Jestem w kropce….. zgadnij w której

Kolega przyszedł, zrobił pranie, zapakował do torby i dziękując wylewnie odjechał w dal siną a odległą… o jakieś dziesięć przystanków tramwajowych. Nie kąpał się co prawda – mówi się trudno, choć zawsze mogłam pochować wszystkie ręczniki i zostawić mu ściereczkę w rozmiarze 10x12cm – ale za to zasiedział się znacznie. Gadaliśmy i gadaliśmy, a w przerwach bawił się w Młodym. Pojechał ostatnim tramwajem. Dopiero później odkryłam lokatorską zabawkę – znikopis. Rysunek przedstawiał uśmiechnięte krzywo słoneczko z wyraźnym przodozgryzem i rachitycznymi promyczkami naokoło pyzatej buziuchny. Napis głosił: DZIĘKUJĘ BAJKA. Bardzo miło mi się zrobiło. Bardzo. Igor oczywiście z samego rana radosny jak szczygiełek zamazał wszystko jakąś nową odmianą sztuki pod tytułem: ile kresek zmieścisz w jednym kółku, ale przyjemny nastrój pozostał.

W sobotę rano umarłam.

Moje Dziecko najwyraźniej po mamusi przechodzi na system nocnego czuwania. Przy czym wolałabym by poczekał z tym jeszcze jakieś naście lat. Względnie ograniczył się do opcji stand by. Doprawdy uroczo jest położyć się spać po północy, a już po godzinie usłyszeć rozanielone paaa czy inne dzia zwiastujące ni mniej ni więcej tylko fakt, że teraz oto bawimy się w Indian i że skoro ja nie śpię droga mamo to nikt inny też nie może. I tak jeszcze o trzeciej, czwartej i w pół do piątej.

Po takiej nocy nieodmiennie przychodzą mi do głowy różne pomysły na obiad…
Czy małe dzieci mieszczą się do piekarnika?

Zreanimowałam się około dziesiątej i już prawie miałam się ubrać, gdy wtem (bo takie rzeczy zawsze są nagle lub wtem) usłyszałam pukanie do drzwi. Nie dzwonek domofonu, który ewentualnie pozwala jeszcze – bo to pierwsze piętro, a więc jakieś 30 sekund w zapasie – pochwycić z poręczy krzesła jakieś wolno stojące portki do spółki z podkoszulkiem a właśnie pukanie. Oczywiście momentalnie zestresowałam się bo stałam w samych gaciach. I to bardzo mocno nie_wyjściowych. Męskie bokserki rzadko kiedy stanowią odpowiedni do witania ewentualnych gości strój. Tym bardziej jeśli stanowią główny i zarazem jedyny element tegoż. Nie mogłam pukania zignorować gdyż Lokator już z radosnym kwikiem potruchtał do drzwi i rytmicznie odpukiwał przybyszowi, zaśmiewając się przy tym do rozpęku. Cholera, cholera, cholera. W ułamku sekundy wskoczyłam w spodnie, w których jeszcze do wczoraj absolutnie się nie dopinałam nawet przy wciągnięciu brzucha aż pod szyję i jednocześnie utknęłam w tiszercie. Zdążyłam jeszcze rozpaczliwie wrzasnąć – momę – i przeszedł. Znaczy głowa przeszła. Na szczęście. Otworzyłam już w miarę spokojna. Za drzwiami stał Mamut, z którym się na dziś umówiłam i oczywiście kompletnie o tym nie pamiętałam. Znaczy pamiętałam, ale przypomniałoby mi się za jakieś dwie godziny, po mocnej kawie. Zresztą umówiłam się z Mamutem na ‚w okolicach południa’. Nic nie poradzę na to, że dla mnie okolice południa nie zaczynają się tuż po dziesiątej. Odetchnęłam jednak z ulgą i w ułamku sekundy odpowiedziałam na większość nurtujących Rodzicielkę pytań.

Dlaczego nie otwierałam aż 11 koma 2 sekundy? Przecież ona już myślała, że coś mi się stało i że leżę nieprzytomna w łazience albo nie wiadomo gdzie? Dlaczego mam takie wory pod oczami? Dlaczego Igor jeszcze w piżamie? No i dlaczego u licha założyłam podkoszulek tyłem do przodu? I to jeszcze na lewą stronę?

Po zwyczajowym powitaniu przeszłyśmy na niższe częstotliwości. Ludzki został ‚ogarnięty’ i nakarmiony a ja mogłam chwilę poleżeć w wannie i podelektować się złudzeniem wolności. Oczywiście co minutę z małym hakiem pukanie do drzwi z pytaniem czy wszystko w porządku sprowadzało mnie na ziemię ale i tak było przyjemnie. Wszystko przez to, że Mamut znów oglądał jakiś dziwny program z gatunku: zabiłam się we własnej łazience i ją wzięło. W przyszłym tygodniu będzie pewnie: rozmawiałam przez komórkę i o mało nie trafił mnie piorun, co zapewne oznacza, że skonfiskuje mi telefon i parasol. Na wszelki wypadek. Nie no tak na serio to cieszę się, że jest jaka jest, nawet gdy martwi się całkiem niepotrzebnie ale to jest już wpisane w jej charakter, więc i marudzić będę wewnętrznie. Poza tym chyba każda matka prędzej czy później ma to samo. Życzę sobie żeby mieć jak najpóźniej i w możliwie najłagodniejszej formie.

Wieczorem wbiłam się w czarną przezroczystą bluzkę (clockhouse – ciuchland na ożarowskiej – 2 złote), wzmiankowaną kilka notek temu lateksowo-winylową sukienkę (tamże – 50 groszy), do której doszyłam czarną koronkę (była stanowczo za krótka nawet jak na bardzo mocne wyluzowanie a ja jednak wolę jak kiecka sięga przynajmniej uda), czarne kabaretki, długie buty, zrobiłam sobie makijaż a la upiór w operze, założyłam długie krwiste kolczyki i pozwoliłam się porwać niejakiemu Bornowi do krainy mroku, wrzasku i zbyt mocnych perfum. On z kolei poszedł na imprezę w mundurku harcerzyka. Oczywiście bawiłam się świetnie i poszłam spać w okolicach czwartej. Przy okazji po raz kolejny spotkałam znajomą osobę, która kompletnie mnie nie rozpoznała. Śmiesznie tak trochę, zwłaszcza jak stoi sie w kolejce do jednego wuce. Do Kiszczuna powiem tylko: winyl rządzi i fotki będą gorące. Jak atmosfera sauny na sali. Schudłam cały kilogram. Chyba muszę częściej chodzić na duszne imprezy. Doprawdy.

Zastanawiałam się, czy jakbym się bardzo mocno kręciła, mogłabym zagrać coś ciekawego? Czy tylko słychać byłoby trzaski starej płyty? Ot zagwozdka.

Niedziella do późnego popołudnia była leniwa i rozciągała się na kanapie jak mruczący kocur. Główną aktywność skupiałam na generowaniu kolejnych ognisk odczuwalnych zakwasów i czytaniu Dzieciowi książek. Usiłowaniu czytania znaczy, gdyż Igor przerzuca kartki szybciej niż zdołam przeczytać do końca zdanie. Liczę na to, że mu przejdzie. W przeciwnym razie marnie widzę jego przyszłe klasówki i wypracowania.

Pod wieczór wybraliśmy się z Młodym na urodziny do Arsena (współtwórcy i pedagoga emisji głosów naszego chóru). Było miło, kameralnie i wspominkowo. Jadłam bardzo dobrą baraninę z ryżem a Igor wdzięczył się i rozdawał uśmiechy. Pogawędzili my, pośpiewali ‚zakazane malodie’, posłuchali niejednego dobrego kawałka, który możnaby kiedyś gdzieś z kimś jeszcze rozognić na sześć głosów i mikrodynamikę. W tym roku wybieramy się do Hajnówki zmierzyć z cerkiewnym brzmieniem ale w obecnym składzie, po takich rotacjach, nie widzę nas na podium. Jeszcze nie. Tym niemniej miło będzie spróbować dosięgnąć do tej wyższej półki. W drodze do domu ludziska w puszkami WOŚP po raz piętnasty uśmiechami przyjęli wszystkie drobniaki z moich kieszeni. Lokatorski wózek poczerwieniał od serduszek a właściciel wpatrywał się w nie szeroko rozdziawonymi oczami. Śmiały się do mnie mówiąc: popatrz mamo, ale jest fajnie! A ja zastanawiałam się kiedy to wszystko tak minęło. Dałabym głowę, że jeszcze wczoraj wychodziłam z taką samą puszką na drugi i trzeci finał, co do końca świata i jeden dzień dłużej a Mamut przypominał mi o szaliku.

– Dobrze, już dobrze Mamo – pomyślałam.

Za kilka chwil będę po tej drugiej stronie i ciekawe, czy po raz enty marudząc o tym szaliku, pomyślę, że to niezłe deja vu.

Dziś idę sobie przypomnieć jak gra Closterkeller. Koncert zaczyna się o 21. Znaczy chyba dam radę zrobić się na bóstwo, co?

Tak. Stanowczo nie przystaję do wizerunku matki. I nawet to lubię.

Bajka nieprzystająca.

Przemyślenia przy kawie

Nadal nic się nie dzieje.

Czytam sobie wiadomości i normalnie mam wytrzeszcz. Poziom zidiocenia społeczeństwa osiągnął już chyba zenit, rów mariański, jądro ziemi, wystrzelił się w kosmos i teraz będzie jakaś implozja o ile się nie mylę.

No bo czy jest możliwe, żeby przejechać rosłego człowieka rowerem?
I żeby on później był trzy tygodnie w szpitalu a potem wyszedł i przejechał tym samym rowerem tego co to jego najpierw przejechał?
Dwa razy?
Bo przejechał i wracał?
I teraz się o to sądzą…

Nie szkoda papieru?
No halo!

——————————

A dziś przychodzi kolega co to sobie mieszkanie wynajął i nie ma pralki oraz ciepłej wody. Kolega jest siedem lat młodszy, ma długie pióra i wygląda jak moje dawne wyobrażenia o przystojnych chłopcach. Czasem chodzimy do kina, bo i on lubi i ja lubię, a żadne z nas nie lubi samo. Poza tym gadamy sobie na różne tematy i fajnie jest czasem usłyszeć, że się jest wyluzowanym i w końcu z kimś można. Zwłaszcza jeśli nie chodzi tu o wyluzowanie rodem z hurtowni drobiu a o dzieciatą kobietę tuż przed trzydziestką i z przejściami. Czasem to nawet żałuję, że zupełnie nie jest mną zainteresowany. Choć z drugiej strony przynajmniej sytuacja jest jasna.

Kolega przychodzi zrobić sobie u mnie pranie i się wykąpać. Bardzo grzecznie mnie poprosił, czy mógłby. Rety. Pytanie retoryczne. O słup się nie zabiłam (bo to na ulicy było) ale byłam blisko.

Kamery w łazience dotychczas nie zainstalowałam tylko dlatego, że rzeczonej nie posiadam. Ale rozważam możliwość ograbienia stosownej wystawy w drodze do domu.

Muszę się bardzo skupić by nie oblizywać brwi… 😉

Obecna nieprzytomna

Dobra, dobra. Piszę. To jakaś lipa z tym spaniem w pracy. Niestety się nie da. Nawet jak nic się nie dzieje, bo przecież nagle coś może się zadziać, prawda? Poza tym biurko twarde, komputer szumi, telefon dzwoni – same problemy. Dzisiaj będzie notka o prezentach. Takim jednym, kontrowersyjnym w pracy i takim drugim zupełnie niespodziewanym i wzruszającym.
Najpierw to co dziś, czyli praca.

Jakiś czas temu Niesamowicie Ważni Ludzie ustalili a następnie wszem i wobec ogłosili, że oto mamy swój Kodeks Etyki Biznesu Absolutnie Boski, w skrócie KEBAB. Do każdego poszedł e-mail z tą jakże istotną nowiną i zostaliśmy zobligowani do jego przestrzegania. No więc mamy ten swój KEBAB i mamy się do niego stosować pod groźbą rozlicznych wrogich spojrzeń, uwag i nagan. A być może nawet klapsa od samego Prezesa. Sam KEBAB był tak idiotyczny, że od razu zrobił mi się z niego kabaret (nawet zanadto starać się nie trzeba było) i zawierał wiele cennych pomysłów. Mało istotne, że niektóre się wykluczały. Oczywiście nie mogę pisnąć ani o jednym bo to już by stanowiło naruszenie odpowiedniego punktu, podpunktu i paragrafu. Ale możecie wierzyć mi na słowo – zabawniejszy niż początki Mumio. A że jestem prawie grzeczną dziewczynką, a prawie jak powszechnie wiadomo robi wielką różnicę, o jednym pisnę. Mianowicie o prezentach. W naszej Firmie czasem tak już jest, że niektórzy dostają jakieś upominki od kontrahentów – najczęściej zadowolonych ze współpracy. Czasem zaś trafia tu towar przysłany przez producenta jako tak zwana ‚okazówka’, której zwrotu najczęściej producent nie oczekuje. W tej branży to norma, bo bez okazówek nie wiadomo na czym się pracuje, a są towary, które trzeba obejrzeć, zanim się je zamówi. Ale ale. Niesamowicie Ważni Ludzie, ponieważ dostęp do tego typu upominków mają tylko ludzie, którzy bezpośrednio kontaktują się z dostawcami, uznali, że to nie do końca fajnie i w KEBABIE zainstalowali odpowiedni podpunkt. Zgodnie z nim każdy prezent należy niezwłocznie zgłosić do odpowiedniej osoby. Ta osoba zdecyduje czy można go przyjąć, czy też należy zwrócić darczyńcy. I kolejne ale ale. Nawet jeśli będzie można ów prezent przyjąć to otrzymany w okolicach świąt bożego narodzenia i wielkanocnych (dwa tygodnie przed i dwa tygodnie po) trzeba oddać do innej osoby. Ta z kolei wszystko zgromadzi, posegreguje, popakuje, opatrzy numerkami, zrobi losy i z okazji ‚choinki’ rozda wszystkim pracownikom. W ten sposób każdy dostaje coś a firma ma z głowy ewentualne posądzenia o korupcję oraz problem świątecznych prezentów dla pracowników. No i zaoszczędzoną kasę w kieszeni. Dostawcy i tak zawsze coś przecież przyślą a tak, to Góra dostanie większe premie. Albo wycieczkę na Kanary. W Firmie generalnie najpierw zawrzało, bo jedna strona nie chciała oddawać prezentów a druga zabierać czegoś co komuś wydarto, ale koniec końców jakiś konsensus osiągnięto. Pomijam oczywiście drobny fakt, że nie wierzę, by co lepszych kąsków ludziska nie zostawili sobie ukradkiem w biurkach, ale tym sposobem przynajmniej każda osoba zostanie czymś obdarowana. Bo w końcu bądź co bądź wszyscy pracują na ten sam wynik. Nie tylko ci, co mają bezpośredni kontakt z kontrahentami. Nie jest źle. W porównaniu z latami poprzednimi, kiedy dostawałam firmowy parasol, albo szalik, albo portfel, w którym nie da się trzymać pieniędzy bo wypadają, ten prezent był doprawdy super. Wylosowałam reklamówkę z butelką wina (niezłe), płytą z konkursu Chopinowskiego (całe szczęście, że trafiło na tego kto podobną muzykę lubi a nie na przykład na entuzjastę hip-hopu li i jedynie), filiżanką i dwoma spodeczkami (napis na opakowaniu głosi, że powinny być dwie filiżanki ale średnio urodziwe, więc nawet faktu, że ktoś sobie jedną zajumał nie skomentuję), wiązką siana (!), dwiema mikroskopijnymi czekoladkami i jednym piernikiem z cyklu alpejskich opakowanym w celofan i przewiązanym odkwiatkową wstążeczką. Cóż. Ktoś podobno trafił i-poda ale narzekać nie będę. Kolega dostał bombkę i czekoladę. Ja przynajmniej mam wino.

Drugi prezent przyszedł zupełnie niespodziewanie i wywołał całkiem spore wzruszenie. Niedawno napisałam w notce o tym, że uwielbiam utwór U2 ‚Electrical Storm’. I że go nie mam. Tak? No to już mam. Któregoś dnia po prostu Pan Listonosz zapukał do moich drzwi z tabliczką ‚bajtki małe dwa’ i wyraził swoje zaskoczenie, że kogoś zastał (bo to w godzinach pracy Pana Listonosza wydarzenie nie lada) słowami:

– Eeee.

A jak się już odbąblował był to rzekł:

– Jest przesyłka.

Fakt, była. Nie spodziewałam się żadnej przesyłki ale ponieważ nie podejrzewam siebie o śmiertelnych wrogów w krajach arabskich, odebrałam, podpisałam co trzeba w odpowiednim okienku i nieco zdębiała położyłam kopertę na stole, po czym rozpoczęłam proces się_przypatrywania. Koperta była bąbelkowa, ze znaczkiem (bez bąbelków) była z Poznania (podobnie jak jej nadawca) i miała w sobie coś. Tym czymś był właśnie singiel U2 z wyżej wzmiankowaną piosenką. Normalnie nie wiedziałam czy najpierw wrzasnąć ze szczęścia czy się kontrolnie rozbeczeć. Ale ponieważ ostatnio hormon mnie lekko trąca i jestem nie ten teges zrobiłam obie rzeczy na raz. Znaczy nie rozbeczałam się do końca ale oczy mi się cokolwiek spociły. Naturalmą, że byłam ciekawa komu podziękować za tak miłą niespodziankę, więc szybko przyjrzałam się danym osobowym nadawcy. Nie miałam bladego pojęcia kto to. Z początku pomyślałam, że to po prostu jakiś obcy mi czytelnik bloga postanowił obdarować mnie ulubioną piosenką zespołu. Wzruszyłam się więc ponownie, że się komuś pomyślało i chciało i w ogóle. Zaraz potem jebło mnie takie wielkie pudło. Z wielkim różowym neonem. No bo skoro ja go nie znam to halo halo skąd miałby mieć mój adres? Przecież mu się nie przyśnił. W tym momencie w mózgu, pomiędzy pokładami kurzu i zaległego prasowania, włączył mi się Sir Sherlock i rzekł:

– Ktoś mu podał.

Oklaski.

Napisałam esemesa do Pierwszej, która jak mi wiadomo jest z Poznania i już kiedyś zrobiła podobny numer (znaczy wysłała mi coś przez kogoś), czy zna tegoż nadawcę. Nie znała. Potem w podobny sposób wypytałam wszystkich znajomych poznaniaków oraz znajomych ich znajomych. W końcu mnie olśniło. Następnego dnia byłam już w pracy, więc odpaliłam allegro, wpisałam tytuł piosenki, wysortowałam single i wcisnęłam szukaj w aukcjach zakończonych. Oczywiście było tego jak stąd do Irkucka i z powrotem na czworakach. Ale byłam twarda. Otwierałam każdą zakończoną aukcję, szukałam kupującego i przyglądałam się z uwagą informacjom o nim. Jakieś pięćdziesiąt trzy osoby były do nikogo nie podobne. Zarówno z wyglądu (stron ‚o mnie’) jak i z nicka. W końcu – TADAM! – trafiłam na znajomy pseudonim. No i wtedy to już się rozbeczałam koncertowo. Po raz kolejny bowiem okazało się, że pod latarnią bywa najciemniej. Podziękowałam osobiście. Za bardzo dużo. Ale najbardziej za umiejętność słuchania i słyszenia. To bardzo rzadkie. I niezwykle cenne.

Fajnie mam 🙂
Co nie?

Hal, dziękuję.

Chrapacz leśny

Generalnie to śpię. I umieram.
Nie wiem co bardziej.
Zrobiłam wczoraj 70 brzuszków-scyzoryków i dobrze, że akurat leżałam na łóżku bo z podłogi bym się doczołgała. A tak to przy siedemdziesiątym mogłam już chrapać. Dżizas.
A sąsiedzi pewnie myślą, że mam udane pożycie.

Dobra, idę utopić się w kawie.
Jak się obudzę to coś napiszę.

Czy jest na sali leżak?

Fernando Szperando na tropie

Bardzo lubię buszować w lumpeksach. I tych sztukowych i na wagę. Za symboliczne kilka złotych, na przykład pięć, można sprawić sobie fajny ciuch i w dodatku mieć pewność, że będzie się oryginalnym. Że w jednym tramwajowym wagonie nie spotka się czterech osób w identycznych spodniach. Od lat kompletuję w second-handach swoją garderobę, a jak urodził się Igor, zaczęłam korzystać z bogatego asortymentu ubranek dziecięcych. Za złotówkę lub półtorej kupiłam mu większość koszulek i innej drobnicy. Spodnie maksymalnie po trzy. Kurtka zimowa za sześć. Żyć nie umierać. W dodatku z odzieży przez Dziecia ‚wyrośniętej’ korzystają następne maluchy. Bo my nie samoluby, dzielimy się, a co. Niech i innym się dobrze nosi i wyrasta. W końcu z nami też się dzielą.

Pomijając oczywisty fakt niemałej oszczędności dodam tylko, że wszystko co kupuję to świetnej jakości tekstylia, za które z sklepach o nazwach widniejących na metkach, zapłaciłabym tyle, że musiałabym najpierw ocipieć by chcieć to w ogóle kupić. A potem jeszcze parę razy spaść z wysokości. Dla przykładu: wczoraj rano zaopatrzyłam Młodszą Młodzież w zestaw różności od Mothercare, Nexta, Marksa&Spencera, H&M, Chicco, GAPa i… Armaniego (tak właśnie, bo bezrękawnik był od Armaniego) za całe 30 złotych polskich. Dwadzieścia sztuk ubrań. Ładnie co?

Strasznie fajnie jest poza tym ubierać później Młodego i się też, bo są to wyjątkowo ładne rzeczy. Fakt, trzeba swoje przeszperać żeby wyrobić sobie jakiś taki dryg i umiejętność szybkiego wynajdowania cacek, ale warto. Za każdym razem przypomina mi o tym wgląd w szuflady komody. No i satysfakcja jest olbrzymia. Mamy zupełnie na własność ładne szmatki, czasami jeszcze z metkami, a w portfelu nie ubywa dużo.

Kiedyś Siostrzyca dziwiła mi się, że noszę rzeczy UŻYWANE i robiła przy tym minę jakby samo wypowiedzenie tych słów napawało ją wstrętem i odrazą. Wystarczyło jednak kilka wspólnych spotkań, komplementów na temat mojej ‚nowej’ bluzki, czy sukienki, albo pięknych i kolorowych lokatorskich ubranek i teraz proszę, sama buszuje między wieszakami i w usypanych hałdach, raz po raz wynajdując nowe cuda dla siebie i dziewczyn.

Mam swoje ulubione sklepy. Wiem gdzie i czego szukać. Raz czy dwa razy w miesiącu wybieram się na rekonesans i zawsze z czymś wracam. Niesamowicie poprawia mi to humor i daje zastrzyk energii na następne tygodnie. Bo ja typowa baba jestem, bardzo typowa. I na chandrę zawsze najlepszy jest nowy ciuch. Najlepiej jak urokliwy.

Do ostatnich zakupów Pani Zza Lady dołożyła mi za złotówkę śmieszną winylową sukienkę i czarne koronkowe coś pomiędzy gorsetem a koszulką na ramiaczkach. Sukienka jest maksymalnie plastykowa, coś jak lateks i maksymalnie krótka – odjechana taka. Koronkowe coś to w ogóle szał w tomacie.

W ramach poprawy nastroju idę więc w sobotę na GOTHIC FETISH PARTY. I zamierzam się dobrze bawić przebrana w winylowy lateks, bądź koronki. Jeszcze nie zdecydowałam.

Nagły Atak Ziewacza

Ustalmy fakty. Żeby nie było. Nie rozpaczam i… chciałam napisać, że nie rwę sobie włosów, ale nie mam, więc jakby samo przez się rozumie, że nie rwę. Zatem nie rozpaczam i ciąć się nie będę. Po prostu sprawdził się najbardziej prawdopodobny scenariusz i tyle. Żaden, ale to żaden normalny i fajny facet nie będzie czekał aż mnie przypadkiem nie odnajdzie po latach bo ja taka urocza byłam. Nie byłam. A gdyby nawet tak zrobił, to wiałabym gdzie nawet psy dupami nie szczekają, bo to już musiałby być desperat. A od desperatów mam zajady. I rosną mi szpony. Ponadto kolega X być może i nie jest rumakiem na białym koniu, ale też nie sądzę by miał czego żałować. W końcu spójrzmy prawdzie w oczy – demonem urody i wdzięku to ja nie jestem a on świeżo zakochany, więc aktualnie mogłaby mu nawet sama Andżelina usiąść na twarzy, a on wkurzyłby się tylko, że go obca baba zaczepia. I widok na law jedyną zasłania. Albo, że ciężka.

No. To cieszę się, że mamy jasność i teraz ewentualnie możemy przystąpić do kontynuowania tej jakże ekcytującej znajomości. Choć jak znam życie to przy drodze mailowej pozostaniemy, bo kobiety – zwłaszcza takie co to musiały czekać dwa lata aż dla nich rzuci swoją poprzednią law – są piekielnie zazdrosne. Ale tu też jakby parcia nie mam. Owszem, ciekawa jestem jak się zmienił, ale nie kosmicznie. Bo tak się akurat składa, że zajętość jakakolwiek działa na mnie jak chłodny prysznic. Od czasu do czasu mogę się przywitać ale godzinnych kąpieli z książką i przy świecach sobie jakoś nie wyobrażam. Se ne da.

W sprawach odchudzania powzięłam pewne zamierzenia i mam nadzieję, że wytrwam. Jasne pieczywo zamieniłam na ciemne, ograniczam porcje i w miejsce jednego wieczornego dużego jem kilka mniejszych posiłków w ciągu dnia. Po dziewiętnastej jeść nie będę, a jeśli już to jakieś owoce. No i generalnie bez przesady. Soki pić będę nadal bo woda mi jakoś nie przechodzi a coś jakby poza herbatą muszę. Cukru używam do gorących napojów bo bez tego są dla mnie niewchłanialne. Słodycze od czasu do czasu lubię, a że nie jadam ich codziennie, nie sądzę by to był mój największy problem. Największym problemem dotychczas był obiad jedzony w okolicach 21. Bo dopiero wtedy był jakiś ewentualny czas wolny. No to teraz nie będzie. Acha. Oczywiście ćwiczę też brzuszki. Zakwasy obecne ale tylko motywują przypominając o dawnej świetnej kondycji. Proszę zatem trzymać kciuki, życzyć wytrwałości i generować systematyczny doping.

Wczoraj na przykład kolega Rybak wysłał mi esemesa: rób brzuszki! rób brzuszki!.
I bardzo fajnie. I o to chodzi i o to chodzi. Zrobiłam 60 i padłam. Fajnie się śpi jak się człowiek tak porządnie umęczy z własnej nieprzymuszonej woli. Szkoda tylko, że o czwartej Lokator zarządził pobudkę pod tytułem: pobawmy się w kto głośniej wrzaśnie!.
No halo. Czy ktoś może mi przypomnieć dlaczemu nazwałam go Ludzkim?…

___________________
A w bonusie się pochwalę. Tutaj i tu.

Jednak mamy jasność

Odpisał. Przeprasza, że dopiero teraz ale po powrocie miał mnóstwo zaległych spraw, które musiał pozałatwiać i w ogóle. No. A teraz przechodzimy do meritum i…

Tadam!
Proszę bardzo.

W moim życiu dzieje się właśnie mała rewolucja, która pochłania mnie w całości. W pierwszy dzień Świąt pożegnałem stary, trwający dwa i pół roku związek i rozpocząłem nowy. Wyjazd na Słowację zaplanowałem razem z A. moją obecną lepszą połową i muszę przyznać, że udał się naprawdę świetnie.

Zna ją od dwóch lat, pracują razem w jednej firmie a od pół roku zaczęło się zagęszczać. I wreszcie są razem. Zakochany, szczęśliwy, fiołki i generalnie wielka law.

Muszę przyznać Ci się do jednego, zawsze szukałem kogoś przy kim będę czuł się spokojnie i szczęśliwie. Nigdy wcześniej nie czułem tego co czuję teraz.

Cały rok byłem grzeczny.
I wreszcie Święty Mikołaj trafił pod mój adres.

Czyli mamy jasność. Bardzo ładnie napisał – trzeba mu przyznać. Z jednej strony mi ulżyło trochę, bo zawsze wolę wiedzieć niż nie wiedzieć. Ale z drugiej trochę żal, że jednak nie telenowela. Musiałabym być kłodą drewna gdyby nie było żal. Cóż, odpisałam bardzo ciepło, że się cieszę i gratuluję i mam nadzieję, że teraz będzie już tylko dobrze. Napisałam też o Igorze. I że mam wielu wspaniałych ludzi wokół. I że całkiem sympatycznie poukładało się to moje życie mimo tylu raf i zawirowań. Nie wiem czy w to co napisałam wierzę, ale bardzo chcę. Więc ustalmy, że wierzę. Pozostaje mieć nadzieję na fajną starą-nową znajomość.

Oczywiście, że jestem już od jakiegoś czasu duża i w zasadzie nawet się nie zdziwiłam, ale siedzi we mnie nadal i chyba na stałe ta dziewczyńska i durnie naiwna ja, z marzeniami i jakimś takim podskórnym certoleniem się, że tak, tak, naturalnie, nie wierzę by coś mogło z tego być, ale głęboko w środku mam nadzieję. Bo miło byłoby się pozytywnie rozczarować. No ale czegoś ty się dziewczyno spodziewała? No właśnie. Więc rzeknę jak to było u Potemowców: Trochę szkoda babci. Taka fajna babeczka była. I wrócę na ziemię.

Jak już pisałam, podobne rzeczy to tylko w filmach się spełniają.
Ale zawsze to miło przeżyć taką przygodę.

No dobra

Napisałam.

Kontrolnie. Żeby oczywiście nie było, że mi zależy albo co. No i to, co napisała Lumpiata:
no i na wszelki wypadek wolisz uciec, zanim się okaże, ze to mogłoby coś z tego być.
Cóż. Sedno.

Zatem parę minut temu nacisnęłam wyślij. I poszło.

Jak tam było na Słowacji?
Udał się urlop?
A.

Teraz zrobię sobie okop i poczekam na rozwój wydarzeń.

___________________________
Ps. Nie wiem jak mam nauczyć się żyć bez pieczywa. I to aktualnie mój wielki życiowy dramat. Nie żebym nie miała ważniejszych zmartwień. Ale te najmniejsze czasem najbardziej uwierają. Bo takie banalne niby a tu proszę. Zonk.

W kwestii marzeń

Chciałabym mieć wielkie, naprawdę olbrzymie łóżko, wściekle wygodne przy tym – ma się rozumieć, z którego mogłabym wcale się przez najbliższy miesiąc nie ruszać. Tylko leżeć i pachnieć. Ewentualnie pachnieć i leżeć. I machać sobie wyimaginowanym obcasikiem wte i wewte. I nucić sobie aktualnie pasujący do nastroju muzyczny urywek. A gdyby mi się znudziło leżenie i pachnienie, to ewentualnie mogłabym pójść na spacer albo poczytać w wannie.

Chciałabym jednocześnie przy okazji tego łóżka i li tylko horyzontalnej aktywności książkowej pozostać smukła, wiotka i pełna gracji. Co tam smukła. Chciałabym być chuda. Żeby znów mieścić się w te wszystkie spodnie dwa rozmiary temu, na które już nawet z wyrzutem przestałam patrzeć, tylko nie patrzę wcale. I rączki żebym miała rachityczne i cherlawe. Nie takie ala sflaczały Pudzian. Marzę o tym by ktoś nazwał mnie wieszakiem, tyczką, szkieletorem. I żeby nie odkładało mi się nigdzie nic prócz procentów na bankowym koncie. Bo chwilowo to mam wrażenie, że odkłada mi się nawet każdy łyk kawy i tworzy mi w obwodzie mało gustowną oponkę.

Znaczy nie oszukujmy się – to nie kawa się odkłada, tak? No. Czyli jak nie kawa to co u licha? Bo odnoszę nieodparte wrażenie, że nie dość, że nie mam wielkiego wyra i brakuje mi doby na to co powinnam jeszcze zrobić, to wszystko co zjem rozmnaża się przez pączkowanie i zakłada kolonie. Nie wiem kiedy mi przybyło to wszystko i dlaczego nie ma adresu nadawcy ale najwyższa pora to zrzucić. Choćby ze stromych schodów. Bo mocniej niż mieć to łóżko, marzę o powrocie do siebie. Sprzed Igora. Z talią i kilkoma kilogramami mniej. I to marzenie chciałabym aktualnie zrealizować najbardziej.

Jakieś sugestie na starcie?

Lekcja numer 1394: nigdy nie jedz żółtego śniegu

Niniejszym informuję, że moja własna, prywatna i osobista telenowela wenezuelsko-brazylijsko-meksykańsko-argentyńska zagulgotała, zachrzęściła, zmarszczyła się w sobie i znikła. Wyemitowano jeden odcinek – pilot tak zwany – i następnie serial zdjęto z uwagi na kompletne zidiocenie scenarzysty i nieprzystający do realnych wyobrażeń o serialach charakter postaci. Nieistotne, że chciałam zobaczyć czy w następnym odcinku ona jego, czy on ją. Nieistotne również, że potencjalną oglądalność miał zabójczą bo odcinek-pilot oglądało jednego dnia 406 osób. Cóż, szoł mast goł on, wszystko płynie, nu pagadi i takie tam. Xawery nie odpisał. Albo się przestraszył, że nie umie nacisnąć jednocześnie alt i iks, żeby wyszło ziet w zdaniu: ‚każde źdźbło trawy przypominało mi o tobie najmilsza’, albo ma wszystko w odwłoku, albo jebło go takie wielkie pudło. Generalnie średnio mnie to zwilża. Poza tym, no halo, ale trawy to ja żadnej nie widziałam, mimo przecudnej pogody ze świecącym słońcem i spoconymi pasażerami tramwaju w tle. Pomijam już fakt, że marnie by się przebiła przez zagon psich kup, które nawet nie miały szansy zamarznąć w tym roku, bo piękną mamy jesień tej zimy, ale w styczniu trawę to tylko w erze. Ewentualnie w Holandii ale to jakby daleko i nie pedagogicznie. Proponuję zatem przestać krochmalić firanki, nieść suknie, welony, Cyganów i inne przytupujące konie. Windą to ja sobie mogę pojechać do biurra. Na drugie piętro. Wyżyć się emocjonalnie na ekspresie do kawy. Bądź nawet w chwili szału pozmywać naczynia. Alti co prawda twierdzi, że może zwyczajnie jeszcze nie wrócił, ale jak dla mnie sześć dni to minęło w piątek. I to z przerwą na siusiu. Jakby chciał to by na piechotę z tej Słowacji już przytruchtał. Tyle powiem. I w żadne optymistyczne zakończenia w stylu ‚leżę i choruję’ nie wierzę. Maila można wysłać nawet z telefonu. Chyba, że akurat ma się na składzie żonę, która filuje, więc sprawa jakby wyjaśniona.

Ze spostrzeżeń luźnych:

– najfajniejsi faceci albo wymarli, albo są zajęci (co w zasadzie można podpiąć pod to pierwsze), albo są akurat kobietami,
– z takimi facetami po dwóch butelkach wina i desce serów nawet podczas oglądania telewizyjnych reklam jest się błyskotliwym,
– no i czytanie w myślach to pestka,
– filmy w telewizji są coraz głupsze,
– za to w kinie byłam ostatnio na ‚Babel’ i wcale nie Bradley mi się tam najbardziej podobał (choć on oczywiście też) ale podobało mi się wszystko, ze wskazaniem na bardzo,
– dzieci mnie męczą i mam ochotę na osobowy pospieszny do Gdziekolwiek,
– pod warunkiem, że średnia wieku mieszkańców wynosi więcej niż 20 lat,
– rodzaj męski i miła prezencja będą dodatkowym atutem.