Żeby nie było za różowo

Żeby nie było za różowo, bo przecież od nadmiaru może zemdlić, telefon ze Żłobka wywołał we mnie pewne napięcie. Nawet cały zespół. Świeżo wypita kawa jakoś dziwnie stężała mi w przełyku i generalnie poczułam dreszcze. Uznajmy bowiem, że Ciotki Etatowe ani ich Światłe Kierownictwo raczej nie dzwonią do mnie hobbystycznie i z pytaniem o samopoczucie. Takie telefony zazwyczaj zwiastują coś niedobrego i bynajmniej nie jest to propozycja zjedzenia znienawidzonego mielonego. Tak było i tym razem.

– Czy to pani Mama Lokatora?
– Nie, kancelaria Rzeszy… – przecież wiadomo, że ja to ja, zwłaszcza jak dzwoni się do mnie na komórkę i odbieram
– Proszę natentychmiast przyjechać.

No to pojechałam.

Powitaj nowe jutro z Avon i ospę wietrzną z Lokatorem.

Fakinszit, że tak to ujmę jednym trafnym słowem. Mam więc Dziecko w fioletowe ciapki powlekane białym mazidłem, spakowaną torbę,  bilet PKP i zbiórkę o północy. Mamut zaktywizowany, na ścianie sztab kryzysowy w pigułce, czyli kolorowo wypisane na kartkach z bloku wszelkie możliwe klęski i kataklizmy (oraz kilka niemożliwych ale mam bujną wyobraźnię) i zestawy reakcji naprawczych, potencjalnie przydatne numery telefonów oraz amplitudy temperatury z ostatniej doby. Lokator zdaje się niczym nie przejmować i patrzy na wszystko w iście stoickim spokojem, Mamut względnie wyluzowany bo ostatecznie to Ona z nas dwóch wie jak wygląda ospa. Ja dzwonię co godzinę i właściwie tylko ich odrywam od dobrej zabawy. Nic to.

Tak, zostawiam chore Dziecko w domu i jadę. Tak, zostawiam Mamutowi chore Dziecko i jadę. Generalnie jadę. Do Grybowa. Z chórem na warsztaty. Jak co roku. Miałam jechać w duecie z Młodym ale w zaistniałych okolicznościach problem zapasowych pieluch rozwiązał się sam. Nie używam.

Babcia szczęśliwa i w końcu w żywiole, Wnusio pieje i punktowo przybiera barwę bakłażana a Mamusia też płakać nie zamierza. Każdemu z nas przyda się mała zmiana w scenariuszu. Chętni do kamienowania mogą się wyżyć w komentarzach ale uprzedzam, że średnio mnie to zwilża. Najwyżej uzbieram na skalniak. Do określenia Wyrodna Matka proszę jeszcze dodać Wyrodna Córka.

Się ośmielam

Kochani!

Ponieważ i tak już czuję się konkursowo usatysfakcjonowana, wyżej już zadrzeć nosa nie dam rady bo mi niesymetrycznie, a sądząc po rozkładzie głosów w mojej kategorii szanse mam wiadomo wyżej_dupy_nie_podskoczysz_marne…

to mam takie marzenie – strasznie bym chciała żeby to właśnie Pierwsza wygrała.

Proszę więc wszystkich, którzy tak pięknie głosowali na mnie o wyskrobanie jeszcze jednej złotówki i wystukanie

A00117 na numer 71222

Zróbcie mi prezent na Walentynki, co?
Dziękuję 🙂

Naprawdę, obiecuję być grzeczna przez cały marzec.

__________________________________________________________
Ps. A może jakaś opiekunka z Poznania poszukuje PRACY ???

No to jak już siedzicie

Zacznijmy od tego, że Ziuta to moja dawna najlepsza przyjaciółka z lat szkolnych. Podstawówkowych w dodatku. Trzymałyśmy się razem, przynosiłyśmy sobie nazwajem kanapki i oszukiwałyśmy na wuefie, że umiemy skakać przez kozła oraz hobbystycznie jeździłyśmy autobusem po mieście kolejne przystanki dobierając sposobem gry w marynarza.

W bardzo późnej podstawówce Ziuta zakochała się na zabój w niejakim Wojciechu Z Ósmej Be. Wojciech – absolutnie nie Wojtek bo Wojtków to jak burków w powiecie, a Wojciech był jeden jedyny i niepowtarzalny – był od nas o rok starszy i nosił długie pióra. To już wystarczyło by żeńskie pół szkoły wykupiło w Jego intencji okoliczne zapasy sznurka do snopowiązałek w zamiarach samobójczych i innych bliżej nieokreślonych. Drugie pół albo wzdychało po cichu nic nie robiąc albo uganiało się za Nim z impetem i zaangażowaniem godnym znacznie lepszej sprawy. W dodatku Wojciech szkolił się na perkusistę. I tu już klops. Sądzę, że po ujawnieniu tego faktu znaczna część populacji męskiej również zaczęła żywić doń płomienne uczucia. Nawet gdy hojnie obsypał Go młodzieńczy trądzik większość fanów nie straciła rezonu. Nawet ja – przyznam szczerze – gdyby nie lojalność wobec Ziuty, schrupałabym gogusia bez chrzanu. Taki był fajny.

Teraz będę nieco w skrócie bo mam kuraka w piekarniku i Dziecko na chodzie.

Wojciech Z Ósmej Be po roku rozmaitych pochodów i wydziwiań zaczął w końcu zauważać Ziutę. I tu była dobra nasza, bo Ziuta jako jedyna w klasie miała już biust. Reszta, w tym autorka, notorycznie zapominała zabrać cycków z domu i pomykała z dołkami na watę. Nawet prężenie się po szczyt hiperwentylacji nie pomagało. Ziuta miała biust i ogólnie była śmiała, ciekawa i posiadała naturalnie zakręcone rzęsy o długości absolutnie niedopuszczalnej w żadnej podstawówce. Jak się Wojciech zainteresował, w mig była z nich para. Byli wszak tacy ładni, że nie mogło być inaczej.

Niestety koniec roku szkolnego znacznie pokrzyżował ich życiowe plany. Wojciech nie dostał się do szkoły muzycznej na Bednarską. Jego rodzice postanowili więc wyprowadzić się z Warszawy by Syn mógł się kształcić gdzie indziej. Internet był wówczas u nas równie popularny co Amisze, listy szybko przestały przychodzić. Ot taki standard. Ziuta przeryczała całe półrocze. Potem na szczęście przerzuciła się na inny obiekt ale przez późniejsze lata cyklicznie powracała ni to w żartach ni z przkąsem do Wojciecha Z Ósmej Be, który to być może stanie się gdzieś kiedyś sławnym perkusistą a Ona będzie miała satysfakcję, że pierwsza się z Nim pokątnie całowała.

Wojciech najwyraźniej się nie stał bo słuch o Nim zaginął. My dostałyśmy się do liceum. Ja wybrałam klasę humanistyczną, Ona poszła na mat-fiz. Pod koniec roku Ziuta straciła Ojca. Matka zawinęła Ją i ziutowego brata i wyjechała za granicę. Pisałyśmy tęskne i rzewne listy, opisywałyśmy wszystko co dzieje się wokół i obiecywałyśmy sobie dozgonną przyjaźń, jednak jak nietrudno się domyślić, z czasem nasza znajomość rozluźniła się i przekształciła raczej w pełne uroku dalekie koleżeństwo. Na studia Ziuta wróciła do Polski ale już nie było tak samo. Pomogło dopiero gdy każdą z nas jednocześnie choć całkiem osobno rzucili faceci. Mój w dodatku po latach okazał się być gejem. Do dziś mam cichą nadzieję, że to jednak nie przeze mnie. Mogłam być jednak milsza. No ale trudno, było minęło. W każdym razie pocieszałyśmy się i tak już zostało.

Po studiach Ziuta prowadzała się z Takim Jednym i trwało to parę lat. Dość, że jak urodziłam Igora, to Ziuta akurat zmieniła Mu przydomek na Straszny Fiut i zdefasonowała buźkę zaraz po tym, jak niedoszły absztyfikant okazał się nie być z zamiłowania monogamistą. W zeszłym roku wyjechała za granicę. Była samotna, nieszczęśliwa i wpadła po uszy w pracę. Od czasu do czasu wymieniałyśmy po kilka e-maili.

Wtem…

Tak to zdecydowanie moje ulubione słowo.
A to jest zdecydowanie mój ulubiony fragment tej historii.

Zatelefonowała do mnie. Mówiła coś o naszej klasie, ulotkach na mieście i całej masie ludzi jaką zaangażował Wojciech Z Ósmej Be by odnaleźć do Niej drogę. Że jest nieziemsko szczęśliwa wspominać nie musiała. Czułam. Bo On się jednak odnalazł. I ponoć nawet mnie szukał, tylko nie mam profilu na tym cudzie i nie mieszkam tam gdzie dawniej, więc było ciężko. Pojechał za Wielką Wodę. Szukał Jej przez miesiąc. W kwietniu biorą ślub.

W tym miejscu autorka doznała rozległego zawału i musiała się reanimować.

Po zebraniu szczęki z podłogi rozpłakałam się razem z Nią i tak przez te słuchawki chlipałyśmy, że przecież to cudownie. I taka telenowela. I przecież takie rzeczy się nie zdarzają. No halo!

Wiecie, że On nawet po rozgłośniach radiowych jeździł?

Świat jest jednak mimo wszystko mały. Wystarczy bardzo tego zechcieć.

A co u mnie? Hmmm. Wygląda na to, że po sześciu latach znajomości, która dotąd nie wyszła poza zdawkowe "cześć" – usłyszane zresztą dopiero po dwóch latach od startu – też może coś zaskoczyć. O taka dźwigienka mała. Tu niby nic, znamy się ale w zasadzie to kim Ty jesteś? Tak się mijamy lekutko w przejściu do toalety i nawet mamy swoje numery ale nigdy nie sprawdziliśmy czy aktualne. W dodatku kiedyś nas usilnie swatano ale okoniem staliśmy oboje a i jadem zdarzyło się w swoich kierunkach pluć wymiennie. Czyli raczej mało czarownie.

Wtem…

I tak o. I wszystko fajnie. I romantycznie bardzo i nawet w trójkącie. Serio serio. Bo On to Brat Najlepszej Przyjaciółki, a ja to Przyjaciółka Siostry.

Mówię Wam. Wesoło jest. Strach się bać co będzie jak jednak tego totka obstawię.

Mówiłam żeby usiąść 🙂

Absolutnie

Uprzejmie poproszę o szezlong. Albowiem nie mam gdzie malowniczo omdleć. Z wrażenia.

Zdecydowanie są informacje, które powinno się przyjmować tylko w pozycji siedzącej. I tu zaliczyłabym wszelkie śluby, ciąże, zmiany płci, wygrane w totka i inne nagłe zawirowania czasoprzestrzenne.

Zgodzicie się ze mną?

Jakby co to idę usiąść.
I może profilaktycznie pooddycham trochę do torebki.

Ps. Nie wychodzę za mąż i nie jestem w ciąży. To tak na wypadek gdyby się ktoś rozpędził w spekulacjach. Ale też możecie posiedzieć.

Sennik egipski dla opornych

Znaleźć w torebce kotleta – siedem lat tłustych Cię czeka, zainwestuj w niezły odplamiacz.

Posiadanie Dziecka – którego się przecież de facto nie posiada, bo to raczej jak z kotem, co to możesz żyć w przekonaniu, że Go masz ale to On ma Ciebie – to nieustanne żeglowanie po oceanie pełnym niespodzianek. Niby widoki piękne i przy okazji dobrego sternika można opłynąć świat dookoła, ale ani się nie obejrzysz a w scenariuszu wyskoczy góra lodowa, albo jakiś sztormik i już z naszego małego żółtego pontonika schodzi powietrze a my sami w charakterze rozbitka lądujemy gołym tyłkiem na piachu.

Bywa też zabawnie. Można się obudzić rano i ujrzeć Dziecię wymachujące nam nad głową świeżo wyjętym z zamrażarnika kurzym udźcem albo po prostu znaleźć w torebcie kotleta. Schabowego. Niedużych rozmiarów. Nadgryzionego w sposób jednoznacznie demaskujący schabokryjcę. Nie wiem… może Lokator uznał, że trzeba mnie podkarmić? Grunt, że kotlet w torebce był. Znajdowałam tam już klocki, ukochanego Misia Z Wydłubanym Okiem i lewą lokatorską skarpetkę w gustowne paseczki. Ale przyznaję, że kotlet przebił wszystko.

Igorowski w ogóle ma urocze zwyczaje. Na przykład zrywa wszelkie znajdujące się w zasięgu wzroku i swych macek etykietki. Normą jest już otwieranie puszki z pewną nutką ekscytacji i nadzieją, że to jednak nie będzie kolejna czerwona fasolka. Bo problemu nie ma gdy opakowanie jest przezierne. Ogórka widać gołym okiem. Natomiast czwarta fasolka wyselekcjonowana metodą chybił-trafił z ogołoconej piramidki doprawdy nie wpływa konstruktywnie na moje kulinaria.

A co gdy pastę do butów zostawi się na zbyt mało niedosiężnej półce? Powitajmy domorosłego Rudolfa Valentino i brand nju stajl, czyli czarny lok i subtelny wąsik. Z lekkim odchyleniem w kierunku lewego policzka. Zmywa się to to długo i namiętnie ale z pomocą odżywki do włosów i kremu nivea daje się nawet zniwelować powód do wrzasków i ogólnych cierpień.

Młody ma też ostatnio bardzo wyraźne upodobanie do zgłoski pe, wobec tego wiele znanych już w naszym domu postaci i określeń nabrało nowych znaczeń. Miś to piś, małpa to pałpa. No i ostatnio gotowaliśmy ogórkową:

– Igorku zjesz zupę?
– Zjeś pupę! Zjeś pupę!

Teraz droga Kasiu mam dylemat – czy martwić się, że z Syna rośnie kanibal, czy zmieszać, że erotoman. I czemu do cholery tak wolno.

Nagie pięści węża

Wzruszają mnie niektóre tytuły aukcji internetowych. Już nawet nie "kozak z charakterem", a na przykład "sukienka z rozcięciem na studniówkę". Zastanawia mnie czy w rozcięciu mieści się również bal maturalny, czy tylko studniówka. Wszystkie tekstylia są teraz stylowe, ekscytujące bądź zmysłowe, chyba, że to rękawiczki – wówczas są niezapomniane. To akurat miło bo samej zdarza mi się często zapomnieć swojej aktualnie posiadanej pary z domu, albo zostawić w autobusie. Obuwie jest albo nieziemskie albo rewelacyjne. Moim zdecydowanym faworytem są "wysublimowane czółenka"? No halo! Nie wiem z kim się autor na głowy pozamieniał ale proszę mi wierzyć, że to nie do końca udana transakcja była. Aha, żeby było ciekawiej hasło-wabik to teraz skumulowanie określeń "emo, punk, lolita oraz gothic". Atak modnie zbuntowanych małoletnich gwarantowany. No i oczywiście wszystko śliczne, stan idealny, a w gratisie królestwo i pół córki.

O "płaszczu za pupę" to już w ogóle nie wiem co myśleć. Rozumiem, że do łask wraca wymiana barterowa ale to było na zasadzie ja Ci płaszcz a ty mi trzy swetry. Ale za pupę…

Degrengolada jak nic.

Albo wielka niewiadoma, czyli "rajstopy z dwoma otworami, dużymi, białe". Zawsze myślałam, że rajstopy owszem duży mają otwór ale zdecydowanie jeden. Tymczasem jak widać wiele można się jeszcze nauczyć. Te miały łącznie trzy. Co najmniej. Znaczy spokojnie można było wskakiwać w nie bokiem. Z półobrotu. Haluta wysnuła nawet przypuszczenie, że może one takie seksualne bardziej są niż do noszenia, ale ja doprawdy nie wiem czy w kość udową da się wsadzić coś bez użycia chirurgicznego wiertła.

Poza tym nuda, Doda i cekiny.

I takie mam wrażenia po wieczornym buszowaniu w poszukiwaniu czerwonego płaszczyka. Bo straszną mam na niego ochotę i właściwie nawet mi nie przeszkadza, że nie wiem jak wygląda. Wierzę, że zakochamy się w sobie od pierwszego wrażenia i mam cichą nadzieję, że drugie wrażenie dostrzeże gdzieś jakąś miłą promocyjną cenę. W przeciwnym wypadku, miłość natentychmiast uda się do okulisty i nadal będę chodziła w swojej wygodnej i miłej acz mocno już wieloletniej kurtce.

Płaszczyka nie znalazłam ale wyszperałam boskie kalosze.

Trochę umarłam, przyznaję 🙂

Bardzo o filmach i kąpieli

Bardzo mi się podoba, że gdy w telewizji jest "Tango i Cash" – a jest dajmy na to dwudziesta pierwsza – i Sly Stalowy mówi, że fakju to każdorazowo tłumaczą niech was/cię/trójkołowy_rowerek szlag. Wyobrażam sobie jak nadużywanym zwrotem byłaby motyla noga u Pasikowskiego. Boguś Linda wyjmowałby przy tym świeżo wykrochmaloną chustkę – oczywiście w idealnym kolorze zębów Toma Cruise’a – ocierał kącik ust z emfazą i dzielił się z widzem refleksją w temacie swojego nowego tomiku poezji. I co taki widz do licha wie o zabijaniu? A wszystko z lekką nutką dekadencji, nonszalancji i z obowiązkowym grymasem w stylu średnio mnie to zwilża maleńka.

Słuchowiec jednak jestem. Mogę dostać dreszczy gdy ktoś mi trafi w ulubiony tembr i tonację. Mam kilku takich i o dziwo – bo filmy z nim to niekoniecznie ulubiam – Boguś dałby radę. Ale chyba bardziej Żebrowski jako Doktor Haust. Niby w samych slipach i niby taki niedomyty, niedogolony, niedospany a pamiętam, że wszystkie panie na widowni nawet mrugać starały się rzadziej niż powinny.

Dobry aktor nawet dupa powie przez "ł" przedniojęzykowo-zębowe.

Bardzo mi się podoba, że Lokator w kąpieli wyraźne ma preferencje.
Najpierw hipopotam, potem kaczka. Siada zawsze z tej samej strony wanny
– niekoniecznie tak jak większość waniennej populacji ma w zwyczaju,
zawsze sam zakręca kran a przy myciu zębów nuci. Ogólnie mam niezwykle
muzykalne Dziecko. Niestety nie jestem w stanie stwierdzić czy to efekt
genów czy późniejszych przyzwyczajeń.

Niezwykle wyraźną preferencją jest też pełne uspołecznienie Lokatora i
nieustanne pragnienie towarzystwa. Osamotniony natychmiast prezentuje
całą gamę posiadanych wad i wpada w pluskiem w otchłań rozpaczy. Poziom
decybeli dopuszczalny na terenach mieszkalnych jest przy tym
przekroczony co najmniej dwukrotnie, więc posłusznie wracam, zajmuję
miejsce w pierwszym rzędzie i świat wraca do zwyczajowych proporcji.

Gdyby lakier wysychał tak szybko jak lokatorskie łzy, polubiłabym nawet malowanie paznokci.

Bardzo mi się podoba uczucie przyjemnego zawstydzenia, które mam gdy ktoś mi powie komplement. Od niedawna w sumie mam. Nie jestem przyzwyczajona. W czasie mojego dzieciństwa preferowało się raczej oszczędny w tego typu określenia wychów a w późniejszych terminach na ogół spoglądałam na śmiałka, który mnie brał pod włos, dość podejrzliwie i z przekąsem. Teraz chyba się po prostu uśmiecham. I powoli uczę się wierzyć, że niektórzy mówią to bezinteresownie. Bo już jakby mam pod trzydziestkę i wątpię by ktoś mnie chciał rwać jak świeże wiśnie. Zwłaszcza gdy pcham przed sobą dziecięcy wózek.

Mocno starsza pani w metrze powiedziała mi wysiadając, że pięknie pachnę i że bardzo przyjemnie się koło mnie siedziało. I że się uśmiecham jak wiosna.

Tak, nadal się w takich sytuacjach czerwienię.

Hamaczek poproszę… i drinka z palemką

Marzy mi się przynajmniej tydzień odpoczynku. Ale takiego totalnego, żebym nawet chcąc ruszyć palcem musiała wysłać do mózgu podanie z trzema znaczkami skarbowymi i zdjęciem. I doprawdy nawet nie musi być Teneryfa. Wystarczyłby namiot na Mazurach. Byle w głuszy i z zapasem sprayu na komary. Jestem permanentnie niedospana, wszędzie gdzieś pędzę i w bardzo widoczny sposób potrzebuję fryzjera. Chcę pobyć trochę w bezruchu, żeby mnie zdążył malowniczo opleść jaki bluszcz i żeby mi Pani W Tramwaju mogła powiedzieć, że wyglądam jak pomnik Chopina. Cała zaśniedziała. Serio serio. Może tylko z gołębiami dałabym sobie spokój. Normalnie poza tym to mogłabym być siostrą bliźniaczką Fryderyka.

Fryzjer. Zanotowałam.

Włamię się do jakiegoś salonu i kategorycznie zażądam pomocy. W końcu to pierwsza pomoc, prawda? Nie może być tak, że się co rano mam stany lękowe na myśl o lustrze. Bo nie wiem co tam zobaczę. Nie no ogólnie w tym momencie moje włosy to dramat. W pięćdziesięciu aktach. A w czapce to tej zimy kurde nie bardzo sie widzę. Włosy to rzecz stanowczo przereklamowana i fryzury powinny się dobierać automatycznie do naszego najaktualniejszego nastroju.

Chociaż jak sobie pomyślę o nagłych zmiennych typu wkurw i tym co musiałoby się wówczas dziać z upierzeniem, to otoczenie mogłoby nieco protestować. Natomiast z pewnością i całą stanowczością twierdzę, że ewentualne mordy popełnione przez kobiety w fazie Włos Mi Odrasta Wszystko Mnie Wkurwia Umieram, powinny być z góry, z dołu i z boku wybaczane. Inaczej się nie da. Pewne bitwy wymagają ofiar.

Dobra, jak zaraz nie znajdę czegoś co lubię to wyjdę na ulicę i nastukam pierwszej napotkanej w bramie staruszce. Albo kibicowi. Albo kotu. Wszystko jedno. Komuś się wgryzę w tętnicę.

Zatem…

O! Uwielbiam serię "Polityki" Cała Polska Czyta Dzieciom. Właśnie zakupiłam tom dziesiąty – "Ferdynanda Wspaniałego". Młody wkroczył akurat w fazę żywego zainteresowania słowem czytanym, więc jest szansa, że za lat kilka osiągnę absolut. W tym przypadku będzie to kawa + książka + Dziecko z własną lekturą obok. I sielanka. I samo_rozwieszające_się pranie. I almette z czosnkiem niedźwiedzim.

Co do jest do cholery czosnek niedźwiedzi?

Pozostając w tej niewątpliwie porażającej niewiedzy względem biologii, odkryłam dziś po raz kolejny, że wystarczy do zwykłej pomidorówki dorzucić garść suszonej papryki i zawartość słoiczka czarnych oliwek, by zyskać prawdziwie śródziemnomorski aromat i doskonały smak. Mała rzecz a cieszy.

A czy mówiłam, że byłam na kolejnej rozmowie w sprawie przedszkola? Nie. To powiem. A raczej napiszę. Otóż deptałam od czasu pewnego ścieżki do Pani Dyr, bo przedszkole – jak wszyscy wiemy, a jeśli nie wiedzieliśmy, to właśnie mamy okazję ów dogmat poznać – nie jest zwykłą placówką, w której Miłe Panie opiekują się naszymi Dziećmi a Pani Dyr z łagodnym uśmiechem dogląda swojej trzódki zza węgła tudzież okiennych żaluzji. Przedszkole to przywilej, z którego nie każdy jest godzien skorzystać. Na samą audiencję u Przewielmożnej czekałam miesiąc. A i tak przyznaję, że przebicie się przez zwarty szereg: nie ma, na urlopie, nie ma czasu, a czy spotkanie umówione, proszę nazwisko… pochłonęło sporo energii. Nie mam pojęcia kto i w jaki sposób prowadzi castingi na przedszkolaków w innych miejscach, ale przyznaję, że szereg pytań zwiadowczo-naprowadzających w wykonaniu Pani Dyr mnie z lekka powalił i w solidnym a niewygodnym przykurczu trzymał spory czas. W tym mój osobisty faworyt:

– A czy Synek jest żywy?

Jak wychodziłam do Pani to jeszcze był. Ale nie wiem bo jakby trochę tu kwitłam pod drzwiami.

Dobra. Następna tura pod koniec lutego. Mam przyjść się pokazać. Rozważam też przyniesienie oprawionego w ramki portretu. Powinno znacznie ułatwić sprawę się_pokazywania. – O! Widzi Pani? Tu mam taki ładny dołeczek jak się uśmiecham. I to jednak tak jak myślałam trochę mit, że samotne matki mają pierwszeństwo. Totalna bzdura. Swoje trzeba wydeptać, wystukać i na ławeczkach odsiedzieć. Zawzięłam się jednak i ścieżkę wychodzę. W żłobku się udało to i tu się uda. Kwestia motywacji. Moją jest wizja Lokatora dziarsko przemierzającego kolejne kilometry – wzrokiem – w autobusie jakiejś podmiejskiej linii. Mają długie trasy. Albo smycz i kaloryfer. No… ale smyczy nie mam i średnio widzę ZTM w charakterze niańki. Obawiam się, że kierowcy nie posiadają odpowiednich referencji. Zatem jak widać bardzo jestem ukierunkowana na przedszkole. Jednak.

I świetny tekst dosłyszałam w metrze z ust jednej takiej z wyglądu Małoletniej: – Ona myśli, że jak On przy Niej usiądzie, to Ona mu od razu nogi na szyję założy…

Nie ma co. Młodzież wygimnastykowana teraz. Szacun i inne wyrazy 😉

Idę spać.

Szukam palacza na kajak

Są takie dni w tygodniu, kiedy właściwie mogłabym stale przebywać w pozycji horyzontalnej i ani na chwilę się nią nie znudzić. Jak tak pomyślę, to każdy z siedmiu się kwalifikuje.

Poniedziałki są z zasady lekko przesrane bo po weekendzie człowiek do roboty nie nawykły i ma większość w odwłoku a to co się nie zmieści, w drodze wyjątku, w poważaniu. Głębokim. W poniedziałki w tramwajach po butach depczą nam borostwory i zawsze pada deszcz. A jak czasem się zapomni i nie spadnie, to i tak rano nie mamy się w co ubrać i włosy sterczą nam na wschód, jak akurat chcieliśmy na północny zachód.

Wtorek jest do bani bo po poniedziałku, który był naszą taryfą ulgową, jednak już trzeba się wziąć i w garści trzymać. A do piątku daleko. We wtorki rodzą się sami seryjni mordercy i psychopatyczni maruderzy. Chyba, że po czternastej, bo wtedy na ten przykład czasem się zdarzy autorka jakiegoś bloga. Może być radziecki.

Środa jest w środku czyli tak właściwie nijak. Ni to początek tygodnia, ni koniec. We środy nie dzieje sie nic ciekawego i wszyscy notorycznie ziewają albo drapią się po jajkach. Opcjonalnie. Są też jednostki wybitne, które wypracowały sobie system i potrafią wykonać obie rzeczy równocześnie ale nie jestem pewna czy to zasługa środy. Nawet porządnie pomarudzić na nią się nie da, więc spuśćmy na środę zasłonę milczenia i przejdźmy do czwartku.

Czwartki są miłe ale nadal wkurwiające bo to jeszcze nie piątki. Czwartki mają to do siebie, że jak się zaczną to za kilo wiśni nie chcą się skończyć. A jak się kończą to zawsze nie tak jakbyśmy chcieli. Albo się zaiwania na wysokości lamperii i pod koniec dnia na stojąco wiążemy sobie sznurówki, albo wykańcza nas ziewanie i złamany paznokieć.

W piątki budzik zawsze dzwoni o milisekundę za wcześnie i nanodecybel za głośno byśmy nie rzucili weń jakimś soczystym bluzgiem. Bądź kapciem. Budziki to wredne łajzy i obstawiam, że w poprzednim życiu wszystkie były różowymy kucykami pony. I teraz się mszczą za tę majtkową paletę barw. Na szczęście piątki zwiastują też koniec tygodnia pracy i początek Wielkiej Laby.

Wielka Laba zaczyna się w sobotę i gdyby nie obecność małego upierdliwego gnoma, w niektórych kręgach zwanego Dzieckiem, byłoby czarownie do wypęku. Tymczasem już na wstępie zaliczamy wkurw dziki a nieokiełznany, gdy o szóstej.piętnaście, w godzinie wilków z chorym pęcherzem i telezakupów w mango, budzi nas gromkie i radosne: – Mama ee?! co w wolnym tłumaczeniu oznacza ni mniej ni więcej tylko: – Teraz mi się nudzi i mnie zabawiaj bo jak nie to wyjmę Ci tchawicę przez ucho i zrobię z tego ukulele. Nie chwytamy młotka tylko dlatego, że z reguły albo nie możemy go znaleźć albo nie mamy siły. Sobota mija szybko i niepostrzeżenie, czyli jak wszystko co dobre i potrzebne dla zachowania resztek zdrowia psychicznego. I już mamy wieczór i siedem absolutnie_do_obejrzenia filmów na siedmiu kanałach w tym samym czasie. Oczywiście w pozostałe dni tygodnia najciekawsze są obrady sejmu i nocne porno-krzyżówki na polsacie. Wybieramy bramkę numer trzy czyli puszczamy kino własnego sortu, na dvd, po czym zasypiamy już na pierwszym bardziej rozbudowanym dialogu. Ale gnom śpi i ogólnie jesteśmy przeszczęśliwi, że nic nie wisi nam na spodniach i nie marudzi/krzyczy/wyje/śmierdzi. Doprawdy niewiele do euforii nam brakuje, zwłaszcza gdy przechodzimy w fazę REM.

W niedzielę jeszcze mamy dobry humor ale z godziny na godzinę mamy też coraz większego globusa i świadomość nieuchronnie nadchodzącego poniedziałku. Niedzielę lubi tylko ksiądz proboszcz na plebanii i jego taca oraz wielbiciele szpitala w Leśnej Górze – najśmieszniejszego serialu science-fiction w historii polskiego kina, którego odcinek miałam ostatnio okazję obejrzeć i szczerze doceniam wyobraźnię scenarzystów. Wniosek mam, że najwyraźniej żaden z nich nie zbliżył się nigdy do szpitala na odległość bliższą niż rzut piłką lekarską, ale może to i dobrze.

Na szczęście już niedługo piątek.

Wszelkie konotacje z rzeczywistością są absolutnie nie na miejscu a podobieństwa do miejsc i zdarzeń są tak przypadkowe, że prędzej spotkamy własny szalik w słoiku z dżemem. I on powie nam dzień dobry.

Osobiście uwielbiam poniedziałki, gdyż ponieważ albowiem jako rasowa Matka Wyrodna mogę skorzystać z instytucji Żłobka – czyli jak pamiętamy miejsca, gdzie małoletnich przerabia się na parówki – i nieco wypocząć w pracy. Zwłaszcza po weekendzie z ładunkiem wybuchowym w charakterze butnego i pełnego energii dwulatka, z którego niestety nawet po wielu bliższych oględzinach nie da się wymontować baterii i o którym myślimy – bywa – z bardzo ambiwalentnym natężeniem.

Osiem godzin niczym nieskrępowanego kontaktu z dorosłymi, szansa na wypicie ciepłej kawy w czasie dłuższym niż siedem sekund, w pełni słyszalne wiadomości w radio i brak kukurydzianych chrupek w dekolcie. No i CAŁY "Przekrój" w tramwaju.

Niekiedy praca to poemat.
Pal sześć, że dygresyjny.

Jeśli napiszę, że kocham swój budzik proszę mnie dobić.
Niech się nie męczę.