Słowa i neurony

dżins
styropian
nip
paper mache
estyma
antenat
teneryfa
afekt
tropy śnieżne
etanol
letniość
ćma do świeczki
id

Kto znajdzie klucz do zabawy?

Hę…

Proste jak drzwi a czasem potrafi sporo powiedzieć o najaktualniejszym stanie ducha i umysłu autora. Lubię takie gry czasem. I bawienie się słowem jak landrynką. Badanie. Czy grzechocze tak samo i czym smakuje.

Ponadto prześladują mnie stratosfera oraz septyma i undecyma a na dokładkę przyplątał się konsonans.

Muzycznie ostatnio i z neurotycznym pogmatwaniem, jak na przykład wątek meteorologiczny w ciągu. Nie wiem czy ktokolwiek dojdzie co autor miał na myśli, ale gdzieś w międzywiersze to wepchnęłam, więc widać. To pogmatwanie celowe – bo dla mnie, żebym pamiętała o czymś o czym pewnie i tak nie zapomnę, ale przezorny zawsze ubezpieczony. I o – już mi się przypomniał Kaczor Kazimierz (albo inny Kowalewski Krzysztof) i jego pi_zet_ju. Czy ktoś jeszcze pamięta tę reklamę?

Miała być galeria zdjęć z Serolandii i znów wszystko w swoim czasie być musi – znaczy późnonocą lub przedwczesnym porankiem – bo bezczas mnie dopadł i trzyma.

I jeszcze ciekawi mnie czy wiecie ile maksymalnie punktów w scrabble można otrzymać za słowo bądźżesz?

Taka jestem dziś neuro-lingwistycznie ciekawska…

W nagrodę obiecuję dwa smakowite przepisy. Na piątkową kolację i sobotnio-niedzielne śniadaniowanie.

Trzynaste Piórko Eufemii

Lokator ciągle chodzi i mówi puta. Dopowiadam od niechcenia negra ale nie jestem pewna czy o to do końca chodzi bo patrzy na mnie krzywo. I kiwa głową, że nie nie nie Matko Ignorantko Od Siedmiu Boleści.

Jak widać zainteresowania lingwistyczne ma. A że nie do końca kotki, pieski i kaczuszki kwa kwa to już, że tak się odżegnam, nie moja wina.
Bo ja generalnie jestem bardziej za nie_utrudnianiem niż pomaganiem za wszelką cenę. Milej, wygodniej i bezstresowo. Podsuwam czasem jakieś słówka pomocnicze, ale bez przesady. To nie wyścigi.

Ale czasem czuję się jakby na siłę w blokach. Na przykład na spacerze, albo w żłobku, gdy a Mój/a Moja to… i licytujmy. Kto da więcej. Mnie to – Państwo wybaczą – średnio gigla i bardziej powiewa jednak.

Kiedy na przykład wybieramy się do neurologa, Pani Doktor za każdym razem niepokoi się rozgłośnie, że czemu On jeszcze nie mówi i patrzy na mnie wyczekująco, jakbym za chwilę miała wyciągnąć wskazujący palec prawej ręki w górę, pobrać energię z kosmosu i odpowiedzieć na to jakże ważkie pytanie: temu to a temu droga Pani Doktor. A ja ośmielam się na to niecnie i ze spokojem, że owszem, mówi. W dialekcie kantońskim najprawdopodobniej (choć czasem wyczuwam jakby domieszkę suahili czy bantu) ale nawija jak nakręcony. Otwór gębowy zamyka się bowiem Lokatorowi obecnie zaledwie na te ułamki chwil gdy coś akuratnie przeżuwa, bądź też w godzinach nocnych, gdy nadchodzi upragniony przez okoliczną ludność i pomniejsze żyjątka Hrabia Sen.

Jak znam życie to za pięć lat spyta gdzie kompot. Bo zawsze był.

Więc luz marija, że tak powiem.

———————–

A wczoraj przyszła Haluta. Wróciła z tych swoich wojaży strzaskana na gębie na wczesny mahoń, szczęśliwa i każdym porem skóry promieniejąca życiowym optymizmem. Lubię Ją taką. Nie znaczy to oczywiście, że innej nie lubię, ale taką szczególnie. Oczywiście zgubiła się w tych górach jak sztandarowe już chyba Dziecko we mgle albo inne cielę ale na szczęście więcej ma farta niż rozumu, bo ni żaden niedźwiedź Jej nie zażarł – bo i nie najadłby się zbytnio 😉 – ni żaden przygodnie napotkany turysta nie wykorzystał niecnie – choć nie wiem do końca czy Haluta czasem nie żałuje 😉 – ni żadna czarna dziura nie wchłonęła. I nawet jakiś Dobry Człowiek się po drodze znalazł i podwiózł Ją do miejsca przeznaczenia.

Generalnie się przy tych opowieściach spiłyśmy winem różowym oraz białym a Nowy dyskretnie i z oddalenia chichotał w mankiet udając, że ma wielce_arcy_pilne_coś do natychmiastowego napisania.

Przy okazji dowiedziałam się, że w miejscowości, w kórej stacjonowała Haluta i Jej nabyte w wielu pielgrzymkowych bojach odciski oraz zakwasy, jedna część młodej, męskiej populacji nosi imię Kacper, druga Eryk a dziewczynki to Andżeliki (no bo przecież obowiązkowo) i nie pamiętam tych drugich ale równie ślicznie.

Przynajmniej w przyszłości będą się mogli ciurlać do woli z kim popadnie bo prawdopodobieństwo, że przez sen wygadają się z jakimś obcym imieniem nieco jakby maleje. Wystarczy wybierać tę połowę z Erykami. Albo tymi drugimi. Opcjonalnie.

Taki oto radosny wniosek mam na wtorek.

Poczekam tu i popatrzę jak sobie radzisz…

U Alty było magicznie. I tak jakby mi ktoś pełną garścią sypnął przygody wymieszane ze spokojem. Bo przyznać muszę, że odpoczęłam tam i wyciszyłam się bardzo.

Na pewno częściowo to zasługa cudnej scenerii, bo Szwajcaria naprawdę jest piękna i można się w niej zakochać a w stanie tym trwać nieprzerwanie całe dekady – wierzę. Na pewno jest tam mniej gwarnie, mniej tłumnie_napastliwie i mniej chamsko niż gdziekolwiek indziej. Na pewno budynki czternastowieczne i wcześniejsze, których dotykałam z namaszczeniem, bo jak nowe, a przecież historia aż w nich tętni i skrzypi drewnianymi schodami czy mosiężną klamką. Na pewno mniej zniszczeń, bo bez bombardowań, powstań, i walk takich… ale też na pewno więcej kultury. Bo miejsca gdzie uchodźcy i przyjezdni odróżniają się pomazanym murem i mroczniejszym klimatem pod wieczór. Na pewno parki są cudowne i trawa dla ludzi a w ZOO niekoniecznie musi jak się okazuje śmierdzieć. I zwierzaki są do głaskania i nie wszystkie w klatkach, a nawet większość tych niegroźnych na wolności jakby. Na pewno życie w cieniu potężnych szczytów przynosi jakąś niewytłumaczalną pokorę i cierpliwość większą. Na pewno woda z kranu smakuje jak woda a nie bliżej_niezidentyfikowany_płyn. Na pewno część obowiązujących zasad początkowo zadziwia i wprawia w zakłopotanie, ale zaraz później wszystko znajduje swój czas i swoje miejsce i okazuje się, że to zawsze po coś, czemuś i dla kogoś. Na pewno bardziej myśli się tam o drugim człowieku i na przykład o tym, że po 22 jakieś Dziecko może chcieć spać, jakiś Dorosły odpocząć, więc cisza jest bardzo pożądanym towarem. A jak oprószy się komuś balkon zeschniętymi liśćmi, to nie dziwi przepraszam i bukiet w wazonie.

Na pewno też sama Ona.
Ale wie. Nie muszę tego tu pisać.

Tak, tęskni Nam się. Bo Igor biega i woła ciocia. Bo się nauczył. Bo szuka w kapciach Małego Smroda i pokątnie szczeka. Jakoś chyba dla Niego to bardziej piesek był niż fretka. A i Altucha pisze, że nie ma Wrzaskuna, nie ma a dwukropek i nawias układa się w smutną buźkę. Przyzwyczailiśmy się. Tylko tydzień i aż. I trudno i łatwo. Ale dobrze.

Dobrze, to bardzo dobre słowo.
Ciepłe. Pasuje jak ulubiona rękawiczka.

Co ponadto?

Pierwsza w życiu podróż samolotem. Strach i ekscytacja. Na lotnisku mały sprawdzian z samodzielności i spęd owiec jednocześnie. Zależnie od bramki i numeru. Bagaż nadaj! Paszport wyjmij! Na prawo patrz! Nalepki, odcinki, godziny i minuty od-do. Wózek złóż! Infanta okaż! Infant prezentuje uśmiech numer 7, który jednakże nie robi na nikim większego wrażenia. Hamowana nieufnośc wypływa zewsząd. Musi ludziska przemycają nawet w butach. Moje pojechały pod lupę. Gwoździe piszczały bramkowym czujnikiem jak cała orkiestra. A Infanta kurtka też podejrzana. Ludzie kochane, co Wy robita. Brylantów bym do Szwica nie wiozła przecież. Nawet pietruszki przecież zapomniałam. Ale nic. Do samolotu wiezie nas autobus. Wchodzimy po metalowych schodkach i pierwsze co mnie uderza to klaustrofobia jednak. Nisko i ciasno. Nie wyobrażam sobie chyba jednak tych „osławionych” Tanich Linii. Tam to musi być dopiero skumbria w tomacie. Nie no, wytrzymałabym bo ja nie Hrabianka i nie w takich warunkach się jeździło (starczy wspomnieć ukraińskie pociągi) ale zawsze myślałam, że jest przestronniej. Na filmach kamera najwyraźniej poszerza nie tylko tyłek Jennifer Lopez. Moment i pełna akomodacja. Luz blues bez dziur. Infant na kolana i lądujemy przy oknie. I już jestem szczęśliwa bo chciałam. Widzieć, patrzeć, zapamiętywać. Wszystko. Pan W Uniformie objaśnia na migi to co Głos Z Głośnika pragnie Nam_Pasażerom przekazać. Pani W Uniformie podchodzi i sprawdza pasy. Dopinamy do mojego taki mniejszy, infantowy i za chwilę zaczynamy buczeć. Nie My_pasażerowie. Samolot. Jedziemy, nabieramy prędkości, moment oderwania od ziemi jest tak niezauważalny, że niedowierzam, że to już. Ale to już. Umykają mi ulice, domy, samochody robią się coraz mniejsze. Potem jest gwałtowne ziuuum i przyspieczamy jednocześnie w przód i w górę. Tu jest miejsce na mój ukochany moment takiej dziwnej nieważkości, który pamiętam z opadającej huśtawki albo kolejki górskiej w lunaparku. Potem zatykają się uszy. I tak co jakiś czas. Nie boli ani nic. Ale dziwnie tak. Pomaga ziewanie. Infant gryzie smoczka i jest uroczy. Żadnych płaczów, żadnych marudzeń, zen. Po godzinie zasypia. Ja nie przestaję wgapiać się w okno. Nad chmurami jest tak pięknie, że pocą mi się oczy. Zachód słońca i pole śmietankowych obłoków. Nie wiem czy zasłużyłam na taki widok ale w tym momencie z wielką wdzięcznością myślę o tych wszystkich Ikarach i o tym, co im się udało osiągnąć. Zanim nie spadli.

Lądowanie po dwóch godzinach. W międzyczasie kanapka z twarożkiem, coś do picia i czekoladka. Infant dostaje szmacianą książeczkę i śliniaczek z uśmiechniętym samolocikiem. Informacje o pogodzie i życzenia miłego weekendu. Znów zatkane uszy, śmieszny zakręt w powietrzu, kołowanie, pas. Lądowanie czuć. Ale i tak uważam, że można przespać i nawet nie zauważyć. Nasze drogi trzęsą bardziej. Wysiadamy z samolotu i wita nas ciepły letni wieczór. Koniec kwietnia. Myślałby kto. Na bagaż czeka się długo. Warto spokojnie wziąć sobie jeden z wózków dostępnych na lotnisku i nie biec od razu do taśmy. Przez pierwsze minuty przesuwa się wyłącznie rozruchowo a wózki potem znikają. Torba była stosunkowo szybko, na lokatorski wózek czekaliśmy znacznie więcej. Potem strzałki, bramki, paszporty, znów owcze spędowisko i już znajomy uśmiech, ramiona, uściski. Igor pieje z zachwytu, ja się oczywiście wzruszam, Alty cieszą się oczy.

Fajnie.

Potem były wolne dni i opowieści o wszystkim i niczym. Zwiedzanie Lucerny, Zurichu, Bazylei, i te wszystkie uliczki. Łódki po rzece, Starszy Pan kaligrafujący gęsimi piórami nowoczesne słowa i szybki sprzed bitwy pod Grunwaldem, przy których strach głębiej ocetchnąć. Fontanny z czystą, pitna wodą i słodkie bułki_myszki z cukierni. Spalony most, poszukiwania swetrów zakończone kupnem spodni i pocztowej kartki dla Meg zakończone bardzo klasycznym pozostawieniem adresu w innej, tej drugiej torebce (kartka dojdzie, ale z opóźnieniem). Obserwowane z uśmiechem zielone połacie trawy i pikniki nad rzeką i randki z oliwkami prosto ze słoika, palcami. Echo jednego ze sklepień, w którym akordeon brzmiał jak organy i huśtawki w parku tuż za „naszą” uliczką.

Jasne, że były i wścieki mniejszo_większe i ogólne nieprzyzwyczajenie do siebie, takie babskie, normalne. I osobiste pierdolce na punkcie i w podpunktach. I docieranie się trochę też. Bo nigdy nie jest tylko sielankowo i wdzięcznie. Ale ta podróż dała mi bardzo wiele… czegoś. Jeszcze nie umiem nazwać czego konkretnie ale tak to jakoś czuję. Pod skórą. I cały czas. I nie zapomnę gdy weszłam do tego pokoju z Audrey wiszącą na ścianie, w którym czerwona kanapa i fotel i lampa i półki z książkami… i pomyślałam, że dokładnie tak to bym sobie wymyśliła. I tego, że chyba obie nie lubimy pożegnań, za to poczekam i popatrzę jak sobie radzisz miało w sobie tyle ciepła, że wystarczyło do chłodnej Warszawy.

I tyle.

A potem dobrze było wracać. Smutno, że już ale i radośnie, że wreszcie. Tak jednocześnie jak nigdy przedtem.
Bo pierwszy raz wracałam nie do pustego mieszkania i skrzynki pełnej ulotek pizzy, której nigdy nie zamówię i usług czyszczenia dywanów. A do Nowego…

Taka bajka, co nie?
🙂

Ireno, nie wrócę dzisiaj na kolację. Coś mi wypadło.

Bardzo podoba mi się ta reklama. No bardzo. Nic na to nie poradzę. I jeszcze jak On mówi to swoje Ireno. Majstersztyk po prostu. Już nawet Szyc mi tam nie przeszkadza, choć nadal nie otwieram lodówki…

No ale tak czy siak siedzą tam już Cichopek i Zakościelny, więc jakby nie rzutuje.

Bo Brodzik to chyba wyszła.
Do chemicznego.
Po silikon.

pip.pipip.pipipip

Spokojnie.

Napiszę o wszystkim w swoim czasie.
Tylko muszę pocztę odgruzować, wypielić się z papierzysk i ogólnie ogarnąć z deka, bo już mi biurko mchem zarosło.

Jeszcze trochę a pająk mi będzie pomykał pod lampą.

W tym miejscu pragnę wyrazić ubolewanie, iż ponieważ jednakże Pan Kwiatek Doniczkowy, który miałam na biurku w charakterze miłej oku zieloności i dowodu myślenia Nowego o tym co kobiety lubią, okazał się chamem niemytym oraz prostakiem i zszedł był na suchoty. Normalnie potwarz. Ja rozumiem, że chciało mu się pić, tak? Ale bez kurna przesady. Od długiego weekendu jeszcze nikt się nie zasuszył. Co najwyżej mógł strzelić focha i przestać kwitnąć… a nie. Żeby tak od razu z kamikadza*

Bez sensu doprawdy.

pip.pipip.pipipip

Przyszło mi chyba z tysiąc pięćset e-maili. I wszystkie ważne albo jeszcze ważniejsze. A jeden to w ogóle z biblioteki. Że im trzymam „Plastusiowy pamiętnik”. Wstyd. Żeby choć „Wojnę i pokój” albo nawet kamasutrę jakąś…

No dobra. Po odfiltrowaniu penisów, tabletek na porost, wzrost lub przerost i reklam gazety.peel (wrrr, grrr, agrrh) zostało z 200. Ale to i tak stanowczo za dużo.

I ten mi się podoba, o.

Coś dla Ciebie. „W poszukiwaniu harmonii”. Przeczytaj, osiągnij zen i popłyń w rejs wycieczkowy.

W tej dokładnie kolejności?

No halo! Na grzyba mam czytać o jakichś akordeonach? A poza tym może ja mam chorobę morską… albo co…

Bo ja sobie po pierwsze nie przypominam żebym zgubiła jakąś harmonię. Szczotkę do włosów zgubiłam. Kilka miesięcy temu. I rękawiczki parę razy. Ale jakby i jedno i drugie nie bedzie mi raczej w najbliższym czasie niezbędne.

A po drugie to zen osiągam i bez czytania o rozmaitych instrumentach i ich poszukiwaniu. Wystarczą świeczki z Ikei o zapachu jedzenia. Zwłaszcza ta karmelowa. Normalnie siłą się powtrzymuję by nie żuć stearyny i nie chrzęścić szkłem.

W ogóle mnie coś naszło na zapachy. Woda malinowa z jeżynową naprzemiennie. Balsam do ciała o zapachu ciasta z kruszonką. I cukierki maomam czuję z kieszeni. Cytrynowe zwłaszcza. Albo siedzę sobie i wącham na nadgarstku ulubione grejpfrutowe kenzo. I też mam zen. Wielokrotny nawet. I jeszcze mam do mycia żel cynamonowy.

Coś mnie w końcu wpierdoli w jakiejś ciemnej alejce jak nic.
I nawet nie mlaśnie.

To ten tego… tschus i praszczaj.
Jak wrócę to będę.

________________________
* kamikadz – wymysł autorki, czyn o charakterze samobójczym i to z pełną premedytacją, generalny generator wścieka, zwłaszcza w odniesieniu do roślin hodowlanych, o których autorka raczy zapominać z niesłychaną wręcz częstotliwością

Dialog pospieszny osobowy dla niepalących

Sobota powrotnikowa. Godzina późna. Dzieć w bezpiecznym oddaleniu. Pełen relaks.

Ona – zalotnie – To co robimy z tak miło rozpoczętym wieczorem?

On – przelotnie – Nie wiem… może ułożymy pasjansa na komputerze? 😉

Bazyliszek to Drodzy Państwo mały pikuś.

Rękoczyny, napady i rozboje.
Oraz kurtyna.

Kulisy rechoczą.

Lato, lato wszedzie

Jest milo, przyjemnie i cieplo. Dzis nie najgorecej – 20 stopni, ale w poludnie bylo 25. Przedwczoraj na przyklad termometr nad sklepem z zegarkami pokazal 28. Ach, jak ja to lubie. Wiem, ze nie powinnam nikogo rozdrazniac… ale chyba opalilam sobie ramiona. Taak. Na to wyglada.

Mozecie mi teraz mowic Lady Piegowatosc.

No a tak w ogole to przytulam Was cieplo zza tych siedmiu gor i niniejszym zaswiadczam, ze nadal zyje. Malo tego zyje takze Ludzki i mamy sie dobrze. Nie wiem jak Alty ale ze stanu inwentarza wnioskuje, ze niezle.

Znaczy mozna Jej mowic Ocean Spokoju.

I ogolnie jest czarownie.

Wstaje sobie rano… o jakiejs 8 po raz pierwszy. A potem to roznie. Jemy sniadanie, zbieramy sie i sru do parku, albo sru na starowke, albo sru gdziekolwiek i normalnie nawet to blekitne niebo mam, wiec aktualnie niczego mi do szczescia nie potrzeba.

Oczywiscie w tym miejscu nadmienic musze, ze naturalma brakuje mi BARDZO pewnego Kogos… albowiem ten Ktos czyta blogaska a nie chcialabym przeciez zemrzec w sobote na lotnisku. No!

Ale miedzy blogiem a prawda przyznac musze, ze rozlaka dobrze robi jednak. To tesknienie i te maile i w ogole wielka laf. No doprawdy czuje sie jak szesnastka.

W dodatku wczoraj jakis mlody Szwajcar mnie na starowce podrywal. Czujecie? A Alty narzekala, ze oni nie ten teges.

Otoz teges moja droga, jak najbardziej teges. Wystarczy pchac pod gore wypelniony Dzieciem wozek, sapac jak miech kowalski i na szczycie stromej ulicy zorientowac sie, ze jednak nie tu chcielismy sie znalezc… tylko w calkiem innym miejscu. I jeszcze mozna wyjac mape i sledzic ja zapalczywie, po minucie dopiero zorientowawszy sie, ze jest do gory nogami. Wtedy mina sama robi sie ala rozpaczliwie samotny cocker-spaniel na srodku oceanu i nie ma bata by przejsc obok takiej kupki nieszczescia obojetnie.

No ale moze nie o podryw mi chodzilo drogi Mlody Czlowieku a o pomoc. Wykpilam sie jakims „nist fersztejen i caluj mnie w zad”. Mam nadzieje, ze na Uniwerku nie robi akurat fakultatywnie w ramach egzotyki – polskiego.

Dobra, spadam bo barszczyk na gazie pyrka i chyba domaga sie jeszcze czosneczku. Mniam.

Altucha bedzie miala niespodziewanke jak wroci 🙂

Ps. I rozczulaja mnie akcje w stylu: „kupilam ciemne pieczywo bo wspominalas, ze lubisz”… Ona naprawde jest kochana…