Okno dzienne, okno nocne

W moim pokoju jest okno, które nie wiedzieć czemu i kiedy stało się osią wewnętrznego, domowego świata. Nie zasłaniam go żaluzjami, nie zawieszam firanek ni zasłon. Lubię mieć pogląd na rzeczywistość z drzewami w tle i od czasu do czasu spoglądać na ten podwórkowy świat z trzepakiem, krzywo ściętym żywopłotem i pustymi oczodołami zasypanych piaskownic na dziedzińcu. Jest pierwszą rzeczą, na jaką patrzę rano po przebudzeniu. Bo pierwszą osobą jest Syn. Za oknem czasem szaleje wiatr i wysokie, stare drzewa kołyszą się na boki jak niewprawne tancerki na zbyt wysokich obcasach, czasem szyby smaga deszcz, czasem prześwieca przez nie słońce tworząc w załamaniach i rysach na szkle barwne ogrody. Wtedy okno zamienia się w pryzmat. Samo jest nieruchome, ale za nim i przed nim toczy się życie. Taki obserwator, idealnie wtopiony w tło, jak kuchenna tapeta z lekko wyblakłym motywem. Na okiennym parapecie mieszkają w swoich doniczkach kwiaty, kilka płyt, stos książek i czarny kudłaty pies, ni to z pluszu ni z włóczki. Dobrze im tam. I dobrze mnie tu. Lubię patrzeć jak za oknem świat gdzieś mknie i gubi liście. Ja mam swój tor. Swoje przystanki i przymrużenia.

Na ścianie nad łóżkiem mam okno drugie. Nie przeszkadza mu, że tuż za nim śpi akurat sąsiad. Mnie też bo to okno jest tylko moje. Widzę je zawsze gdy tylko zgaszę światło a do snu jeszcze kilka odmierzeń i stukotów. W tym oknie odbija się noc i kładzie cieniami o najprzeróżniejszych kształtach i materiach. Lubię je nazywać i choć z oknem znamy się dobrze, zawsze ze zdumieniem obserwuję zmiany, które za każdym razem zachodzą w jego mieszkańcach. Bo dziś w nocy to drzewo było bardziej gibkie i wątłe niż wczoraj a ni pluszowy ni włóczkowy pies dawał inny cień. I książki jakby szybciej oddychać zaczęły. To okno ma życie w sobie, nie poza. Wszystko w nim drga, zmienia się, migoce. Wszystko gra. Mam tu dramaty w trzech aktach i operetki. Kalejdoskopy z kryształków i podłużne smugi monologowych wspomnień. Wystarczy odpowiednio przekrzywić głowę na poduszce i już mogę podróżować po Grenlandii spokojnie machając stopą pod ciepłym kocem. Albo zdobyć szczyt. O ten, tuż nad moim palcem. Cały mój teatr. Bez aktorów, bez widzów. Z wyobraźnią. Dzięki jednej małej ulicznej latarni.

Jakiś mój gość ostatnio się zdziwił, że taka pusta ta ściana. Że czemu nic nie powieszę. Spojrzałam i uśmiechnęłam się lekko, że może kiedyś, kto wie…
Nikt przecież nie wie, ile w niej magii.

Dylematy

Czytam poranną gazetę i popijam kawą galopujące podwyżki, kolejne afery, wracający jak bumerang każdego roku w styczniu efekt cieplarniany z topniejącymi lodowcami. Myślę sobie jakie to wszystko odległe. No może prócz podwyżek, bo to bardzo, bardzo bliskie. Ale te wojny, lustracje, prowokacje w galeriach i nerwy na wysokościach. Myślę sobie, pomiędzy jednym a drugim łykiem z niebieskiego kubka, że dobrze mi. Jestem sobie. Taka zwyczajna, czasem śmieszna, czasem mądra, częściej zagubiona i przypadkowa. Ale jestem. Aż trafiam na artykuł o Pillow Angel, małej Ashley, która nie będzie już duża. Dorosła nie byłaby nigdy, przynajmniej nie w prawidłowym tego słowa znaczeniu. Zbyt na to jest upośledzona. Ma dziewięć lat i encefalopatię. To nieuleczalne uszkodzenie mózgu. Powstaje przez niedokrwienie i pozostawia żadnych szans. Ashley do końca życia pozostanie na poziomie umysłowym trzymiesięcznego dziecka. Nie ma zdolności kojarzenia, nie rozumie słów, nie potrafi utrzymać głowy, nie przełyka samodzielnie i nie da się jej nauczyć niczego. Rodzice podjęli bardzo trudną i kontrowersyjną decyzję – poprosili lekarzy by ich córka na zawsze pozostała małą dziewczynką. Dziewięcioletnią. Którą będą mogli pielęgnować nawet gdy się zestarzeją i którą będzie można przenosić, zabierać na wycieczki, której ciało nie będzie miało odleżyn od ciągłego przebywania w łóżku i która nie będzie mogła być wykorzystana, zajść w ciążę, mieć raka piersi czy szyjki macicy. Chcieli ograniczyć do minimum cierpienia, jakich może doznać ich niepełnosprawna do końca życia córka. Pierwszy raz w historii medycyny podjęto taki krok. Lekarze zatrzymali rozwój fizyczny Ashley usuwając niektóre organy i podając bardzo wysokie dawki hormonów powstrzymujących wzrost. Powstało wieczne dziecko.

Brzmi jak scenariusz horroru, czyż nie?

Ja sama, gdy czytałam ten artykuł, a potem jego uzupełnienie, miałam bardzo różne, pogmatwane myśli i emocje. Od oburzenia, poprzez niesmak, aż do zrozumienia i akceptacji. Bo to bardzo trudny przypadek i bardzo trudna decyzja. Kawa wystygła całkiem a ja nadal nie wiem czy to dobrze, czy źle, że tak się stało. Na pewno lepiej dla rodziców dziewczynki, którym zwyczajnie będzie łatwiej się opiekować dzieckiem. Ashley na zawsze pozostanie Pillow Angel.

Od razu na internetowym forum zawrzało. Tysiące ludzi, których kompletnie tak na prawdę nie obchodzi to wszystko, ocenia, komentuje, oskarża. Że z wygody, że bzdura i że nieludzkie. Ja tymczasem pamiętam swoje studenckie praktyki. Hospitacje na szpitalnych oddziałach i w domach, terapię małej-dużej Ewy, w którą w ramach wolontariatu się wciągnęłam i dramaty starych, zmęczonych życiem ludzi, którzy nie mają siły zanieść dorosłego syna do wanny, wynieść na podwórze, czy związać… żeby nie zrobił sobie krzywdy jak zwykle uderzając głową o ścianę. I nie wiem co jest bardziej nieludzkie – dać rodzicom niepełnosprawnego, ciężko upośledzonego dziecka prawo do choć odrobinę lżejszego życia i możliwości lepszej opieki nad nim, czy nazwać ich zwyrodnialcami i osądzić w jedyny słuszny dla niektórych sposób.

To dla mnie za trudne. Nie umiem oceniać takich spraw. Używanie mają tu specjaliści od etyki i moralności. Ja za głupia jestem. Ale dwie rzeczy nie dają mi spokoju. Pierwsza to refleksja, że nie ma rzeczy i wydarzeń całkowicie jednoznacznych a nałatwiej ferują wyroki ci bezmyślni i puści. Druga – za każdym razem, gdy widzę Igora, dziękuję losowi, że nie postawił mnie przed koniecznością podjęcia takiej decyzji. I mam nadzieję, że nie postawi nigdy.

Ot tak

Zajrzałam właśnie na bardzo dawno nie odwiedzaną przeze mnie blogową stronę. Kiedyś wchodziłam tu codziennie, potem jakoś się rozmyło. Najpierw brak dostępu do netu, potem brak chęci i wreszcie wejście do innego świata, świata dzieci, wyrzynających się zębów i nocników. Nie wiem czemu mi się teraz nagle przypomniał ten adres. Pewnie przez tę całą zimową jesień, albo na starość robię się sentymentalna. Wieje tam pustką teraz a kolejne notki pojawiają się coraz rzadziej i jakby z obowiązku tylko. Częściej zasłyszane dowcipy czy śmieszne e-maile niż coś osobistego. Kliknęłam w link z prawej strony. Do znajomego. Strona nie istnieje. Potem w kolejny i jeszcze następny. Klik, klik, klik. W tych wszystkich miejscach kiedyś bywałam a dziś proszę – błąd 404 – adresat nieznany. Cały internet, te wszystkie blogi, to taka złudna rzeczywistość. Ciągle ma się wrażenie, że tu też jest życie, że podskórnie coś tam tętni i czuje, że kogoś się choć odrobinę zna bo czyta się, że rano wypił kawę o tej samej godzinie co wczoraj.

Z braku niektórych mi smutno, inni nie powodują swoim zniknięciem żadnych emocji, ale nieodmiennie wszystko się zmienia. Gdy zaczynałam pisać tego bloga, całkiem inaczej układały mi się litery, całkiem inaczej układało mi się wszystko inne. Teraz czasem patrzę na tę długą listę z archiwum pobłażliwie, trochę jak na dziecko sąsiadów, które niby znam od maleńkości, ale dopiero teraz spotrzegłam, że już dorosło. A ja nawet nie zauważyłam kiedy. Bo tu wszystko dzieje się jakby mimochodem. Wymyślamy ładne nazwy, pseudonimy, zakładamy blogi, piszemy o tej kawie, co znów jak wczoraj o dziewiątej… a potem nagle pyk. I znikł. Proste, prawda?

Nic nie zwalnia i się nie zatrzymuje. W tej samej sekundzie powstaje milion nowych stron a nasze miejsce na serwerze administrator udostępnia następnemu chętnemu do słownego ekshibicjonizmu. I tylko czasem, czasem rok później, może dwa, ktoś wystuka sobie nasz dawny adres i zobaczy, że już nie istniejemy.

Czy to normalne…?

że lubię zielonkawe banany, takie niedojrzałe jeszcze i pozostawiające na języku lekko cierpkawy, mączny smak

albo wkroić do miski trochę brzoskwiń, ananasa, cząstek mandarynek, jabłek, winogron i tychże bananów, zalać wszystko warstwami galaretki (na koniec oczywiście zostawiając ulubioną czarnoporzeczkową), odczekać swoje i potem móc ukroić sobie spory kawałek swojego prywatny owocowego raju z okazji kolejnego dnia tygodnia, bo właśnie minęła północ

że lubię przekręcać słowa na rozmaite sposoby i uśmiechać się do nich mrużąc oczy: prawdziwne, najlubię, dlaczemu, natentychmiast, dlatemu, romanwtycznie, polimeryzowałabym, czarownicująco… dużo takich

albo wyobrażam sobie coś, na przykład czkawkę na pełnym morzu, albo przypominam dowcip i usiłuję nie chichotać w mankiet, bo akurat stoję w długiej sklepowej kolejce

że właśnie napisałam do obcego w sumie faceta na gg, że na chandrę to najlepsze jest kakao, takie domowe, prawdziwne, z mleczną pianką, którą robi się podgotowując odpowiednio mleko w rondelku, a najlepiej jak pite w ulubionym kubku przez grubą słomkę, taką jak do shake’ów

że nigdy nie jadłam migdałowych marsów a już wiem, że je uwielbiam

że czasem patrzę co pisałam tu tego a tego dnia rok wstecz, albo dwa lata i zawsze się uśmiecham, czasem smutniej i nostalgiczniej ale zawsze

że czytam książkę nawet spod wody, bo akurat raczę się lekturą w wannie i musiałam spłukać mydło z głowy a żal mi było stracić ten rytm, na którym już się zafiksowały źrenice

że postanowiłam spać w letniej sukience bo lubię jej dotyk, zresztą i tak jest stanowczo za krótka na moje lata, nogi i społeczny brak statusu by nosić ją zgodnie z przeznaczeniem

że grzane wino nigdy nie smakuje mi pojedynczo, zawsze musi być jeszcze jakiś kubek i jeszcze czyjeś dłonie

że nie mogę przestać myśleć o pewnej lampie z wystawy, z traw, koralików i czerwono-pomarańczowych pasm przeplecionych przez siebie i gdyby nie to, że sklep mieszka sobie w Niemczech, z samego rana poszłabym i ją kupiła

że rano pod prysznicem widziałam tęczę

Ziarnko piasku

Nie pamiętam już, na której scenie z Forresta tak skraplają mi się oczy ale wiem, że to tam. Najbardziej bezgłośnie zaś zawsze płaczę przy piosenkach. Kilka rozwala mnie na drobne kawałeczki. Przy ‚Bema pamięci…’ Homo Twist zawsze siadam tam gdzie stoję i zaciskam palce aż paznokcie odbiją mi we wnętrzu dłoni małe półksiężyce. Kiedyś było ‚Zombie’ z niepokojącym głosem Dolores, ‚Unforgiven’ z najlepszej, czarnej płyty i ‚Man who sold the world’ albo ‚Dumb’ obdartego blondyna, w którym tak się kochałam szczerze nienawidząc wszystkich innych blondynów, a on się zastrzelił. Potem nie pamiętam, albo nie chcę pamiętać co. Coś z Kazika, jazzu, filmowej ścieżki. Dużo później takie jedno ‚Adagio’. I ‚Requiem’ Verdiego, które śpiewałam na koncercie ze ściśniętym gardłem i ziarnkiem piasku pod każdą powieką. Muzyka działa na mnie po tysiąckroć silniej niż jakikolwiek obraz. Chyba, że jest to ‚Stary Żyd i chłopiec’ z okresu, kiedy Picasso był jeszcze dla mnie zrozumiały.

‚Electrical Storm’ U2 to już chyba mój prywatny emocjonalny sztandar. Zawsze chciałam ją mieć na własność a nigdy jakoś się nie złożyło. Może przez to, że już gdybym musiała poprosić o ‚kopię zapasową’ kogoś znajomego, zrobiłoby mi się cholernie smutno. Wiedziałabym przecież, że będę po nią sięgać stanowczo za często by nie zabrakło mi chusteczek. Wolałam by ktoś sam zajrzał do mojej głowy i odczytał czego chcę. Domyślił się. To oczywiście idiotyczne, bo nikt nigdy nie domyśli się prawidłowo naszych pragnień i potrzeb. Musimy je jakoś zwerbalizować. W przeciwnym razie albo zdamy się na przypadek, ślepy los i myślenie magiczno-życzeniowe, albo ktoś musi nas znać na tyle dobrze, że w zasadzie żadna rozmowa z nami nie jest mu potrzebna.

Mam tak ze wszystkim. Bez problemu mogę poprosić o pomoc w przyrządzeniu obiadu gdy porwę się na sos żurawinowy jak z motyką na słońce, o popilnowanie Dziecka gdy gdzieś koncertujemy w późnych godzinach, albo w zakupach. Ale gdy jest mi naprawdę źle, zamykam się w domu, nie odbieram telefonów, nie odpisuję na smsy. Czytam książki, słucham muzyki, wyłączam się z życia i zmuszam się by wstać do pracy. Albo patrzę w sufit i sprawdzam czy nadal ma te same pęknięcia. Chcę żeby ktoś mnie otworzył ale im bardziej chcę tym mocniej zaciskam się w sobie. Ktoś mi powiedział, że to chora duma ale ja nie wiem. Może tak, może nie. W każdym razie nie szukam definicji. To tak jak z potrawami, które mi nie smakowały. Gdy byłam mała i nie chciałam czegoś zjeść, rodzice usiłowali mnie złamać nie dając mi do jedzenia nic innego. Mówili, że jak zgłodnieję naprawdę, to zjem. Po trzech dniach zrezygnowali. Nigdy więcej nie wracaliśmy do tej potrawy.

Jeśli mnie spytasz, czy masz przyjechać, powiem, że nie, że jest w porządku i dam sobie radę. Przecież jestem twarda jak Roman B. skrzyżowany z Robocopem. Ale wszystko w środku krzyknie mi pod samo gardło ‚przyjedź!’. Nie usłyszysz, bo najmocniejsze rzeczy zawsze przechodzą u mnie bezgłośnie. Nauczyłam się dawać znaki, opisywać wcześniej jak to może wyglądać i mówić czego wówczas oczekuję. Ale gdy przyjdzie kryzys znów zamknę drzwi, oczy i usta. Nigdy nie poproszę sama. Poczekam aż się domyślisz.

A to wszystko przyszło mi do głowy bo właśnie w radio usłyszałam ‚Electrical storm’.
Śmiesznie plastyczna jestem, co?
Jeden trzyminutowy utwór i już mam gęsią skórkę.

Baba no. Głupia i z hormonem.

Życie w odcinkach – reszta w bilonie

Odcinek czwarty: sylwestrowo na chórze.

Nowy rok postanowiłam przywitać ze znajomymi na chórze. Hala wybierała się ze mną i choć nie była przekonana co do ewentualnej szampańskiej zabawy a całą imprezę traktowała raczej w stylu ‚bo nie ma nic lepszego na horyzoncie’, odnoszę wrażenie, że zaskoczenie było pozytywne. Ja się bawiłam bardzo dobrze. Wytańczyłam się, opiłam martini i szampanem, objadłam waflami z kajmakiem, marchewkami i wszystkim innym. Z tego miejsca pragnę wyrazić wielki podziw dla ekipy organizującej za menu i wystrój sali. No i w ogóle wielkie dzięki kochani – było fantastycznie. Z początku co prawda miałam straszny dylemat w co by się tu ubrać by nie zabić się o lustro, bo ni, dosłownie NIC mi nie pasowało, ale w efekcie zdecydowałam się na wysokie obcasy, obcisłe spodnie-rurki i zwiewną tunikę, która mogłaby raczej leżeć w mojej bieliźniarce… gdybym tylko takową posiadała. Całokształtu dopełniły długie kolczyki, bardziej wyrazisty niż na co dzień makijaż i… niebieska peruka w stylu piorun_dupnał_w_rabarbar. Na szyi zawiązano mi wstążkę odkwiatkową, która wybitnie korespondowała mi z odzieniem. Wszyscy zebrani zgodnie stwierdzili, że jak tylko urosną mi moje własne włosy, wysyłają mnie do fryzjera i ‚mam taka wrócić‚, ponadto mam częściej chodzić na obcasach i wiązać sobie tę kokardkę prosto z róż. Nie wiem tylko co na to Igor. O sąsiadach nie wspomnę.

Tuż po pierwszej zwinęłyśmy się z obolałymi od tańca stopami (szpilki wyglądają fajnie a nogi w nich to już w ogóle super ale są wściekle niewygodne… szpilki, nie nogi) i pojechałyśmy do Papierówki co by jej się nowego już roku nie świętowało samotnie. Rozminełyśmy się z Gogą ale ta i tak miała swoje wspaniałe plany na początek pierwszego z 365 dni, więc i żal mniejszy nieco. U Papierówki było miło, domowo i przytulnie. Rozciągnęłam się na sofie, zjadłam dwa kawałki pysznej szarlotki i popiłam szampanem. A potem obejrzałyśmy ‚Rozpustnika’. Ech… To nic, że usnęłam. Śnił mi się Johnny De w powozie. Nie powiem co robiliśmy ale bynajmniej nie przydałby się nam leksykon krzyżówkowicza. Do domu dotarłam spacerkiem. Częściowym. O czwartej trzydzieści. Bardzo miło było mi w tym roku sylwestrować. A pierwsze tramwaje mają w sobie coś magiczego. Zwłaszcza gdy są puste.

Odcinek piąty: życie osobiste, mocno pogmatwane.

Tu gdzieś był znak ograniczenia prędkości. Ale sobie jakby poszedł. No halo. Czy ktoś mnie pytał: co powiesz na zjazd po poręczy? jakąś stówą powiedzmy? bez trzymanki? Nie przypominam sobie bym coś podpisywała. Poza odcinkiem na poczcie. I nigdzie nie było drobnego druczku. Z drugiej strony jednak nie będę udawać, że jest mi smutno przez to co się teraz dzieje. Wręcz przeciwnie. Tyle, że jakoś nie potrafię nad tym zapanować i chyba w związku z tym mam mały dysonans. Kociokwik. Bo wszystko fajnie i pięknie tylko nie wiem co jest za zakrętem. A pędzę raczej na czołówkę.

Oczywiście odpisał. Co wywołało u mnie drżenie, migotanie, spazmatyczny chichot i zaczerwienienie w okolicach twarzy. Tym razem napisał e-mail nieco dłuższy. Że wyjeżdża na sześć dni na Słowację, że odpocznie od komputera i pracy, nieprzespanych nocy i codziennych kłopotów. Napisał o swojej wielkiej miłości do motocykli… czym oczywiście spowodował u mnie nagłą arytmię bo jeśli jeszcze do tego się dowiem, że uwielbia jeść poziomki prosto z krzaka, zbierać kasztany do kieszeni płaszcza, pisać wiersze i przyglądać się ludziom to – uwaga uwaga – odnalazłam zaginionego brata bliźniaka. Albo mam do czynienia z niedojrzałym emocjonalnie Piotrusiem Panem. Choć przyznam, że wolałabym bramkę numer trzy. Bardzo ładnie napisał o tym co czuje gdy sobie jedzie przed siebie i nie obchodzi go żaden raport, ani coś do zrobienia ‚na wczoraj’. Napisał też, że ostatnio kompletnie nie mógł się przez to wszystko pozbierać i skupić, zwłaszcza, że przez te wszystkie lata nie wiedział czy ja w ogóle żyję ale, że to wspaniałe. Mimo wszystko.

Życie jest zaskakujące. Historia piękna to fakt… jak pomyślę, to w głowie rodzi mi się scenariusz rodem z brazylijskich telenoweli.

O, czyżby? Ciekawe…

W sumie, skoro coś takiego spotkało nas, to może większość z tych historii oparta jest na podstawie prawdziwych przeżyć.
Od teraz nic już nie będzie w stanie mnie zdziwić.

Odpisałam. Że tę motocyklową pasję to mamy wspólną, że pracuję, że zazdroszczę Słowacji i żeby odpoczął. Opisałam mu moją noworoczną zabawę i że co roku tak samo zachwycam się zimnymi ogniami, zwłaszcza gdy trzyma je w garści trzydzieści osób.

Ciekawa jestem co teraz u Ciebie się w ogóle dzieje. Jak sobie ułożyłeś życie, kim jesteś i jak teraz wyglądasz, czy masz żonę, dzieci, psa, domek z ogródkiem i krochmalonymi firankami, czy nadal jesteś zbuntowanym smutno-melancholijnym chłopakiem o chmurnych oczach, jakim Cię zapamiętałam, czy mieszkasz w Warszawie czy gdzie indziej, czy oglądasz czasem krople deszczu na tramwajowych szybach i czy moje imię łaskocze Cię w opuszki palców gdy piszesz je na klawiaturze. Ot tak. 😉

Zastanawiam się co będzie dalej…

Życie w odcinkach – pierwsza połowa i jeszcze kawałek

Odcinek pierwszy: spotkanie ze znajomymi.

Znajomych było pięć. Wszystkie baby. Postanowiłyśmy spotkać się jeszcze w tym starym roku i trochę umilić sobie ten zimowy choć jakoś bardziej jesienny wieczór. Przy okazji jedną z bab poznałam osobiście bo dotychczas to tylko się mijałyśmy komentarzowo. Było czarownie i czarownicująco. Oczywiście, że obgadałyśmy wszystkich samców w okolicy. Bliższej i dalszej. Oczywiście, że rechotałyśmy jak głupie i oczywiście, że piłyśmy alkohol. Grzane wino, co to je jeszcze Niemcom wywiozłam w ramach patriotycznego obowiązku i hand-made cytrynówkę, w której jednakowoż więcej było spirytusu niż cytrynowego wkładu i miodu. Ośmielam się domniemywać, iż po godzinie byłyśmy już nielekko wstawione. Tudzież lekko wcięte. W talii. Po dwóch wychynął temat spóźnionego nieco u jednej z koleżanek okresu. Jakiś bagatelka 43 dzień. Nie namyślając się wiele radośnie rzuciłam hasło: jedziemy do apteki po test! Była wśród nas jedna trzeźwa ciałem i umysłem – robiła bowiem za kierowcę. Nawiasem mówiąc ona to później rozwiozła nas po warszawskich kątach za co jej serdeczne dzięki. Razem z trochę już zestresowaną Spóźnioną Ewentualną zapakowałyśmy więc odwłoki w auto Szoferki i nucąc pod nosem w steeepie szerokim (przynajmniej ja) ruszyłyśmy po wyrocznię. Siedlisko wyroczni znalazłyśmy dopiero za drugim morzem i trzecią rzeką albowiem o tej porze to już wszystkie bliższe apteki udały się na spoczynek. Nasunął mi się tylko taki jeden malutki wnioseczek, że gdyby Spóźniona Ewentualna nie miała samochodu tudzież zaopatrzonego Spóźnionego Ewentualnego na składzie gdyby im się zeszło na amory, to albo szklanka wody zamiast albo wyprawa po test byłaby zbędna bo od razu byłoby wiadomo, że od_dziś_mówcie_mi_ciociu. Do apteki poszłam oczywiście ja, bo stresa nie miałam żadnego. Ni grama. Miałam za to świetny humor i w dobry nastrój musiałam wprawić Panią Magister Za Ladą ćwierknąwszy jej o jakiejś 23 z rumianymi policzki:

– Dzińdybry, poproszę dwa różne testy ciunżowe, hik!

I obdarzając ją najpromienniejszym ze swych pijackich uśmiechów, po których jeszcze nie widać, że jestem pod wpływem za to wyglądam jakby jeszcze mi się nogi trzęsły. Swoją drogą to nie wyobrażam sobie by jakakolwiek Spóźniona Ewentualna kupowała sobie sama rzeczony test z równie wielkim bananem na twarzy i całkowitym luzem w reszcie organizmu. W końcu zawsze samemu ma się jakiś element nerwowości, choćby w wydychanym powietrzu. A tu proszę, luz-blues, gadka-szmatka, proszę-dziękuję-dobranoc. Wyszłam z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i od razu poszłyśmy na drugą stronę ulicy po dwa grzańce galicyjskie. Na wzmocnienie. Naturalmą.

Po powrocie Spóźniona Ewentualna została w ułamku sekundy zagoniona do łazienki, gdzie miała honorowo oddać mocz na stosowne pipety i na nic nie zdały się jej protesty, że wcale jej się nie chce siku. Były nawet propozycje potrzymania w czynie społecznym ustrojstwa i żarliwy doping: psi-psi-psi-psi. Chyba tylko siłą woli powstrzymałyśmy się od nalania na test razem – solidarnie i po równo. W końcu we cztery koczowałyśmy pod drzwiami odczekując przepisowe trzy minuty i niecierpliwie ogryzałyśmy pazury. Nie było bowiem wiadomo co będziemy opijać. W tym przypadku obie opcje nie były złe aczkolwiek Spóźniona Ewentualna po cichu chciała być jednak Spóźnioną Przyszłą. Choć może jeszcze nie w tej chwili. Ale w zasadzie to ona sama nie wie. Wynik obu wyroczni nie dał nam jednak cienia wątpliwości. Not tudej. Uspokojone już, aczkolwiek z lekka cmokające jak lis z reklamy Żubra, wypiłyśmy za wszystkie dzieci wylane na prześcieradła i za te co są. Żeby nam się rakiet nie czepiały. W terminie śródnocnym zaś, jakieś dwie do trzech godzin później, Koleżanka Szoferka odstawiała mnie do domu. Oczywiście pasów z tyłu nie zapięłam. Oczywiście ona przykładnie z przodu jako kierownica jak najbardziej. Oczywiście zamrugał na nas niebieskim oczkiem radiowóz. I oczywiście Pan Policjant podszedł i poprosił Szoferkę o okazanie stosownych dokumentów. Słyszał jeszcze wsuwający się pas przy jej fotelu. Oczywiście. Choć oczywiście, gdy przyszło do powodu zatrzymania, podał brak zapiętych pasów u kierowcy. Oczywiście oburzyłyśmy się święcie i Szoferka wyznała, że pas zapina zawsze ale trzyma go pod pachą bo normalnie ją uwiera. Pan Policjant oczywiście musiał pójść do kolegi się naradzić. Z trudem powstrzymywałam się żeby nie rechotać. Ględzili tam chwil kilka po czym Pan Policjant powrócił i puścił nas wolno pouczając Szoferkę by następnym razem pas był bardziej widoczny. Może jakiś oczojebny różyk?

Odcinek drugi – życie domowe.

Jeszcze w starym roku mój Syn postanowił przekonać mnie jaki to jest dorosły. W związku z tym nauczył się chodzić już całkiem sam. I choć nadal woli trzymać się pomocnego palca, to swoje kroki stawia już coraz bardziej pewnie i obawiam się, że jeszcze chwila a przestanę nadążać. Muszę popracować nad kondycją. Prócz stałego ćwiczenia pionu z przemieszczeniami, Igor z upodobaniem włazi pod łóżko, gdzie leży plackiem i horyzontalnie albo klęczy, albo kuca, albo wariuje we wszystkich możliwych pozach. Opcjonalnie. Wszystko jednak odbywa się z towarzyszeniem stosownych i niestosownych okrzyków, oraz całego wachlarza śmiesznych min. Generalnie leżę i kwiczę. A Dziadki razem ze mną. Ponadto Lokator znalazł wreszcie zastosowanie dla otrzymanego w prezencie nocnika z wizerunkiem Kubusia Puchatka i Prosiaczka splecionych w uścisku. Zastosowanie zaznaczam prawidłowe, gdyż nieprawidłowe znajdował już nieco wcześniej, pakując do wewnątrz klocki i elementy wystroju łazienki, bądź naparzając nocnikiem pluszowego psa. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że Syn mi leje na Kubusia. Sporadycznie na razie, bo i tak większość towarów dnia ląduje w pieluchach, ale zawsze. Apogeum zdziwienia nowymi umiejętnościami przyszło w kuchni i przeszło samo siebie. Bo otóż zastałam Igorowskiego na stole. Na kuchennym, całkiem wysokim stole, do którego droga prowadziła po stojącym sobie spokojnie obok krześle. Igorowski klęczał sobie na blacie i z nonszalancją wymachiwał znalezionym długopisem jak ciężko wywalczonym łupem. Wyobraźnia błyskawicznie podsunęła mi tysiąc obrazów z udziałem kuchennej terakotowej posadzki w dole ale na szczęście nie przeraziłam się od razu. Najpierw spokojnie zdjęłam Dziecia ze stołu i opanowałam drżenie. Ogromnie się cieszę, mój Synu, że wykazujesz tak dalece posuniętą samodzielność, jednak wolałabym byś świeżo nabyte mleczaki stracił nieco później i w innych okolicznościach. Mniej drastycznych. Niniejszym dotychczasowy spokój w okolicach kuchennych, którym jeszcze niedawno koiłam się w domowych pieleszach, uważam za skończony. Teraz zaczną się schody.

Odcinek trzeci – wyprawa do Ciotki Alty.

W sobotę wybraliśmy się z Ludzkim do Ciotki Alty. Ciotka Alty ma to do siebie, że mieszka za tyloma górami i lasami, że to już nawet sama matka przełożona czarownic nie policzy i w związku z tym przyjeżdża tylko i only na święta, albo jak złamie sobie ząb. Czasem nawet przylatuje. Ale za miotłę to już na bank by się obraziła, więc nic na tej temat nie napiszę. Teraz więc, korzystając z okazji, że jeszcze nie zawinęła się i nie pojechała, ja zawinęłam i się i Ludzkiego, plus jeszcze stado bagażu podręcznego, zapakowałam wszystko w spacerówkę i zrobiłam au revoir zachwyconemu wizją samotnie spędzonego dnia Mamutowi. Albowiem Mamut stacjonuje u mnie już drugi tydzień i zaczyna mieć poważnie dość – zarówno wnuka z nieustającą nadpobudliwością wszystkiego, jak i mnie – zawsze pędzącej, zawsze spóźnionej, zawsze always. Całe szczęście Igor już prawie wyzdrowiał i Babcia będzie mogła wrócić ‚na swoje’. Tymczasem więc zafundowaliśmy jej preludium i wolną od aktywności ruchowo-dźwiękowej sobotę. Wstałam wcześnie, bo o ósmej, co – jeśli wziąć pod uwagę imprezę dnia poprzedniego – stanowiło nie lada wyzwanie, naszykowałam wszystko i zjadłam nawet śniadanie. W miedzyczasie wstał Ludzki i pozwolił zrobić sobie krzywdę eleganckim strojem nie wywalając nań nic z porannego posiłku. Zawinęłam wszystko w jeden tobół, tworzący nasz wózek z przyległościami i spokojna jak gładź na jeziorze pomknęłam niczym rącza łania na przystanek tramwajowy. Kolejka odchodziła za czterdzieści pięć minut, w trzydzieści dojedziemy nawet z kilkoma staruszkami bez wyraźnego pomysłu na wsiadanie bądź wysiadanie, zostanie zatem jeszcze kwadrans na spokojne kupienie biletu i zadekowanie się w wagonie. Wszak czeka nas godzinna podróż. Dla niektórych nawet w nieznane. Postałam tak na przystanku kilka minut, Ludzki zdążył już ogryźć dwa herbatniki i właśnie zaczynał marudzić, że świeci słońce. Niecierpliwić zaczęłam się dopiero po dziesięciu, gdy stało się jasne, że teraz albo nigdy. Teraz. Przyjechał. Jechał i jechał i jechał… i jakież było moje zdumienie gdy na dwa przystanki przed wzmiankowaną kolejką motorniczy opuścił szybkę i oznajmił wszem i wobec, że: zasilanie siadło. Siadłam i ja, psychicznie. Normalnie jakieś fatum. Najpierw nie przyjeżdża o czasie, potem nie ma zasilania a ja co mam zrobić? Tu Dziecko mi się wierci coraz bardziej i za chwilę eksploduje głośnym rykiem, następna kolejka za godzinę a on mi tu o zasilaniu. Sam powinien popchać ten tramwaj. Wysiadłam i pognałam z tym wózkiem na przełaj aby do dworca. Oczywiście nie zdążyłam. Zabrakło minuty. Cholera, cholera, cholera. Nic to – pomyślałam sobie tłumiąc wszelkie wulgaryzmy jakie opanowały wnętrze mojej czaszki. W obliczu braku kolejki pozostał mi pociąg. A i nawet to lepiej bo pociągiem taniej i szybciej. Tyle, że nie z tego dworca ów pociąg odjeżdża. Ubłagałam Ludzkiego o jeszcze odrobinę ludzkości i braku akompaniamentu i rozpaczliwym kurcgalopkiem osiągnęłam przystanek autobusowy. Trzeba było bowiem do dworca podjechać. Podjechaliśmy. Pokonaliśmy wszelkie schody bez choćby cienia podjazdów i wszelkie stromizny – a było ich niemało. Przy kasach biletowych odczekaliśmy nawet swoje w kolejce i wcale nie zabiliśmy wzrokiem Pana, który nie wiedział absolutnie nic, a zwłaszcza gdzie chce jechać, kiedy i o której godzinie. Albo wiedział tylko nie był pewien. Przyszła pora na nas.

– Poproszę o bilet normalny i zerowy do G.

Teraz. Zaraz. Natentychmiast. Pani w okienku wystukała swoim magicznym ołóweczkiem kilka okienek i po chwili drukarka wypluła nasze bilety. Następnie usłyszałam, że nasz pociąg odchodzi za dwie minuty z peronu trzeciego (byliśmy dokładnie po drugiej stronie dworca) a następny za godzinę. A! AA!! AAA!!! Jeszcze nigdy nie biegłam tak szybko z wózkiem po takiej ilości schodów i pomiędzy tyloma ludźmi. Musiałam wyglądać na bardzo zdesperowaną, bo nawet Pan W Dresie przestał tarasować przejście i czmychnął w podskokach. Wpadłam do pociągu i drzwi się za mną zamknęły. Różnica ułamka sekundy. O matko z córką! Myślę, że gdybym miała warkocz, zostałby na peronie. Igor wyglądał na zaskoczonego. Tak bardzo, że po chwili usnął. Ja zaś uspokoiłam oddech i upewniwszy się, że to napewno pociąg do G. usiadłam. Uff. Reszta podróży przebiegała już planowo. Na stacji docelowej czekała już powiadomiona o wyniku dworcowej eskapady Alty, która zawiozła nas do swego domu rodzinnego, z Altową Mamutą, Siostrzycą i psem. Obżarlim się dobroci, opilim, zagryźlim świeżo upieczonym ciastem, pogadalim, powspominalim i wymaćkalim psa. Ludzki kwitł i się_prężył w kobiecych ramionach a ja puchłam z dumy słuchając, że taki śliczny, grzeczny i w ogóle. Naturalmą. Po mamusi. Wróciliśmy już bez przygód, za to z solidna porcją solidnego zmęczenia na karku. Zmęczenia podróżą bo towarzystwo to nas przyjemnie odprężyło. W domu Babcia i Igor rzucili się na siebie jakby się z rok z okładem nie widzieli. Stęsknili się za sobą. Ot rodzinka 🙂

cdn…