Betoniarka z wieńcem żeliwnym i inne takie

Był sobie kiedyś dowcip rodem z radia Erewań o tym, czy to prawda, że w Moskwie na Placu Czerwonym rozdają Mercedesy? I niby owszem prawda, ale z małymi poprawkami: nie w Moskwie tylko w Leningradzie, nie
Mercedesy tylko rowery i nie rozdają tylko kradną.

No to ja chciałam się pochwalić, że byłam na koncercie U2.

I przyznaję, że przed spektakularnym omdleniem ze szczęścia powstrzymał mnie jedynie brak szezlonga. Bądź jakichś megaprzystojnych ramion męskich. Opcjonalnie. Bo jak już omdlewać to wiadomo gdzie. Bono był tak blisko, że zawarłam znajomość nawet z jego pryszczem na brodzie. A gryf gitary prawie załaskotał mnie w oko. W ogóle fajne chłopaki w tym U2.

Co prawda cała impreza miała miejsce w Warszawie, a nie w Argentynie i przez cały koncert siedziałam w fotelu ze śmiesznymi czarnymi okularami na nosie, ale i tak wrażenia niezapomniane. I ja tam nie wiem, może to i było w trzech wymiarach jednocześnie, ale osobiście jestem pewna, że przez jakiś czas byłam w czwartym.

Najpierw dostaliśmy te okularki i można się było udać na z góry obrane pozycje – najczęściej siedzące w miejscach, których numery wydrukowano na biletach. Następnie Średnio Wyluzowany Pan o grobowcowym głosie i urodzie bagiennej objaśnił wszystkim, że powinni siedzieć na tych miejscach przez cały czas i co najwyżej raz na jakiś czas poprawić umoszczenie. Nie wolno wstawać bo przez te okularki to się dużo wydaje i możnaby na ten przykład nabić komuś albo sobie guza. Komórki to już wiadomo – każdy deko ciekawszy od neandertala wyłącza albo przynajmniej wycisza. Pan przypomniał. Życzył też przyjemnego odbioru i wygasł. Trochę mu współczułam, bo przez cały czas kiedy my wgapialiśmy się w tego pryszcza Bono, on musiał wgapiać się w nas i pilnować czy nikt nikomu nie wbija w przedziałek przygodnie napotkanej siekiery albo nie dusi się popcornem. Ale z drugiej strony musiał mieć niezły ubaw patrząc na rzędy ludzi w czarnych okularach siedzących w ciemności i szczerzących się do gigantycznego ekranu. Niektórzy, zapominając, że to złudzenie, machali odnóżami, piszczeli, klaskali i inne takie. A Pani przede mną to nawet odruchowo wrzasnęła gdy na ekranie ktoś z tłumu polewał znajomych i nieznajomych współpodrygiwaczy wodą. Dla mnie niesamowita była ta cała energia, z którą wyszłam z kina. No i oczywiście Bono na odległość dłuższego nosa. To robi wrażenie. Serio serio.

Gorąco polecam.

Z rzeczy mniej koncertowych a bardziej przyziemnych ostatnio śnią mi się albo promocje w Castoramie albo własne pogrzeby. Betoniarki i wkrętaki to mało zabawne są ale własne uroczystości żałobne – proszę mi wierzyć – niezmiernie. Aczkolwiek do czasu bo na przykład na jeden nie przyszedł mój eks. To szuja. Tak mnie to wnerwiło, że się obudziłam. Jakby co będę go straszyć w nocy. Przysięgam. Niech sobie nie myśli. Miał przyjść i cierpieć a ja nawet po śmierci miałam wyglądać olśniewająco. Nieco sztywno co prawda acz olśniewająco. Głęboko mnie rozczarował. Doprawdy. I na kiego grzyba wbijali mnie w te szpilki? Ech. Faceci.

Nawet Brad Pitt był. No halo!

Blondyn z lokiem, wieczorowo

Lokator Wieczorny wita mnie od progu i stęskniony wczepia się każdym
dostępnym odnóżem w moje ramiona. Oplata mnie niczym liana i zasypuje
gradem dyszkantowych tu auto, tu żaba, a tu ciuchcia jedzie… widzis???
Tu następuje demonstracja jakich to nowych umiejętności nabyły od rana
nasze dobre, poczciwe zabawki z kartonu w rogu przedpokoju. No jakże
bym śmiała nie zobaczyć, Synu. Zwłaszcza, że zbliżenie Młody robi
całkiem spore prawie wkładając mi plastikową lokomotywę wielkości
małego kota w twarz.

Widzę kochanie, serio…

Jako klasyczny Mamut zmiękczam się w kolanach i zdejmując szalik oraz
buty już podziwiam, wypytuję, latam, gadam, pełen serwis… a lewym
palcem prawej nogi szykuję kąpiel, picie, bułecke i co tam jeszcze Szanownemu wyda się absolutnie niezbędnym do przeżycia następnych dziesięciu sekund.

Do kąpieli zapraszane jest pobliskie zoo. Dziwię się, że nie ma tam
sąsiada i matki Whitney Houston. Jest za to urocze stadko gumowych
hipopotamów, żółte kaczuszki w zróżnicowanych rozmiarach, gąbką z
żyrafą, pusty pojemnik z plastiku i wreszcie Delikwent. Następnie jako
przedstawiciel organu władzy dokonuję uroczystego wręczenia szczoteczki
do zębów z odrobiną pasty i doglądam niezbędnych ablucji. Najpierw
zębów lokatorskich a później wszelkich innych, mniej lub bardziej
wyimaginowanych.

A no i zapomniałabym o rybie. Ryba to podstawa kąpieli. Jest duża,
kolorowa i piszczy. Nie wiem czy istnieje jakaś inna piszcząca ryba ale
jeśli nie to natentychmiast powstać powinna – ta daje czadu. I tak
gdzieś pośrodku tego wszystkiego znajdujemy Lokatora, pomiędzy jednym a
drugim hipkiem, obściskującego bezceremonialnie i w najlepsze swoją
rybę. Pełnia szczęścia, miód i orzechy.

Dramat numer jeden następuje gdy wyciągamy Dziecko z wody. Dziecko
bowiem po mamusi, prócz oszałamiającej dawki uroku osobistego i oczu
niebieskich sztuk dwie, odziedziczyło najwyraźniej ascendent w Wodniku
albo mowiąc prościej wannolubność. Zwierz łazienkowy i ze mnie i z
Niego. Ręcznik zaś zabiera wolność, równość i ochronną warstwę
czegośtam, chyba sebum. W każdym razie Młody najchętniej zamieszkałby
na stałe w wodzie i tylko pluszowa ukochana żaba, która z kolei może
egzystować tylko na lądzie i to suchym, powstrzymuje go zapewne przed
wykształceniem sobie otworów skrzelopodobnych.

Gdy jednakowoż udaje się już Lokatora spacyfikować, zawinąć w ręcznik i
dostarczyć do pokoju celem wpakowania w piżamę i uśpienia, przechodzimy
do następnego punktu programu – zawiska Generalnych Oględzin, czyli
przeglądu całkiem nowych i zupełnie starych ran z pola boju. Każdy
siniak, każde zadrapanie i każde zaczerwienienie trzeba objaśnić – Igor
– i pocałować na dobre się_gojenie – mama.

O tu mama, tu popac jesce – Lokator z dumą prezentuje okazałą
rysę na czole jakby to było zdjęcie zatkniętego własnoręcznie na
szczycie Mount Everestu proporca
A tu co się stało, Synu? – zapytowuję z troską
Kolega autem Gigora – wyjawia i – zółtym – miękkim głosikiem doprecyzowuje Syn

I tu nie wiem czy auto faktycznie było żółte czy czerwone, bo Młody
praktycznie tylko ten kolor nazywa a także nader często podciąga podeń
wszystkie inne barwy tęczy i okolic. Ale to jakby mało istotne.

Bolało? – upewniam się czy nie trzeba może pocieszać albo co
Niee – bez namysłu odpowiada Młody – O i tu i tu jesce – dodaje wskazując na nową zdobycz – tes kolega, tes

Oglądam otarty palec i udając, że jest to niezwykle poważne obrażenie jednocześnie chwalę Dziecia, że taki dzielny i przeżył.
Pęka z dumy.

Pociałuje! – podsuwa mi palec pod nos dołączając imperatyw kategoryczny

Całuję, a jakże.

A oddałeś koledze chociaż? – cóż… nie byłabym sobą

Pośród blond loków następuje mała reminiscencja myślowa.

Taak.

I uśmiech od ucha do ucha.
To szelma 😉
Po mamusi.

Sobota

Zdążyłam zakochać się w Modiglianim i go serdecznie znienawidzić. A potem zrozumieć. Popłakać się kilka razy ze wzruszenia i kilkanaście ze śmiechu. Pobuszować po sklepie, wypić dobrą kawę i zjeść hektolitr pomidorówki z karmelowymi waflami na deser. Posłuchać, popatrzeć i pobyć. Spotkać się i rozstać. A to wszystko w jeden dzień.

Dzięki dziewczyny – do następnego mam nadzieję!

A film: "Modigliani. Pasja tworzenia" polecam. Bardzo.

Cała prawda o radzieckim termosie

No dobra, tak na serio to wszyscy wiemy, że bym nie wytrzymała. Ale sami przyznacie, że troszkę się nabraliście. Tak odrobinę przynajmniej i poczuliście mrówki na krzyżu. No prooooszę.

Przyznam, że zawiesiłam notkę a potem zaglądałam co godzinę sprawdzając komentarze. I już przy pierwszym musiałam niemalże odgryźć sobie obie ręce żeby nie napisać "żartowałam!". Ale jestem twarda jak Roman B. Dałam radę.

No dobra, tym razem jednak nie mogę bo odgryzę sobie język. To mówię, w sensie, że piszę.

W związku ze związkiem, że już jest 2 kwietnia i można przestać żartować to mam NJUS ROKU. Ba! jak dla mnie to nawet pięciu – prawie prawie Biko, to fakt 😉 – lat.

Otóż… tu werble poproszę i inne kastaniety…

RADZIECKI-TERMOS BĘDZIE WYDANY W FORMIE… KSIĄŻKI !!!

tu pozostawiam miejsce na piski, omdlenia na szezlong i całą resztę rozmaitych wyrazów


Nie wiem jak Wy, ale ja oddycham do torebki!
Do zajebiście pojemnej papierowej torby, do której mogę wsadzić głowę i zapytać którędy na pocztę.
I tym razem to nie jest Prima Aprilis.
No cieszę się jak nie wiem co.
O matko!

Wdech – wydech, wdech – wydech, spokojnie…

Teraz tak. Poza tym, że cieszę się bardzo, to kompletnie nie wiem jak to ugryźć żeby wybrać te obiektywnie najlepsze kawałki i żeby nagle nie zrobiła się z tego encyklopedia. Bo to ma być książka do autobusu, tak? W dodatku dla Was. Taka prawda. Umówmy się więc, że za te wszystkie przeczytane tu literki teraz Wy mi pomożecie. Dobra?

No, się wie!

Uprasza się KAŻDEGO CZYTELNIKA o wybranie 11 jego subiektywnie ulubionych radziecko_blogowych notek ze wszystkich lat (jak ktoś chce to może oczywiście więcej ale 11 to wymóg obligatoryjny) i wklejenie linek do nich w komentarze. Do poniedziałku. I bardzo proszę o rzetelne podejście do sprawy i nie robienie uników. Jeśli ktoś wstydzi się w komentarzach, bo na ten przykład nie chce otwarcie się przyznać, że czyta, albo na przykład mnie nie lubi a zagląda z nudów, to można mi te jedenaście linek wysłać mailem. Ale bardzo o nie proszę. Chciałabym tylko by naprawdę każdy z Was dał mi ten kawałek swojej uwagi i zaangażowania. Myślę, że to niezbyt wygórowana cena za nieograniczony dostęp do mojego prywatnego kawałka podłogi, który bądź co bądź wybieracie co jakiś czas by gdzieś tu usiąść i sobie pobyć.

A jedenaście bo to taka fajna liczba 🙂

No to kochani… do dzieła!
Całuję w czubeczki

Epilog taki

Dokładnie 5 czerwca o 12:21, pięć lat temu prawie, napisałam:

Zaczynam w czwartek a co… to bardzo ładny dzień na początek pisania własnego bloga.
Nie wiem co z tego wyjdzie ale znając mnie coś zakręconego równie mocno jak rzeczony termos 😉
No to 3 2 1 0 start

I się trochę podziało, nieprawdaż?

No.

Mam nadzieję, że dobrze się Wam u mnie przez ten czas piło herbatę i różne inne trunki. Jak to z radzieckiego.

Nie wiem jak przejść do meritum, więc przejdę prosto z mostu.

Myślę, że wtorek to dobry dzień na ukłonienie się i pomachanie z pociągu. Choć niekoniecznie białą chusteczką. Wyszło lepiej niż myślałam, trochę się pośmiałam z Wami, trochę powzruszałam – serdeczne dzięki za wszystko. Niespecjalnie lubię pożegnania, więc poprzestanę na tym. Znikam.

Miejcie się dobrze i nie sikajcie pod dywan!

No to 3 2 1 0 stop.