Właśnie podpisałam umowę o pracę.
Na czas nieokreślony.
Czyli chyba się udało, co?
dzięki za te kciuki
i w ogóle
ścisk
Właśnie podpisałam umowę o pracę.
Na czas nieokreślony.
Czyli chyba się udało, co?
dzięki za te kciuki
i w ogóle
ścisk
Nie wszystkie niespodzianki są miłe. Czasami zdarzają się takie, o których jak najszybciej chciałoby się zapomnieć.
Odkąd wprowadziłam się do tego mieszkania i poznałam TE drzwi, wiedziałam, że przelewek z nimi nie będzie. Są to jedne z tych cudownych wynalazków, które same się zatrzaskują a po drugie klamkę mają tylko od wewnętrznej strony. Po prostu nie da się ich otworzyć bez klucza. I zawsze o tym pamiętałam…
Padało straszliwie. Przemokłam doszczętnie i jedyne o czym marzyłam to położyć Lokatora i wskoczyć w coś suchego. Bo Lokator po drodze ze żłobka usnął sobie w najlepsze. Gdy wtoczyłam się już, a może raczej wpłynęłam, na pierwsze piętro z Dzieciem pod jedną pachą a wózkiem pod drugą, otworzyłam drzwi, położyłam śpiącego Igora na łóżku a sama poszłam przypiąć wózek – gdyż jak niektórzy z Szanownych Czytaczy pamiętają jeden już w przedziwnych okolicznościach zniknął mi ongiś spod samych drzwi i ma się zapewne świetnie pod innym adresem. Całość nie trwała nawet pół minuty. Nagle usłyszałam trzask zamykanych drzwi i śmiech Dziecka. Bo to był świetny dowcip. W końcu Igor ma manię zamykania wszystkiego co otwarte. Musiał się obudzić. A torba z kluczami stała sobie metr ode mnie… po drugiej stronie.
Nie wiem co sobie myślałam. Ale w mojej głowie nagle ruszyła gonitwa. Za mokro by wejść po parapecie. W dodatku okna zamknięte. Drzwi za mocne bym je sama wyważyła. Igor za nimi jeszcze się śmiał ale już coraz mniej i chyba zaczęło do Niego docierać, że został sam. Usiłowałam Go nawet nakłonić by dosięgnął do klamki i słyszałam, że próbował, ale jest za malutki. W końcu się rozpłakał. Pobiegłam do sąsiadki i przekonałam Ją, że nie jestem seryjnym mordercą ani podejrzanym inkasentem z gazowni. Poprosiłam o możliwość wykonania jednego telefonu. Bo przecież cały mój dobytek tkwi w torbie po drugiej stronie tych felernych drzwi. Jedynymi numerami jakie miałam w pamięci był ten do Nowego i do Siostry. Pierwszy odpadał ze zrozumiałych względów. Siostrzyca odebrała i zanim zdołała spytać kto dzwoni, już dowiedziała się, że Igor zatrzasnął się sam w mieszkaniu, ja tkwię na klatce a zapasowy klucz ma Ojciec.
To było najdłuższa godzina w moim życiu. Przez cały czas rozmawiałam z Igorem i uspokajałam Go by nie płakał. Ale płakał i tak. A ja czułam się tak kompletnie bezsilna jak chyba nigdy dotąd. Wyobrażałam sobie jak bardzo się boi. Nagle zamilkł. Oczywiście natychnmiast stanęły mi przed oczami same najczarniejsze scenariusze. Naprawdę myślałam, że zwariuję. Dobrze, że przyszedł Ojciec. Otworzyliśmy drzwi. Igor spał. Biedak. Spłakany, zasmarkany, leżał przy tej mojej torbie z kluczami w jednej rączce i telefonem komórkowym w drugiej.
Nie wypuszczałam Go z objęć przez dobre trzy godziny. Zdążyliśmy się oboje popłakać, powtulać w siebie i każde na swój sposób pożalić. Przeprosiłam Go i zapewniłam, że już nigdy nigdzie nie zostawię. Bo nigdy tego nie zrobię. Ale nie mogę sobie darować tego wózka i tej torby i tego wszystkiego.
A jakby tego było mało jestem chora. Cóż. Przemoczenie i zimna klatka schodowa raczej nie pomaga na kaszel. Thiocodin niby bardziej, ale zostawiam go sobie na noc, gdy już faktycznie nie mogę wytrzymać. Sny po nim wcale nie są kolorowe.
Pomyśleć, że trzynasty dopiero jutro…
Po pierwsze „Mr Brooks”.
Lubię się bać. Ale nie obrzydliwie od nadmiaru czerwonej farby albo przez dźwiękowca, który bawił się suwakami głośności. Lubię się bać gdy jest klimat dreszczowca i akcja co trzyma w napięciu i zaskakujące jej zwroty. A jeśli jeszcze do tego dodamy smakowitą muzykę i sporo zaskakująco dobrych zdjęć – mamy to, co lubię w kinie najbardziej.
Przyznam, że miałam mieszane uczucia idąc na ten film. Kevin Costner nieodmiennie kojarzy mi się z „Tańczącym z wilkami” i „Wodnym światem”, które jednakowoż pozostają daleko poza moim klimatem a Demi najbardziej podobała mi się jak dotąd na rurce w „Streaptease”, choć głównie wizualnie bo na temat fabuły wypowiadać się nie będę. A tu proszę. Demi wszak lekuchno drewniana, ale spokojnie można Jej to wybaczyć. Za to Costner zaskoczył mnie na każdej linii.
Świetny film. Polecam.
Po drugie „Simpsonowie”.
Zupełnie inny rodzaj kina, zupełnie inny klimat i oczekiwania. Film zabawny i momentami nawet błyskotliwy. Świetna satyra na gdzieniegdzie uwielbianych a gdzie indziej znienawidzonych ale zawsze i wszędzie nieco głupawych Amerykanów. Za odnośniki do polskich realiów ukłony – choć nie najniższe – do Miriam Aleksandrowicz. Wprawdzie brakowało mi oryginalnego brzmienia „spieprzaj dziadu”, bo w wersji kinowej mamy „spadaj” ale przyznaję, że śmiałam się raz za razem. Na pewno warto obejrzeć. Zwłaszcza gdy jest się fanem tej telewizyjnej kreskówki. Mnie na pewno miło było obejrzeć wreszcie coś co nie jest trójwymiarowe, komputerowo uczłowieczone i pełne efektów specjalnych, z których jeden prześciga drugi stopniem absolutnej niemożliwości.
Fajne familijne kino.
Choć w mojej opinii niezbyt zrozumiałe i interesujące dla najmłodszych.
fot. Kata
Poranne zmiany charakteryzują się tym, że można wyjść z pracy o piętnastej. I jest to bardzo miła okoliczność, gdyż nawet najbardziej lubiąc swoją pracę, powinno się wybierać czysto zwierzęcym instynktem wolność, metro i zapocone tramwaje. Hmm… no może się zagalopowałam nieco. Poprzestańmy na wolności.
Można sobie uciąć spacer, albo szybki seans w kinie, bo żłobek wszak poza piątkiem do 17.30, albo zrobić zakupy i niczym wielbłąd wielogarbny dosapać się na swoje pierwsze piętro. Można też zwyczajnie zaczytać się w parku. Albo w książce.
Bo czemu by nie.
Poranne zmiany charakteryzują się jednak również tym, że trzeba dotrzeć „na zakład” siódma.zero. I tu już mili Państwo zaczynają się schody jak stąd na Mount Everest. Bo ja to do tych tam skowronków za Chiny Ludowe nie należę. Puchacz ze mnie jak w mordę strzelił. Ino wzrok mam gorszy i piór jakby mniej.
Po pierwsze primo nigdy – odkąd nie mieszkam z rodzicami i nie byłam zmuszana niecnie i podstępnie Karzącą Ręką Sprawiedliwości – nie udaje mi się położyć spać przed północą. I nawet nie chce. Raz mi się udało ale to było w pamiętnej środy, gdy to Lokator był się wykluł a ja poważnie zastanawiałam się czy czasem nie da się zapaść umyślnie w śpiączkę i pozostać w niej do pełnoletności Wyżej Wzmiankowanego. Po drugie primo – choćbym i położyła się przed północą, raczej nie zasnę gdyż ponieważ albowiem z miejsca zatakują mnie myśli pod tytułem: „śpij szybko, bo masz mało czasu, czemu jeszcze nie śpisz” a spanie na czas to jednakowoż nie moja dyscyplina. Ja się wolę delektować. Choć przyznaję z bólem, że posiadanie potomstwa temu nie służy niestety. Po trzecie primo, ultimo – może i się obudzę o jakiejś dzikiej piątej rano i może nawet zwlekę się i ablucji dokonam niezbędnych, ale nie ma żadnych gwarancji, że nie zasnę na klatce schodowej w drodze do drzwi.
Dziś nie zasnęłam ale za to cudem chyba tylko udało mi się wyprawić do żłobka Lokatora.
Już pomijam, że ubierałam Go gdy jeszcze Biedak spał w najlepsze i nawet nie zaakceptował czy faktycznie dziś niebieski odcień koszuli i granatowy dżinsów pasuje Mu do nastroju. Pomijam nawet, że kanapkę pochłonął półgębkiem, co najlepiej świadczyć powinno, iż nie był świadom w pełni, że już nie chrapie. Ale że dopiero w żłobku zorientowałam się, że pogalopowałam z Nim obciążona Wyżej Wzmiankowanym oburącz bez wózka – a żłobek może i blisko i na skróty, ale co dwa przystanki to dwa przystanki – to już uważam powinnam sama sobie wręczyć medal za spostrzegawczość.
Fajnie co?
A na klatce już drugi tydzień Mili Panowie borują mi w ścianach dziury, chlapią farbą po drzwiach i pozostawiają na wózku solidną warstwę pyłu… bynajmniej nie gwiezdnego, który pieczołowicie co noc ścieram, zmywam i przy okazji przeklinam. I od razu dodam, że wózka sobie do mieszkania wstawić nie mogę, gdyż albowiem jednakże pranie też gdzieś mi musi schnąć. A lokatorskie łóżeczko z zawartością mogłoby nieco zestresować sąsiedztwo. I tak o. Całe życie z wariatami.
Jeśli jeszcze do tego będzie pełnia plus mój nałogowy PMS, ktoś może zejść tragicznie. I raczej nie tylko po ziemniaki do piwnicy.
A tak w ogóle to miłego dnia.
Ps. O!
I nie ukrywam, że czuję się poniekąd odpowiedzialna.
Bez wysokich obcasów też można żyć na wysokich obrotach.
Możecie mi wierzyć.
Zacznijmy od tego, że lubię swoją pracę. I nie pamiętam kiedy ostatnio mogłam tak powiedzieć, pomyśleć czy poczuć. Bo chyba strasznie dawno temu. Teraz od dwóch miesięcy mogę. Mam zespół, którego nie zamieniłabym na żaden inny, swoje miejsce w firmowym wszechświecie i zaczynam być swoja. Lubię codzienne pogaduchy w przerwie na obiad w kuchence i to, że można chodzić na bosaka i specyficzny żargon tego miejsca. Grafik to sudoku, cotygodniowe spotkania „na szczycie” to sabaty i rozczula mnie thanks from the mountain zamiast z góry dziękuję w e-mailach. Nawet moje zdjęcie i opis na stronie www są takie jak lubię.
Ksywka też się przeniosła. Wszyscy wołają na mnie Bajka. Miłe to.
Nikt nie narzuca mi swojej woli, ceni się tu pomysły i otwartą głowę. I docenia. Zwyczajnie docenia.
Już po trzech tygodniach okazało się, że to co ongiś kolokwialnie ujęłam „pożarem w burdelu” dzieje się tu niezwykle często. W dodatku pech chciał, że sezon urlopowy zbiegł się z czyjąś chorobą i pogrzebem w rodzinie kogoś innego. Zostałam sama z jedną tylko koleżanką i dwa kolejne tygodnie były solidną organizacyjną próbą dla nas obu. Musiałam bardzo prędko nauczyć się wielu rzeczy. Ale dałyśmy radę. Pożary zostały ugaszone a supły się rozwiązały. W dodatku po wszystkim obie dostałyśmy olbrzymie podziękowania i bardzo miłe prezenty – bony zakupowe do jednej z sieci perfumerii.
Jestem uzależniona od pięknych zapachów.
Ale najbardziej smakował ten fakt dostrzeżenia i docenienia.
Strasznie mi tego w życiu brakowało.
Igor już w domu. Od wczoraj. Lepiej. Znacznie mi z tym lepiej. I choć u Dziadków nie było Mu źle to zwyczajnie było mi bez Niego straszliwie smutno. I tak jakoś bezbarwnie. Wszystko było jak zza szyby, nie moje, obce.
Teraz wrócił mi sens.
No i przynajmniej zero czasu na myślenie. Zawsze to jakiś plus. A i Dziadkom chyba przyda się odpoczynek po miesiącu intensywnego trenowania biegów na przełaj i z przeszkodami.
Dziś Igor poszedł pierwszy raz po żłobkowym urlopie do swojej grupy. A od września awans i grupa czwarta. Biedronki. Mam nadzieję, że przyniesie Mu szczęście. Chciałabym by zawsze był takim uśmiechniętym blondasem. Jest najlepszy na wszystkie smutki. Taki lek na całe zło. Bez recepty i skutków ubocznych.
Nie odwykł wcale bo jak tylko zobaczył znajome drzwi, puścił się pędem do przodu. Pomachał mi tylko na pożegnanie i tyle Go widziałam. Znaczy dobrze. Znaczy szczęśliwy.
A co u mnie?
Pracuję, chodzę, jem, śpię. I jakoś to wszystko się kręci. Bywam w wielu miejscach, w innych wcale, unikam i oswajam, ale jestem. Czytam, oglądam, słucham i patrzę. Wiem za to na pewno, że nie dałabym rady bez ludzi, którzy wyciągnęli tę łapę ciepłą.
I za to dziękuję…
Nie powiem, że jest ok, bo to cholernie daleko od ok i pewnie jeszcze długo będzie… ale da się. Zwłaszcza z przyjaciółmi.
Miejcie się ciepło.
Uciekam z Synem do parku nałapać trochę słońca.