Hasła dnia

Hasło dnia na wczoraj: – Nażreć się i umrzeć.
Hasło dnia na dzisiaj: – Nie patrzeć na jedzenie.

A to wszystko przez to, że wczoraj odwiedziliśmy z Halutą i Nowym – nie nie założę Nowemu bloga bo będzie tam pisał jaka jestem okropna, zła i niedobra a chcę żeby każdy sam się o tym przekonał 😉 – w Pizzerii na Barskiej.

Chadzałam tam jeszcze w czasie studiów, bo to rzut kapciem było od uczelni. Swodobna dygresja pozwala mi napomknąć, że nic się nie tam zmieniło – nawet noże tak samo ostre_inaczej.

Ale poza nożami to akurat komplement.

Nawet Pani Za Ladą ma ten sam zaondulowany fiok. No i ten Facet Z Głosem, co chodzi i mówi na przykład czterdzieści trzy a mnie od razu mrówki kręgosłupowe urządzają sobie piczi_polo na żużlu. Jezu no. Aż człowiek żałuje, że nie ma w łapie numerka siedemdziesiąt siedem. Brzmiałoby dłużej.

Nie mogłam sobie przypomnieć czemu ostatnio byłam tam dwa lata temu, bo pizza jest przecież pyszna, ceny nie zwalają z nóg (ok 20 złotych polskich nowych za trzyskładnikową) i lepiej brać mniejsze porcje bo większymi to się można owinąć. Serio serio.

No ale jak już zjadłam to sobie przypomniałam.

Będę to trawić z tydzień.

Halo! Czy jest na sali rapaholin?

___________________
I tak kurde zawsze. Tu się odchudzam, ćwiczę, tańczę na rzęsach i jak mi się udaje w końcu to 60 utrzymać i zostaje tylko 5 do zrzucenia, nagle pyk i idę na pizzę. Oczywiście ten placek z dodatkami nie ważył sześciu kilogramów, ale za to jestem pewna, że odłoży mi się wszędzie gdzie tylko będzie mógł a ja nie chcę. Cały.

Co nie zmienia faktu, że pizza była pyszna.

Wot pokręconość.

Ps. A to śliczne. Ulubiam sobie.

Jaszczomb atakiren

Młody na wszystko ma swoje osobiste i bardzo zawiłe, choć oczywiście na pewno sensowne, wytłumaczenie. Co to sensowności dogłębniej się nie wypowiem albowiem jednak nie posiadłam jeszcze znajomości tego jakże złożonego dialektu. Ba! Nie mam pojęcia nawet z czym to zjeść.

Ostatnio ktoś zadał mi pytanie, co bym zrobiła gdybym miała za zadanie przekazać do tłumaczenia pewien tekst zapisany bliżej nieokreślonymi krzaczkami i musiałabym bez pudła zdecydować w jakim to języku. Choćby dlatemu, żeby wybrać tłumacza. Odpowiedziałam, że wstukałabym w google tak zwane byle_co, na przykład alfabet i jakieś przypadkowe dwa zdania, a następnie sprawdzała język po języku (z którymi ewentualnie mogłyby mi się owe hieroglify kojarzyć) jak też to wygląda. W efekcie mam wrażenie, że natrafiłabym na podobne wizualnie krzaczki i rozwiązała problem.

Tego co generuje Młody jednak w google wpisać nie sposób. Nie idzie tego nawet zrozumieć a co dopiero usiłować stworzyć transkrypcję fonetyczną. Pocieszam się jednak, że wszyscy bez wyjątku przechodziliśmy przez tę fazę w nauce mowy, a niektórym się nawet udało.

Nie jestem w stanie przytoczyć żadnego słowotokowego przykładu. Prędkość godna karabinu maszynowego mnie trochę onieśmiela.

Ponadto w gwarze miłościwie nam panującego Lokatora daje się zauważyć tendencja zoologiczna. Można akurat pochłaniać ulubioną drożdżówkę popijając ją obficie smakowitym sokiem – co jak wiemy jest jako czynność ulubiona celebrowane każdorazowo niczym święto narodowe – ale gdy tylko na horyzoncie pojawi się jakiś zwierz, bułka ląduje w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni a sok malowniczą hosanną rozbryzguje się na wszystkie strony wokół.

Bo Lokator zwykł kochać zwierzątka nad bułkę z kruszonką nawet.
Bo Lokator zwykł rezygnować z dotychczasowych rekwizytów błyskawicznie i całkowicie nieoczekiwanie – z impetem ciskając wszystko co krępuje mu pulchne dłonie gdziebądź.
Najchętniej za siebie.

Wysiadamy wczoraj z tramwaju linii 24 i kierujemy się w stronę schodów do przejścia podziemnego. Młody zobaczył gołębie. Cały szaro_ptasi zastęp. I wyciął w długą.

Spokojnie pozbierałam fragmenty nadgryzionej drożdżówki, butelkę z piciem i chustkę, w zapamiętaniu zdartą z głowy przez młodocianego ornitoentuzjastę i sandał lewy, rozmiar 23.

Wyżej wzmiankowanego (Młodego, nie sandał) odnalazłam gdy dreptał z groźną miną wokół ogłupiałych z lekka gołębi i pokazując ze znawstwem paluchem to jednego to drugiego, wydawał z siebie: łuuu łuuu.

Czyli, że niby co robi piesek.
Czyli, że niby szczeka.

Tak… dla Lokatora wszystkie zwierzątka to pieski. Tylko niektóre większe, inne mniejsze, a jeszcze inne latające.

Łatwiej tak, prawda?

Ciekawe co powie na komary.
Raczej trudno będzie wyjaśnić, że to nie ratlerki 😉


Sytuacje

Sytuacja pierwsza wygląda tak, że nie mam kiedy się po tyłku podrapać i chyba niedługo zacznę potrzebować w tej kwestii pomocy. Myślicie, że telefon do przyjaciela załatwi sprawę?

Na odpisanie czeka list od Lennki. Na napisanie czeka bajka dla Maćka. Na wypisanie czeka całkiem miły długopis znaleziony rano w parku.

Bo znów szłam przez park. Żaden skrót. Na około nawet i zupełnie inny azymut. Ale przyjemniej. W parku o tej porze dyżurują tylko ptaki i ludzie pospiesznie przemykający obrzeżami. Do swoich spraw. Do swoich prac, światów i priorytetów.

Takie roboty wielozadaniowe.

A ja lubię poranki w parku. Wtedy cały jest tylko dla mnie. Samolub taki jestem.

————

Sytuacja druga wygląda tak, że miotam się i początki z końcami pogubione sztukować próbuję. Tu chwycę, tam złapię, pociągnę. Czasem pasuje, częściej nie.

W sytuacji drugiej mamy kulisy sceny, na której rozgrywa się Zwyczajne Życie i aktorzy ze swadą recytują wyuczone dowcipne scenariusze. Gag za gagiem, oklaski i kurtyna. Kurtyna i oklaski. A pod spodem kurz, stęchły aromat konopnych sznurków i skrzypoty podłóg. Taka teatralność, tylko prawdziwa.

W sytuacji drugiej jest On i Ona, którzy próbują być Dwojgiem ale każde przez ładnych kilka lat żyło w pojedynczo. Oczywiście, że nikt nie mówił, że będzie łatwo, oczywiście powinno im się udać i oczywiście są na świecie większe kataklizmy niż rozmowa do trzeciej trzydzieści dokładnie o tym samym a prowadzona jakby jedno mówiło po chińsku.

Ważne, że o pół do czwartej spotkali się na jednym wniosku.

————

Sytuacja trzecia wygląda tak, że Piąty Element naszej układanki mocno nie pasuje. Nie dość, że nie pasuje to jeszcze burzy, niszczy i zwyczajnie psuje mozolnie ścibolony całokształt. Zupełnie jakby czerpał z tego organiczną przyjemność.

Nie za bardzo rozumiem ludzi, którzych świetnie charakteryzuje określenie pies ogrodnika… co sami zrezygnowali dawno dawno temu i wybrali całkiem inną dróżkę i całkiem innego po niej przewodnika, ale komuś na szczęście nie pozwolą – dla zasady.

Ale nie zmienia to faktu, że są tuż obok nas.

————

W sytuacji czwartej nie dzieje się nic.

Staruszek wstaje z ławki by nakarmić łabędzie. Białe szyje z gracją płyną w powietrzu choć potrafią też, gdy strach, przeciąć je jak ostrze miecza. Tafla wody marszczy się na wietrze. Jest stalowoszara a mimo to sprawia wrażenie ciepłej i miękkiej. Jeszcze rześkie powietrze zwiastuje ciepły, słoneczny dzień. Choć może jakaś burza wiosenna po południu? Kto wie.

Lubię burze.

Park też. Zwłaszcza o poranku. Na wyłączność.

Taki samolub jestem.

Kobiety i gen leminga w płacie… 4.99 za kilogram

Kobiety, poza tym, że posiadają wiele nieprzydatnych i niewiele przydatnych elementów natury ogólnej, wszystkie są stworzone do tego żeby się od siebie różnić. Każda jest indywidualistką, żadna nie założy tej samej kiecki co ją miała Ta Flądra Zocha gdzieś_tam w czterdziestym czwartym i wszystkie są wyjątkowe. Jak nie wiem co. Ale tak strasznie się od siebie różnią, że w zasadzie to są podobne. Jak dwie krople octu.

Znacie jakąś co lubi jak przy niej jakiś facet mówi: Bo Wy Kobiety…?

Ja osobiście znam wiele, która za ten tekst zastosowałaby cały wachlarz rozmaitych środków zapobiegawczo-naprawczych – od strzelecha focha, czy choćby nadąsanej lekko minki, poprzez wściek kontrolowany, puszczenie soczystej wiąchy, czy też na odrąbaniu delikwentowi głowy siekierą skończywszy – w tym naturalmą i ja, ale w sumie nie znam takiej co by jej to przynajmniej lekko nie podniosło poziomu cukru w cukrze. W najlepszym przypadku zignoruje, ale musi mieć dobry humor i wściekle dużo cierpliwości. Zaraz się oczywiście znajdą i takie, co nigdy, bo zawsze i w ogóle ale prawda jest taka, że Wy Kobiety, które mówi facet dokładnie w tym momencie, w którym to wypowiada, działa lepiej niż płachta na byka. Byk bowiem czasem się męczy. I zapomina. Baba nigdy.

Albo cycki.

Niejeden facet cieszyłby się i klaskał w powietrzu wszystkim co posiada plus tym co pożyczone od sąsiada, że w ogóle ma jakiekolwiek na stałe i nie musi nic robić – a już zwłaszcza przymilać się, kupować kwiatów, prawić komplementów, pilnować się żeby nie bekać i znosić różne inne jakże okrutne ograniczenia swobód obywatelskich – żeby sobie pooglądać, podotykać, pomiziać. Zresztą nadal twierdzę, że gdyby mężczyźni mieli biust, miejsc pracy byłoby jak mrówków, bo większość kolegów siedziałaby w domu i generowała przed lustrem kolejne uśmiechy.

A kobiety co?

Ta ma za duże, ta za małe, ta za bardzo, ta nie bardzo, a ta to w ogóle uszy jamnika. Albo pod pachami. Potem oczywiście zawsze jest jakiś ślizg na tyłki, brzuchy i uda a nawet łydki. Albo włosy. Generalnie wszystko do wymiany. Jak u jedynego we wsi mechanika gdy następny 100 kilometrów stąd.

Ja to bym sobie nawet kolana wymieniła. Bo w sumie po co mi takie. Zawsze jakieś inne są bardziej.

Albo pytania z cyklu: A misiu jak wyglądam?

I tu nie wystarczy jedyna politycznie poprawna odpowiedź: ładnie. Ładnie musi być z odpowiednim natężęniem, modulacją głosu, mimiką i gestykulacją, spojrzeniem i przy odpowiednim nachyleniu ziemskiej orbity względem poziomu decybeli, na jaki narażony jest przeciętny chłoporobotnik podczas ataku szarańczy. I oczywiście musi być stopniowalne.

– Ale bardziej ładnie, mniej ładnie, czy ładnie ładnie po prostu?

Przy czym trzeba pamiętać, że nigdy przenigdy nic nie jest po prostu. Ani tym bardziej mniej. Jednakowoż przy opcji z bardziej trzeba iście po sapersku uważać, gdyż w wypadku przedobrzenia wkopać się można jeszcze głębiej.

– Bo Ty mi powiedziałeś, że bardziej ładnie, a wyglądam przecież w tym grubo! Ty wcale na mnie nie patrzysz!!

Prawdopodobieństwo szóstki w totka to przy tym pikuś.

Albo sklepy…

Spotykamy się wczoraj ze znajomymi. Pięć bab, bo Nowy się sprytnie ewakuował. Mamy w planach pójść gdzieś posiedzieć, pogadać, zjeść, obrobić w czynie społecznym kilka tyłków. Przechodziny bardzo nieostrożnie bo przez centrum handlowe – niby, że od auta bliżej. Trzy sekundy i jedną wciąga Euro, lider RTV i AGD… Bo Ona sobie zmywarkę tylko obejrzy i momencik. Kilka kroków dalej jest czarna dziura i trójkąt bermudzki w jednym. Sklep z obuwiem. Znika następna. Jezusie nazareński. Stoimy, czekamy.

– O, świeczki! Jakie ładne!.
– O biżu briżit!
– O cokolwiek!

A potem jeszcze ja zobaczyłam książki i urwał mi się film.

Nie wiem ale to działa jak na te lemingi co niezwykle inteligentnie skaczą z byle jakiej skały do morza. Bo one czują, że jak nie, to nie wiem… eksplodują chyba. I tak grupowo raczej. Być może mamy ten sam gen gdzieś w jakimś płacie – bynajmniej nie śledziowym Panowie, bynajmniej – i ktoś go kiedyś odkryje, kto wie.

Tylko czy to cokolwiek zmieni?

Bo ja to się czasem czuję jakbym działała na pilota. Buty, torebki, zmywarki, turbogumonapawarki z wodotryskiem – nic. Za to wystarczy, że na horyzoncie pojawia się księgarnia, czy choćby niewielkie stoisko z literaturą – wzzium.

Wessało.

Rozumiecie więc, że nawet nie zdążę nigdy pomyśleć gdzie on, ten pilot znaczy, mógłby mieć wyjmowane baterie.

I każdy ma coś na co leci jak muchy do wychodka. Równie niezrozumiale co obligatoryjnie. Choć oczywiście do sweterków w pepitkę czy seksszopowych akcesoriów nie każdy się przyzna.

A Wy? 😉

Niechybnie dziś umrę przez zaziewanie

Ziuta
I jak było?
Bajka
W porządku.
Ziuta
Tylko w porządku?? Ja tu kciuki i w ogóle a Ty mi w porządku?!
Bajka
Kochana, ja przed każdym koncertem mam tremę jak stąd do Rzeszowa a potem się okazuje, że w porządku.
Ziuta
Do Rzeszowa wcale nie jest daleko.
Bajka
Może od Ciebie. Jak się jest na przykład na Bahamach to jest.
Ziuta
Ale Ty nie jesteś na Bahamach.
Bajka
O! Widzisz? W dodatku niszczysz mój światopogląd. Moje marzenia.
Ziuta
Ty mi kiedyś powiedziałaś, że nie ma Świętego Mikołaja to teraz masz za swoje.
Bajka
Bo miałaś 14 lat i chciałaś żeby Ci Mikołaj przyniósł pod choinkę Bartka z 8c…
Ziuta
Do tej pory nie wiem czy to był zbyt infantylny czy zbyt wyuzdany prezent 😉
Bajka
To zależy, czy Bartek wystąpiłby jeno w igliwiu czy jednak ze wstążeczką 😉
Ziuta
Jeny… wyobraziłam sobie tę wstążeczkę i gdzie możnaby ja zawiązać…
Bajka
Weź bo rechoczę no 😉
Ziuta
A tak bajdełej, jak tam ten Twój Nowy?
Bajka
Całkiem dobrze. Przeżył.
Ziuta
A robił zdjęcia?
Bajka
Robił. Co prawda wieczorem zrobiłam wstępną selekcję i oczywiście tylko kilka nadaje się by je komukolwiek pokazać a resztę należałoby spalić, zatopić, zabetonować i wysadzić w kosmos…
Ziuta
A co? Macie miny pod tytułem: kto pierwszy połknie dyrygenta?
Bajka
Coś w ten deseń. No wiesz… śpiewamy, więc jakby rozdziaw pełen i przegląd migdałków.
Ziuta
Hehe, to się chłopcom muszą podobać niektóre zdjęcia 😉
Bajka
Chłopcy też jak u laryngologa 😉
Ziuta
Uuuu…
Bajka
Przy tym ja to w ogóle wyglądam jak idź stąd. Tu jakaś krzywa, tu podbródek, tu zapomniałam wciągnąć brzuch a tu w ogóle wstyd się przyznać, że to nie wazon a jednak ja.
Ziuta
Ty miałaś śpiewać a nie wciągać brzuch.
Bajka
Trzeba być wszechstronnym i wielozadaniowym.
Ziuta
I na czym w końcu stanęło?
Bajka
Że w zasadzie to powinien mi robić zdjęcia tylko jak śpię, jest generalnie ciemno jak wiadomo gdzie i akurat zapomniał zdjąć osłonę z obiektywu.

_________________
Przykłady

Ps. Bardzo serdecznie dziękuję za przyjście i się_ujawnienie niejakiemu Goldie’mu. Fajnie jest potem móc kojarzyć komentarze z facjatą 😉

Depesza, pepesza i tymczasem

Sytuacja opanowana. Stop. Igor u Mamuta. Stop. Mamut ogarnięty. Stop. Ja lżejsza o kilogram stresu pod tytułem i co teraz. Stop. Nowy zostanie odznaczony medalem z kartofla. Stop. Nie wiemy co na to kartofel. Stop. Aktualnie jestem w drodze na nagranie. Stop. Jak przeżyję ten weekend to umrę zaraz po nim. Stop. Życzcie mi szczęścia i braku tremy. Stop. Postaram się wreszcie wstawić te zdjęcia ze Szwica. Stop. Bo i tak mam wyrzuty po mordzie, że Alty całe wieczory i ranki dłubała, żeby wlazły na zoto.com a tu nadal nic. Stop. Może jutro?

Stop.

Do zobaczenia.

Ranek

Szczekanie budzi nas jednocześnie.
Jakie szczekanie? Przecież my nie mamy psa!

To kaszel Igora.

U Igora kaszel nie bywa zwyczajnym symptomem. Kaszel zwykle zwiastuje kłopoty.

Nowy pojechał z Nim do lekarza.

Przedtem przez 30 minut usiłowałam streścić historię chorób mojego Syna. I to co według mnie najważniejsze. I że gdy choruje wcale nie jest osowiały i apatyczny, bawi się normalnie i uśmiecha, a temperatura to groźna rzecz, bo z reguły nie towarzyszy. Po raz pierwszy to nie ja, Matka. Nie ja, która zawsze przecież musi wszystko sama bo wie najlepiej. I nikt nie wie tak jak Ona. Bo nie.

No a jak to będzie, kiedy to nie ja usłyszę co Mu jest. Kiedy nie ja będę się wpatrywać w grymas twarzy Człowieka Ze Stetoskopem i skubać rąbek mankietu w oczekiwaniu na wróżbę. I może czegoś nie przekaże mi Nowy. Nie zapamięta. Może przejedzie za oknem tramwaj i zagłuszy coś co mogło być ważne, a On nie dopyta. Albo nie tak.

Niby ziemia nie zacznie się nagle kręcić w drugą stronę, ale…
Niby wiem, że świetnie sobie poradzi, i to nie jest konkurs omnibusów a tylko zwykła wizyta u lekarza, ale…

Bo zawsze robiłam to ja.

I właśnie uzmysłowiłam sobie, że nie powiedziałam Nowemu, że do rozpięcia dzisiejszej lokatorskiej koszulki nie trzeba rozbierać Go do rosołu. Bo ona ma w kroku taki zatrzask. I to wystarczy.

A to przecież ważne…

Tak, Nowy pojechał z Nim do lekarza.
A ja sobie z tym nie radzę.

Siedzę w pracy i bezmyślnie stukam w rzędy umownych znaków. I zrobiłam sobie przerwę bo gdzieś to nie_radzenie muszę wylać. Bo w środku mam, że powinnam tam być i czemu właściwie mnie tam nie ma. Powinnam rzucić w diabły i być. A z zewnątrz mam, że przecież przez to wcale nie jestem zła. A tylko pojechał akurat ten kto mógł. I wcale nie znaczy, że to gorzej.

To nic takiego. Doskonale wiem.
I jestem pewna, że obydwaj poradzą sobie doskonale.
Ale powiedzcie to temu czemuś we mnie.

Nieustające mamowanie, tak?
Czasem naprawdę srał je pies.

________________________
Płuca i oskrzela czyste.
Wirusówka.
Leki i trzeba obserwować.
To ja już jestem spokojna.
Albo przynajmniej spokojniejsza.

Muzykalnie

Chór.

Jutro w Kościele Św. Benona przy Rynku Nowego Miasta od dziewiętnastej nagrywamy to co będziemy śpiewać w Hajnówce za tydzień.

W niedzielę o 18.00 śpiewamy to na koncercie w Cerkwii Marii Magdaleny na Targówku (Solidarności 52)

Chętnych zapraszam na koncert zwłaszcza. Bo na nagraniu trzeba być bezszelestnym i nieoddychalnym prawie. Jeśli kto się dobrze wsłucha, usłyszy mezzosopranowe solo w Bortniańskim gdzieś na początku i w środku utworu (Koncert 16). Taki sam środek w żeńskiej partii. I to będę ja 😉

Do Hajnówki wybrać się warto, bo tam chóry wybitne i takaż muzyka, ale troszku daleko, więc tylko wspominam.

Kult.

Na koncert Kultu wybieramy się z Papierówką, Halutą i Nowym (a być może również z Lumpiatą, jeśli się dała gadulcowo franca namówić… no i Goga się okazało) w sobotni wieczór. Od 20.30 grać będą na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. I oczywiście już wiem, że będzie super. Bo niby jak inaczej być może.

Kulka.

Jak dobrze pójdzie to płytę Gaby Kulki będzie można kupić od stycznia w sklepach muzycznych w całej Polsce. Byłoby fajnie, nie? Trzymajcie kciuki za mój dotychczasowy fart w przekonywaniu innych. Niech i tym razem się odezwie. Myślę… nie, jestem pewna, że ta muzyka jest tego warta.

Ja.

Napisał do mnie Seweryn, że w czerwcu ma koncert i czy mógłby zaśpiewać dwa lub trzy moje wiersze bo sobie ułożył do nich melodie. I czy przyjdę posłuchać…

Matko. Czujecie?

On to napisał 23 kwietnia a mnie nadal zatyka. Będą mnie śpiewo_grać.
Mnie…

Kulinarnie i drobno

Żeby nie być gołosłownym…

PENNE Z TUNOLEM W MIŁYM TOWARZYSTWIE MOZARELLI I CZOSNKOWYCH OPARACH

Obsada:

– makaron penne (polecam Barilla)
– tuńczyk w sosie własnym (2 puszki)
– puszka pomidorów bez skórki
– 2 opakowania mozarelli
– czarne oliwki
– czosnek (dla chętnych też cebula)
– oliwa
– bazylia
– oregano
– zioła prowansalskie
– pieprz kolorowy
– szczypta wyobraźni

Wzzzium…

Na patelni z łyżką oliwy (albo dwiema) szklimy na złoto wyciśnięty czosnek (ile kto lubi – ja lubię dużo). Można dodać cebulę albo ją ominąć – ja omijam. W tym samym czasie do gotującej wody wrzucamy penne i gotujemy zgodnie z przepisem na opakowaniu bądź własnym wyczuciem (preferuję to drugie bo dla mnie niestety al dente jest ciut za bardzo dente). Gdy czosneczek już nam się przyjemnie zezłoci i wypełni mieszkanie aromatem, za który znienawidzą nas nawet roztocza na dywanie sąsiadów, wywalamy na patelnię posiekane oliwki. Celem bliższego zapoznania się z czosneczkiem naturalmą. Po oliwkach przychodzi pora na pomidory i tuńczyka. Umyślnie podaję w obsadzie dwupuszkowca, albowiem zazwyczaj potrzebna jest puszka jedna i trochę a całą resztę drugiej pochłaniam ochoczo w oczekiwaniu na pomidorowe bulboty powietrzne. Gdy wszystko się przepitrasi, podgotuje i przemaceruje, odcedzony makaron ląduje we wspólnym sosie i z miejsca wspaniale dogaduje się ze współtowarzyszami patelni. Na koniec roztapiamy w sosie plastry mozarelli, doprawiamy wedle uznania oraz zasobności półki z przyprawami aż wreszcie nakładamy sobie pełen talerz i dostajemy orgazmu już przy drugim kęsie. Sąsiedzi zazdroszczą. Pies szczeka. Straż pożarna przyjeżdża ugasić zajętą od świec firankę. Jeszcze może na deser jakaś amerykańska flaga, matka Whitney Houston i happy end. Napisy końcowe. Pyk.

Swobodny kawałek miejsca na przełknięcie wytworu nadprodukcji ślinianek.

Wzzzium…

OMLET ALTÓWKOWY ALA HAMLET, CZYLI CZTERY JAJA, CZY PIĘĆ JAJ… OTO JEST PYTANIE

W rolach głównych:

– jaja (mogą być jak berety ale niekoniecznie)
– papryka czerwona
– papryka zielona
– papryka żółta
– generalnie papryka
– pieczarki… dużo pieczarek
– puszka kukurydzy (Bonduelle jednak nadal najlepsza)
– szynka albo inna wędlina (chyba, że wersja wege – to omijamy)
– masełko
– czosnek (oczywiście)
– zioła prowansalskie
– sól
– pieprz

Na masełku (i oczywiście patelni, pod przykryciem) podmażamy pokrojoną w kostkę wędlinę, w międzyczasie obieramy pieczarki, kroimy je w plastry i zapewniamy kawałkowi habaniny doborowe towarzystwo, całość przypieprzamy i dosalamy (pieczarki puszczą sok i w ogóle zrobi się cudnie). Kroimy paprykę w kostkę i sru na patelnię, do tego wszystkiego ładujemy kukurydzę i podsypujemy szczodrze ziół oraz doprawiamy obowiązkowym czosneczkiem (ja doprawdy nie wiem ale chyba tylko do herbaty nie daję czochu… a tak to jak autobusowy borostwór – notorycznie zionąć muszę… to okropne przecież… ale pomyślę o tym później). Teraz nam się wszystko musi poddusić i zmięknąć w kolanach. Zapach znów jest obłędny ale nie podżerajmy, bo warto poczekać do końca. A na stronie już naszykowaliśmy cztery (czy pięć oto jest pytanie) jaja (jaj) i rozbełtaliśmy ich zawartość widelcem w miseczce. Gdy już zawartość patelni zmiękła i wyraziła skruchę, zalewamy całość jajcowizną i już nie przykrywamy. Przykrywka za to przyda nam się niewymownie gdy omleta trza będzie przebąblować na lewą stronę. Od razu mówię, że podrzucanie można sobie darować. Chyba, że macie wprawę w starej grze elektronicznej pod tytułem: łapanie jajec do koszyka. Wtedy możecie. Ale to też tylko na własne ryzyko. Ja polecam niezwykle kulturalnie – po podglądnięciu, że omlet z jednej strony już piękny_cudny_przystojniaczek – nakryć patelnię pokryweczką, wykonać salto mortale czyli całość o 180 stopni, a następnie bardzo_very_ostrożnie zsunąć placka z przykrywki i poczekać aż osiągnie zen z drugiej strony. A potem to najlepiej jeść bez świadków albo z jednym bo wyżrą, pójdą i nawet nie ostanie się jedno kukurydziane ziarnko. Nie wspominająć o pieczarce.

Wzzzium…

A w bonusie najprostsza na świecie sałatka.

NAJPROSTSZA NA ŚWIECIE SAŁATKA

Jest to sałatka pod hasłem: co nam zostało z tych lat przystosowanym do warunków lodówkowych, czyli popularny przegląd tygodnia.

Mnie zostało po troszku:

– kolorowego makaronu świderki
– papryki konserwowej
– kwaszonego ogórka
– puszkowej kukurydzy
– żółtego sera w plasterkach

Ser kroimy drobniej, paprykę w paseczki, ogórka w półplasterki. Wrzucamy do michy, w której już oczekuje makaron z kukurydzą, szczypta soli i pieprzu (oraz tego co znajdziemy pod ręką a pasować będzie), wymieszać i do dzioba. Najlepiej smakuje na zimno, jak chwilę odczeka w wyżej wzmiankowanej lodówce.

To ten no… smacznego.

________________________
Ps. W ogłoszeniach drobnych czytam:

„FRANCUZKI NA KAŻDĄ KIESZEŃ. UDZIELA STUDENT 4 ROKU.”

No fakt, zawsze słyszałam, że Francuzki to raczej drobne kobiety.
Ale żeby kieszonkowe?
Albo tanie?

😉

Przekaz aktywny

Gdyby ktoś z Państwa czytywał Zimno i nagle natentychmiast z przyczyn od siebie niezależnych przestał a chciał nadal, to ewentualne pytania i prośby o hasło dobrze jest kierować pod adres: zimno_blog@interia.pl.

Autorka prosiła by przekazać zainteresowanym.

Pozdrawiamy Zimno wraz z przyległościami i życzymy szybkiego powrotu do poprzedniego stanu skupienia.