowanie – niech nagrywa podręczniki, ale wówczas warto skorzystać z listy zapotrzebowań.

Właśnie… lista.

W PZN można dostać listę najbardziej potrzebnych tytułów, jednak przyznaję, że poszłam swoim tropem i wybrałam po prostu książki, które najbardziej lubię, a akurat nie figurowały na liście woluminów BKC ani BPZN. Obstawiłam stare dobre kryminały i klasykę dziecięcą – oczywiście od "Dzieci z Bullerbyn" począwszy. Pierwsze co trzeba zrobić, to odszukać na stronie konkretnego wydawnictwa e-mail do autora (albo w przypadku książek dystrybuowanych do osoby odpowiedzialnej za prawa autorskie) i napisać o naszym pomyśle oraz co on/ona na to – bo trzeba mieć zgodę. Od razu powiem, że pomysł spotyka się z reguły wielką życzliwością i nie ma się czego bać. Wystarczy ubrać to jakoś fajnie w słowa i napisać oświadczenie, że nie chcemy tego sprzedawać, parafrazować i do jakich celów ma służyć.

Gdy już wiemy, co chcemy oraz mamy umówione studio (tu warto pouśmiechać się do lokalnych rozgłośni radiowych, bo zazwyczaj pracują nam mniej skostniali i bardziej skłonni do współodczuwania ludzie) albo przynajmniej coś na kształt i sobie podobnych narwańców z profesjonalnym sprzętem do nagrywania audiobooków, warto przygotować się dobrze, by nie musieć nadmiernie sprawdzać niczyich umiejętności montażowych i by poprawek było jak najmniej. Książkę przed nagraniem czytamy sobie na głos – można w wannie – traktując to jako próbę generalną. Wszelkie zacinki oznaczamy sobie wyraźnie (karteczki z boku strony) i potem podczas czytania, skupiamy się na tych miejscach podwójnie mocno. O tym żeby się nie obżerać i nie pić gazowanego to już chyba nie muszę pisać, ale na wszelki wypadek wspomnę. Pamiętajmy, że naszym zadaniem jest zagranie, nie tylko suche odczytanie. Tembr głosu, modulacja, wartość akcji – to wszystko musi tworzyć pełna i spójną opowieść, taką jakiej sami chcielibyście słuchać. Ciekawą, nie za wolną, nie za szybką, bez zająknięć i zacinek, bez przystanków na łyk herbaty ale też nie sztuczną. To musi być po prostu dobre i profesjonalne. Tak, to ciężka praca, ale warto.

Gotowy materiał poddajemy niezbędnej obróbce (koledzy ach koledzy), czyszczeniu i zgrywamy na kilka dobrych płyt CD.
Potem umawiamy się z którąś z bibliotek, wysyłamy pocztą albo dostarczamy osobiście i zabieramy się do następnej lektury.

Powodzenia 🙂

__________________________
Jestemjulia – ja też nie wiedziałam, że mam takich znajomych, zapalonych i ze sprzętem… dopóki nie zaczęłam szukać. Kwestia chęci. Wystarczy jeden e-mail i zaraz się okazuje, że ktoś kogoś zna, a ten ktoś kogosia też ma kogos i tak to leci. Taki ot łańcuszek, tylko potrzebny.

To jest miejsce na twoją reklamę

Chciałabym mieć nieograniczony niczym zasób wolnego czasu. Wolny czas to takie tajemnicze zjawisko, którego nie stwierdziłam w bliskim otoczeniu przez kilka ostatnich lat, a które ponoć – jak twierdzą nieliczni szczęśliwcy… jest po prostu boskie. Gdybym miała tego wolnego czasu do wypęku, prawdopodobnie przez pierwszy tydzień leżałabym i pachniała, ewentualnie siedziałabym i pachniała, a od czasu do czasu uskuteczniłabym mikroprzechadzkę, na szezlong. Po tygodniu, no dobra może dwóch, trafiłby mnie szlag jasny oraz nagły i w te pędy wróciłabym do dawnych zajęć, które nieodmiennie ciasno wypełniają mi dni. Pewnie, że sobie marudzę i to często, nie znam niemarudliwych ludzi, ale przy okazji tego marudzenia całkiem sporo można zrobić.

Mogę bardzo dużo. Na przykład obiad. Zapas kopytek na cały tydzień i bitki w sosie. Sałatkę krabową i owocową, bo Igo tak lubi. Albo porządek w skarpetkach. Bo przy okazji porannego zaspania zawsze mnie różnorodność par zaskakuje. W nocy się mieszają czy jak? Pójść na próbę chóru mogę, albo drugiego, bo przecież obecnie mamy na tapecie dwa. I mogę porozmawiać przez telefon z całkiem obcym człowiekiem, bo znajoma prosi, bo ona już nie ma siły tłumaczyć mu, z czego się wychodzi, jeśli się ktoś bardzo uprze. A ja uparta jak stado osłów jestem. Więc porozmawiam. I nawet mu pokażę którędy wyjść można. Mnie łatwiej bo już po. Mogę nagrywać książki dla tych, którzy czytać nie mogą, bo nie jestem samolubem i skoro mam oczy oraz w miarę poprawną dykcję, to warto zrobić z tego pożytek. I otwarcie pokłóciłam się z Taką Jedną, która chciała za to brać pieniądze, bo to niesmaczne. Ona i tak jest bogatsza. Ona ma wzrok. Mogę iść z Dzieckiem do parku i tarzać się w liściach. Albo wieczorami puszczać sobie muzykę na słuchawkach i tańczyć w samych majtkach. Bo tak lubię. A majtki bo do czegoś trzeba przypiąć mp3. Nie wiem czy ktoś też ma takie hobby, że jak położy Młode spać, to skacze po mieszkaniu z Sepulturą na uszach, ale mnie to robi wybornie… na samopoczucie, na talię, na biust całkiem nieźle, na sąsiedztwo chyba też. Mogę też na przykład oszczędzać i przez trzy miesiące jeść tylko jeden posiłek dziennie, by kupić sobie ulubione perfumy. Albo kolejny zestaw książek. Dzieć z zasady ma wszystko. Ja mogę dowolnie reorganizować swoje potrzeby, ale do perfum, bielizny i książek mam wielką słabość.

Co robię? Różne rzeczy robię. Jak słucham pięknej muzyki to płaczę. Przeważnie w partiach smyczkowych tak mnie to chwyta za gardło i gulę robi. Albo jak ktoś ma taki tembr głosu, że mi się włosy na karku jeżą, to mimowolnie przygryzam usta. Dolną wargę po prawej. Seal ma na przykład coś takiego w głosie, albo Nosowska, Bartosiewicz stara też miała, bo teraz to nie wiem. Jak przypomnę sobie dowcip, to wybucham gromkim śmiechem bez względu na to, gdzie akurat jestem, w tramwaju notorycznie rechoczę i dam sobie obciąć wszystkie rozdwojone końcówki, że wśród niektórych mam status całkiem czynnego wariata. Mam fioła na punkcie fioletu, czereśni i pięknych zdjęć. Potrafię spóźnić się do pracy bo się zaczytam, zapatrzę czy zamyślę. Potrafię pojechać w zupełnie przeciwnym do zamierzonego kierunku, bo mam taki kaprys, bo chcę pokazać Lokatorowi jak wygląda ogród na dachu BUW albo wóz strażacki, albo dobrze mi się patrzy na czyjś profil i wyobrażam sobie jak bym wymieszała tempery żeby go namalować. Robię potrzebne i całkiem zbędne rzeczy. Robię burze w szklance wody i rzucam talerzami, albo wrzeszczę. Tylko na Igo nie, bo w ogóle mnie mierzi wyżywanie się na Dzieciach. Zwracam głośno i dosadnie uwagę gdy ktoś traktuje Dziecko jak przedmiot i nie ukrywam, jeśli coś mnie wkurwia, że mnie wkurwia. Nie szukam zamienników, rzucam mięsem i przyznaję, że nie jestem najprostsza w obsłudze. Butna jestem i pyskata, uwielbiam riposty i robienie kretyna z kogoś, kto ma o sobie zbyt wysokie mniemanie, z premedytacją. Z niepewnych i nieśmiałych nie drwię, tym wolę pomóc. Nie chcę być do końca życia sama, ale wiem, że nie mam już energii na rozmowy o tym co lubiłam w przedszkolu i czy miałam ładne warkoczyki oraz czy w okresie buntu i naporu piłam tanie wina na Agrykoli czy też byłam grzeczna i nigdy, przenigdy, nic. Za leniwa jestem. Ponadto prawdopodobieństwo, że ktoś poza mną, Igorowskim – bo jeszcze musi – i Pan Kotem – bo i tak ma schizofrenię – wytrzymałby ze mną na dłużej, jest takie jak to, że zmienię płeć, zapuszczę na klacie karakuły i zrobię w Hollywood karierę amanta. Na pewno jednak z pewną ulgą przyjęłam koniec pytań ze strony otoczenia o moje ewentualne zamążpójście. Wygląda na to, że nawet Straszna Ciotka spisała mnie na straty i stwierdziła, że łatwiej będzie wyswatać mumię Lenina z mauzoleum.

Jak widać średnio nadawałabym też się do agencji reklamowej.

Ostatnio wszczęłam na osiedlu burdę, bo zażyczyłam sobie od Pana, awanturującego się, że Wiola (mój niedawny gość weekendowy) stanęła na "jego miejscu", okazania dokumentu poświadczającego wykupienie "miejsca parkingowego". A trzeba sobie wyobrazić starą kamienicę, jej podwórze ze sklepem rodem z PRL-u, altaną śmietnikową i przerdzewiałym trzepakiem, na tym podwórzu kawał przestrzeni pod tytułem: tu parkuje każdy, wszystko i jakkolwiek. Koronnym argumentem Pana było, że "przecież on tu zawsze stał". Ontologicznie rzecz ujmując ów Pan był bardziej na miejscu niż sam parking, jednakowoż postanowiłam zadziałać siłą spokoju i mieć wszystko głęboko. Zen. Zwłaszcza, że wolnych miejsc do parkowania było sporo. Pan zagroził mi piekłem, oddalił się wściekły jak sam diabeł i wraz z popierającymi go mieszkańcami skrył w przeciwległej klatce. Przynajmniej dobrze wpłynęłam na jego ciśnienie.

A do piekła i tak pójdę. Bo tak.
Przynajmniej będzie mnóstwo znajomych 😉

_________________________
Ewa – nic prostszego – adres mailowy jest gdzieś tam poniżej

Apel

Pilnie poszukujemy kontaktu do reżyserki i scenarzystki Małgorzaty Szumowskiej.

Jeśli ktoś jest w posiadaniu jej e-adresu i mógłby – za pozwoleniem zainteresowanej oczywiście – podzielić się w komentarzach,  byłoby fantastycznie. Szukałam w sieci ale nie natrafiłam. Adres nie jest mi potrzebny by słać tony spamu czy próśb o angaż, nie nie nie. I nie rozpowszechniać obiecuję. Po prostu ktoś chce napisać ważny dla siebie list, a ja bardzo chcę temu komuś pomóc.

więc jeśli… to dziękuję.

___________
Lena – serdeczne dzięki :)))

Telegram

Na Seszelach bosko. Stop.
Ciepło jak trzeba, hamaki i palemki w drinkach etc. Stop.
Szkoda wprawdzie, że mnie tam nie ma. Stop.
Ale i tak nieodmiennie życzę Wam udanego weekendu.

Start 🙂