A! Gdzie jest wyjście ewakuacyjne?

Brak mi motywacji do robienia brzuszków. Państwo wybaczą ale tytuł mówi wszystko. Przychodzę do domu i padam na pysk stylem dowolnym.

Oczywiście najpierw muszę (czytaj: chcę) przeczytać pięćset tysięcy pierwszych zdań książeczek z bajkami (drugie już są nudne), wystąpić w charakterze sztalug i trzymać Młodemu kartkę, podczas gdy On popełnia akurat wiekopomne dzieło pod tytułem: Nie Wiem Co To Ale Niezły Bazgroł Co Nie? (bo rysować to Młodzież lubi nawet bardzo za to nie bardzo opanowała jeszcze sztukę jednoczesności), wyszperać spod lodówki ukryte tam magnesy i przyczepić wiekopomne dzieło do jej wrót tak by Twórca mógł poczuć swoją moc twórczą grzebiąc nawet w worku na ziemniaki (ulubionym rekwizycie kuchennym Lokatora ostatnio), zabrać worek na ziemniaki z zasięgu lokatorskich dłoni i wzroku, operację powtórzyć kilkanaście razy (bo za każdym razem szelma wywęszy – potrzebuje skrobii czy jak?), zainteresować Go układaniem wysoookiej wieży z klocków (a raczej burzeniem tej, którą ułoży mama, czyli ja), odciągnąć Potomka od klocków po godzinie (kiedy to mama, czyli ja ma w oczach jeno obłęd, ból i dysonans poznawczy a Potomek wręcz przeciwnie), a w tak zwanym śmiesznie międzyczasie usiłować wepchnąć Młodemu co nieco do dzioba w celach konsumpcyjno-przetrwalnych. Bo moje do niedawna Dziecko-Jamochłon przeszło teraz na wyznawanie kultu światła i żywiło by się najchętniej jedynie miłością do świata i energią słoneczną. I tu halo? zagadka – kto to taki? Nie je, nie pije a chodzi i żyje. Podpowiedź brzmi: nie ja. W innych okolicznościach być może byłoby mi to nawet na rękę ale przyzwyczaiłam się raczej do bronienia talerza niż uciekania się do podstępu żeby został opróżniony. I jak już to wszystko zrobię, poodnajduję na powrót ukryte magnesy, klocki pieczołowicie umoszczone we wszystkich butach i dostępnych otworach, pozbieram zabawki, znów pozbieram zabawki, i jeszcze raz… bo już zbliża się pora kąpieli, Lokator opcjonalnie:

– albo właśnie wcale nie chce się kapać, choć przed chwileczką jeszcze chciał, ale teraz już w zasadzie nie chce,
– albo chce, chce bardzo, tak bardzo, że nie chce wyjśc z wanny przez najbliższy rok,
– albo nie chce, ale może by chciał, ale właściwie to sam nie wie,
– albo chce tylko ze wszystkimi swoimi kąpielowymi zabawkami (nie wiem jak on to robi ale zawsze dostrzeże brak choćby fragmentu jednej),
– albo nie może przestać myć zębów, jakby się bał, że Mu wszystkie na raz wypadną z chwilą gdy tylko wyjmie z paszczy szczoteczkę,
– albo właśnie ma wielki problem egzystencjalny a mama, czyli ja Mu tu z kąpielą…

Kiedy więc wreszcie oporządzę Obywatela i dokonam niezbędnych czynności typu wycieranie do sucha miękkim białym ręcznikiem (oj jak to strasznie boli), wetrę w każde potrzebujące miejsce odpowiedni krem (a to jeszcze bardziej), podam obywatelskie kropelki antyalergiczne (niby smakują w porządku ale wydrzeć się przecież wypada) i zawinę całość w pieluchę i piżamę, zaczyna się cyrk z Kaszką Na Dobranoc. Dotychczas Kaszka Na Dobranoc (czyli mleczno-ryżowy bełt o smaku dowolnie wybranych owoców, który jest co prawda pyszny ale wygląda potwornie) była ulubionym posiłkiem Lokatora. Poza wszystkimi innymi, które też uwielbiał. Teraz trzeba czekać aż Lokator praktycznie już uśnie i metodą łyżeczkową wlewać Mu zawartość butelki, na którą nie chce już nawet spojrzeć. Butelka czuje się okropnie, ja jeszcze gorzej a Lokator, gdy tylko się ocknie i zobaczy, że jest karmiony, odmawia współpracy i nie śpi tylko czuwa godzinami żeby Mu czasem nic już nie wepchnięto. No kosmos normalnie. Ja mam nadzieję, że to przejściowe albowiem jeszcze chwila i przestanę funkcjonować zupełnie.

W moim opisie pominęłam czynności tak prozaiczne jak wycieranie nosa (10 minut), nocnik (20 minut), czy założenie spodni (ostatnio pół godziny). Po prostu jestem zmęczona i wszelkie ćwiczenia wieczorne zaniedbałam z kretesem. Kiedy już mam akurat chwilkę żeby paść na pysk, zasypiam. Za to myślę, że spokojnie mogą mnie przyjąć do sekcji lekkoatletycznej. Specjalizuję się w biegach z przeszkodami.

Wieczorem powitaliśmy przecudnej urody wysypkę. Dziś po południu przyjdzie lekarz. Obawiam się, że do wersji z zębami trzeba będzie nanieść pewne poprawki.

W nocy:

Ja – Mamo, my też tak chorowałyśmy?
Mamut – Gorzej. I nie było niczego. Jak u Kononowicza.
Ja – Nie chciałaś nas sprzedać??
Mamut – Żartujesz? Musiałabym jeszcze dopłacić.

Ale poza tym życie jest piękne i nie ryczę, nie smucę się ani nic i nie rozklejam się bo dobre kleje tu mamy. Czasu nie mam na pierdoły. Po prostu czasem chciałabym mieć taki komfort, że mogę. Ot co.
To tak jak ze ściągawkami na historię – robiłam i nigdy nawet nie wyjęłam z plecaka. Wystarczyło, że były. Chociaż myślę, że z facetem byłoby nieco inaczej. Zacznijmy od tego, że nie zmieściłby się w plecaku.

Meteorologicznie

Owszem, piękną mamy wiosnę tej zimy. W parku zieleni się najprawdziwsza trawa, kwitną kwiatki i w ogóle wszystko przypomina raczej środek marca niż późny styczeń. Co prawda wiatr wieje z taką siłą, że urywa mi wszystko gdy idę bez kurtki wynieść śmieci a o przyjaciołach z bardziej newralgicznych części kraju myślę z nieustającą troską. Ale sądzę, że poza nieco zwiększonym współczynnikiem samobójstw, który pozostanie jako ślad w roczniku statystycznym, za parę lat wszystko wróci do normy. W Mamutowie wyrwało nam z dachu okno. Nie trzymało się na słowo honoru. Wręcz przeciwnie. Wmontowane było całkiem solidnie. Ale nie przeszkodziło to wiatrowi. Ojciec zabił dziurę plecami starej szafy i czekamy do wiosny. Tej prawdziwej.

Ciepło jest. Jak na styczeń to nawet upalnie. Ale ja jestem w głębokiej arktycznej dupie.

Nie jestem sama. Mam kilkoro naprawdę fajnych ludzi, którzy zawsze gdy poproszę, pomogą. Mam przyjaciela, któremu nie potrafię okazać, że go doceniam tak, żeby sam to poczuł. Nie mam długów i nie muszę pożyczać by starczyło do pierwszego. Na kredyt jestem za biedna i za strachliwa a na zasiłek za bogata. Nie łamię się bez przyczyny bo i po co. Za to potrafię spaść z kapcia, co jest bardzo śmieszne i boleśnie skręcić sobie nogę, co już jakby nieco mniej. Póki co mam gdzie mieszkać i mam wspaniałego Syna. Ale kompletnie nie jestem dzielna, bo wszystko we mnie w środku dygocze. Wszystko. Ci, których znam oraz większość z tych, których nie znam myśli, że jestem taka silna, ze wszystkim sobie poradzę i generalnie to luz bo i tak będzie dobrze. Reszta uważa mnie za próżną, uwielbiającą siebie lalę piszącą o sedesach. A ja tak strasznie bym chciała w końcu nie musieć. Nic. Usiąść, móc się zwyczajnie rozpłakać i żeby mnie ktoś (taki mój ktoś do kochania) przytulił. I powiedział to szeptem.

Dzień Dziadków i klawiatura

W piątek wróciłam z pracy i zastałam Mamuta w absolutnej rozsypce. Płacz, lament, zgrzytanie. Igor 40 i 2. Osz kurwa. Deszcz zacina, zimno, noga boli, wiatr zdmuchnął mi parasol tuż za przystankiem, więc zaczęło mną telepać podwójnie. Chwyciłam Dziecko starając się nie panikować. Kontaktował. Dzielny Mały. Chłodna woda do wanny i sru. Mamut nie zdążył zaprostestować. Tylko patrzyła na mnie wielkimi oczyma, które mówiły: mam nadzieję, że wiesz co robisz… bo ja nie. Nie wiedziałam, bo i skąd. Młody oczywiście wydarł się straszliwie ale zaraz potem zawinięty w ręcznik i przytulony poczuł się znacznie lepiej. Zainstalowałam lek przeciwgorączowy w stosownym otworze, wmusiłam trochę letniej herbaty, zasnął. Dopiero w tym momencie zorientowałam się, że nadal tkwię w kurtce i butach.

Tak. W trudnych sytuacjach zachowuję zimną krew. Nie wiem gdzie mi się ochładza ale grunt, że włącza mi myślenie. Choć nie wszyscy zapewne widzą to jednakowo.

Rozmawiałam z pewną osobą, która bardzo otwarcie potępiła fakt, iż nie zabrałam Lokatora tak jak leżał i nie zawiozłam Go taksówką do szpitala. Bo Ona by tak zrobiła. I fajnie. Ja zrobiłam inaczej. Doskonale wiem co by mi polecił lekarz. Zabrać do domu, zbijać gorączkę, poić i obserwować. To wiem bez wydawania kasy na taryfę. Bez pobłażliwego spojrzenia doktora. I bez czekania w pełnej wszystkiego poczekalni na pełną mutację dostępnych w okolicy chorób. Szpitale mamy przepełnione. Łóżka stoją na korytarzach a rotawirus jak co roku ma olbrzymie powodzenie zarówno wśród pacjentów i ich rodziców jak i personelu. Według mojego rozmówcy postąpiłam skrajnie nieodpowiedzialnie. Ośmielę się mieć inny pogląd na tę sprawę.

Gorączka spadła i w sobotę najwyższa była 38. Wczoraj było już znacznie lepiej. Śmieję się, że na przywitanie Nielota i Lukrecji z Nikodemem. [Albo wcześniej na babską kuchenną nasiadówkę w miłym towarzystwie.] Nawet wyszliśmy na dziesięć minut przewietrzyć się w parku (tak wiem, to już w ogóle dramat i na pewno słońce i świeże powietrze Młodego zabije). Co prawda apetytu dalej brak i Dziecko jak nie moje ale idzie ku lepszemu. Udaje się przemycić kilka łyżek tu i tam. Nadal nie wiem czy to tylko zęby bo coś za często Młodzież majstruje koło uszu, ale zaglądałam, sprawdzałam – czysto, a majstrował i wcześniej, bez gorączki. Obserwujemy dalej. Jeszcze na dziś i jutro na posterunek powołana została Babcia ale liczę, że do środy Obywatel odzyska dawną werwę i humor. I będzie się uśmiechał dwunastoma już klawiszami.

Doniesienia z pola boju

Najpierw nius – ‚na szczęście płuca i oskrzela czyste’. Tym stwierdzeniem Pani Doktor sprawiła, że odetchnęłam z ulgą a huk spadającego kamienia rozległ się echem po Przychodni. Bo cokolwiek będzie lepsze niż powtórka sprzed roku. Brrr. Tfu, tfu i wszyscy spluwają przez lewe ramię. W warszawskich żłobkach i przedszkolach epidemia zapaleń. Szpitale zawalone po sufit. Nie chcemy, nie chcemy, nie chcemy.

Bardzo serdecznie dziękujemy za kciuki i ich trzymanie. Najwyraźniej pomogło.

Teraz po kolei.

Rano cisza, spokój. Młody wesolutki jak szczygiełek. Normalka. Zawiozłam go do żłobka i pojechałam do pracy. Byłam w niej półtorej godziny. Zadzwonili, że właśnie podskoczyła Mu temperatura, do 38 i rośnie. Pojechałam. Za pół godziny miał już 39. Wzięłam przelewające się przez ręce Dziecko, zostawiłam wózek i poszłam do Przychodni. Bardzo szybko poszłam. Padał straszny deszcz, o wietrze nie wspomnę, więc postanowiłam nie jechać do naszej (dwadzieścia minut tramwajem), tylko skorzystać z tej tuż obok żłobka. Bardzo Ważna Recepcjonistka raczyła przerwać pasjonującą rozmowę o nowej diecie dopiero, gdy prawie przewiesiłam się jej przez ladę. Oczywiście ponieważ Igor ma już swojego lekarza, za wizytę u innego (w ich Przychodni), musiałam zapłacić. 60 zeta. Zgrzytając zębami na ten NFZ, z którym umowa ponoć i tu obowiązuje a składki pobierają sobie z każdej mojej pensji, zapłaciłam. Pani Doktor dla odmiany była miła. W sumie nic dziwnego – za sześdziesiątaka też bym była. Oczywiście, że mogłam zrezygnować, wyjść i pójść do naszego Doktora Królika. Tyle, że wichura z tym deszczem, niepewność czy się w ogóle dostaniemy, czy Doktor Królik dziś przyjmuje, czy nie złapiemy kompletu wszystkiego od innych dzieci i pewna odległość do pokonania w tym wszystkim z Lokatorem, któremu temperatura wciąż rośnie, jakoś nie nastrajały mnie optymistycznie. Tu przynajmniej nie czekaliśmy.

Lokator został dokładnie osłuchany, obejrzany, obmacany brzusznie, pozaglądany w uszy i w gardło… i Pani Doktor stwierdziła, że prawdopodobnie to przez cztery zęby, które na raz właśnie za chwilę powitamy. Nie poczułam się idiotycznie tylko dlatego, że zbytnio byłam zestresowana. Tyle to i ja mogłam stwierdzić, ale jakoś do głowy mi nie przyszło by zajrzeć w gardziel. Tym bardziej, że ten nagły skok temperatury wyglądał mi groźniej niż trudne ząbkowanie. Oczywiście wg Pani Doktor równie dobrze może to być infekcja, którą w początkach zazwyczaj ciężko stwierdzić, ale ona stawiałaby na to. Poleciła tylko jeszcze ewentualne badanie moczu gdyby się pogarszało (bo zapalenie układu moczowego też się tak zwykle zaczyna) i uzbrojenie się w cierpliwość.

W tym miejscu wszyscy dalej trzymamy kciuki, żeby to jednak nie było to.

Odczułam wielką ulgę. Wielką. Doprawdy nawet ta kasa nagle przestała mi przeszkadzać i to, że o zębach nie pomyślałam, tylko od razu o najgorszym. Pomyśleć, że nigdy wcześniej do panikar nie należałam, a teraz, cóż. Jeśli chodzi o mnie zawsze mam aż nadto zimnej krwi, jeśli o Młodego – od razu uruchamia mi się cały kalejdoskop schiz wszelkiego autoramentu. Wróciliśmy spokojnie do domu a wieczorem przyjechała do pomocy Hala (senkju i w ogóle). Młody do końca dnia był biedny straszliwie. Gorączka skakała po nim jak chciała pomimo medykamentów, zmieniałam mu ubranie za ubraniem, nie chciał nic jeść, tylko pić i to spał, to znów marudził. No i ciągle na rękach oczywiście. Przy tych dwunastu kilogramach to już nie takie proste ale czego się nie robi z miłości. Ja w każdym bądź razie staję choćby na głowie. Albo krzywo. Bo moi Państwo, żeby dopełnić przygód tego dnia, spadłam z kapcia.

Tak. Zdaję sobie sprawę z tego jak to brzmi i też się śmieję gdy to czytam ale taka jest właśnie prawda. Spadłam z kapcia… i skręciłam nogę.

Nosz w mordę jeża. Jeden centymetr robi czasem naprawdę wielką różnicę.

Czy wczoraj był może trzynasty?

Siedzę teraz w pracy, odnóże zawinęłam elastycznie uprzednio namaściwszy je obficie traumonem i mam nadzieję, że nie będę musiała schodzić dziś dużo po schodach. No i jak to brzmi w ogóle?

– Co się Pani stało?
– Spadłam z kapcia.

Nawet się poskarżyć nie można normalnie.

Rano przyjechał Mamut, więc Igor dziś jeszcze pobędzie w domu. Mam nadzieję, że to jednak tylko zęby a nie początek czegoś innego. I że do poniedziałku Syn będzie miał całkiem nowy komplet piątek. A ja święty spokój. Przynajmniej do następnego razu.

Ps. Bardzo Was proszę o kciuki. Tym razem dla Małego Franka. Wiem, że pomagają te ciepłe myśli, więc do dzieła kochani.

Przypadki

Kwestie sedesowe uratował El Wujo (brat tatowy), który to przy pomocy silikonu zatka dziś to co zatkane być powinno i przywróci należny ład i porządek w mojej łazience. Co prawda nie sprawi to, że Kozi Bobek przestanie być Kozim Bobkiem, ale przynajmniej nie muszę wzywać kolejnego ‚fachowca’, którego potem będę zmuszona nazwać brzydko i niehigienicznie. Przy okazji lekki uśmiech wywołuje u mnie myśl, jak różne bywają zastowowania silikonu w otaczającym mnie świecie. Nawet krem do rąk mam z silikonem. Ale nie zaobserwowałam powiększenia ich rozmiaru.

——————

Tak jak już przewidziałam, niedoszły Rumak Na Białym Koniu, Pan X znaczy, co to mnie odnalazł był po latach nastu i postanowił napisać, ma kiepskie baterie. Energii starczyło mu bowiem jedynie na e-mail o swojej wielkiej law, który to już opisywałam trochę notek temu. Od tamtej pory cisza. W sumie to tak trochę głupio najpierw pisać do kogoś po takim czasie i że fajna historia, jak on się cieszy i w ogóle, a potem zapomnieć. Musi dziwniejsza jestem niż sądziłam. Bo dla mnie to z deka mało logiczne. Po kiego było do mnie pisać to wszystko? Pewnie wszyscy wiemy. Chyba, że wystarczy mu świadomość, że jestem, żyję, mam się i że potrafił poprawnie wstukać w google moje nazwisko. Nie wiem. Jeśli chodzi o niepotrzebne zawracanie dupy robię się cyniczna.

——————

Dostałam zaproszenie na czwartkowy KULT, znaczy trochę się wprosiłam a trochę dostałam, więc kontynuuję muzyczny tydzień i cieszę się generując promienne uśmiechy. Trochę dziwnie musi to wyglądać w ciemnym kącie, w którym siedzę sam na sam z monitorem i dłubię w tabelkach, ale ustalmy, że nigdy nie czułam się normalna.

——————

Jutro czeka mnie też zebranie w żłobku (tak wiem, dla mnie też brzmi to trochę irracjonalnie, ale mam). Trzecie. Na drugim nie byłam i potem mnie Kierownica złapała na schodach żeby zwrócić mi na ten fakt uwagę. Myślała, że nie zauważyłam, czy jak? Nie wiem jak to jest, ale do tej pory czasem są sytuacje, w których czuję się jak wtedy, gdy miałam dziesięć lat i utknęłam na jabłoni sąsiada. Utknęłam bo on był na dole i wzrokiem ciskał w moim kierunku pioruny. Tylko teraz mam prawie trzydzieści i jestem dorosła. Ale nadal czerwienię się wtedy jak całkiem pokaźnych rozmiarów burak.

——————

Wczoraj na próbie Dyro-Daro wyczytał listę osób, wśród których również się znalazłam i zawezwał nas na stronę. Usiedliśmy lekko zacukani, bo żadne z nas nie wiedziało o co biega.

Macie najlepszą frekwencję na próbach – powiedział Dyro-Daro i omiótł nas wzrokiem głodnego Hrabiego Draculi – Tylko żeby wam się teraz w głowach nie poprzewracało.

Ot, ciekawa forma pochwały.

Zależy mi też na tym żebyście się rozszerzali – kontynuował swoją mowę Dyrygent.

Popatrzyłam na siedzącego na moich kolanach Igora.

No ja to już bardziej nie mogę – zauważyłam z wyrzutem.

——————

Wieczorrem przybyła Haluta z winem i serami. Już przy wejściu do mieszkania dostałyśmy głupawy i zaczęłyśmy sypać tekstami w stylu:

– Azaliż…
– A co mam kurna zalizać?

Teksty były oczywiście okraszone wybuchami śmiechu, celnymi ripostami i mnóstwem innych słownych fajerwerków. Powody do rechotów były. Do tego obie mamy donośne głosy – w końcu lata śpiewania w chórze zobowiązują. A dźwięk po klatce schodowej niesie się znakomicie.

Dopiero po kwadransie spostrzegłam, że drzwi wejściowe nie są zamknięte.

Wkurw wielopoziomowy niejednostajnie przyspieszony

Igor wrócił ze żłobka z guzem wielkości dorodnej węgierki. Wygląda to szczerze mówiąc strasznie, ale Młody najwyraźniej nic sobie ze swojego wyglądu nie robi, bo dokazuje standardowo. Uśmiechnięty buduje z klocków krzywe wieżyczki, by na koniec z obowiązkowym wrzaskiem łupnąć we wszystko plastikowym młotkiem. Nadal bardziej podoba Mu się niszczenie niż budowanie. I nie chce czytać książek. Po minucie lądują na podłodze. Guzem najbardziej przejął się Dziadek, który akurat wczoraj odebrał Lokatora z Miejsca Gdzie Dzieci Przerabia Się Na Parówki (w skrócie: żłobka) i ze ściśniętym wszystkim oczekiwał na mój powrót z pracy. Spodziewał się chyba hekatomby. A ja cóż. Wróciłam, popatrzyłam i westchnęłam tylko:

– Nie pierwszy i nie ostatni.

A potem pocałowałam na szybsze gojenie i już nie mogłam utrzymać tego urwipołcia. Pognał atakować pralkę. Nie da się Dziecka związać i zabronić Mu wszelkiej aktywności. Znaczy da się ale to nie u mnie. A tylko w ten sposób przed podobnymi wypadkami można by się uchronić. Kiedy widzę, że już za chwileczkę, już za momencik, będzie dzwonek czy inne łup, a nie da się już zderzeniu zapobiec, odwracam wzrok i udaję, że niczego nie widziałam. Działa. Bo Młody ryk celebruje dopiero gdy ma widownię. A wtedy to już robi się opera – normalka. Kiedy trzeba przytulam ale kiedy widzę, że dzwon niegroźny, nie roztkliwiam się. Poza tym może i raz przywali czołem w nogę od krzesła czy szufladę komody, ale następnym razem będzie wiedział, że nie warto sprawdzać czy są elastyczne. Jasne, że mnie bolą paznokcie jak na tę śliwkę patrzę ale tylko w pierwszym momencie. Potem widzę, że nic Mu nie jest, zapomniał. Zazdroszczę Dzieciom tej wspaniałej umiejętności zapominania. Potem rosną i im przechodzi. A czasem mogłoby tak zostać na niektórych płaszczyznach.

Wkurw jest natomiast przez łazienkę. Klozetmuszlę ściślej rzecz ujmując. Wymieniali te piony, napieprzyli trzy tony gruzu, napylili mi tu Sahary i poszli. Klozet najpierw się lekko ruszał ale dało się z tym żyć. Teraz jednak już jakby nie bardzo, bo uszczelka za sedesem okazała się mieć marzenie by się teleportować do Krainy Szczęśliwych Uszczelek i to marzenie wprowadziła w czyn. Nie wiem, zjadł ją kto, czy też dostała małych nóżek i pobiegła na spacer – nie mam fioletowego nawet pojęcia. Grunt, że jej nie ma. Jest za to woda, która początkowo kapała a teraz to już wylata sobie całkiem solidnie w dowolnych kierunkach przy każdorazowym spuszczaniu z siłą wodospadu. Oczywiście z miejsca trafił mnie szlag jasny jak sam piorun i zadzwoniłam do Firmy Od Robotów, której telefon przezornie zachowałam. Ach, jak ja bym czasem chciała nie być tak przewidującą. Po milionie sygnałów ostrzegawczych, z których już przy trzydziestym miałam szczękościsk, odebrał Pan. Nazwijmy go umownie Kozim Bobkiem. Kozi Bobek, gdy już zreferowałam mu w skrócie problem, wydał z siebie kilka pomruków mających imitować (kiepsko) zrozumienie i powiedział, że się wymyła ta uszczelka. Fajnie, że się wymyła – pomyślałam sobie – przynajmniej będzie czysta, ale generalnie to średnio mnie zwilża co ta cholera zrobiła. Chcę mieć swój sedes z powrotem – szczelny i pełnosprawny. Poza tym skoro wcześniej się nie wymyła a teraz obserwuję jej nagłe zniknięcie to chyba oni coś pogrzmocili. Czyż nie? Kozi Bobek oczywiście trzymał się wersji, że nie, absolumą i że zawsze wymieniają na nowe ale te nowe są takie dobre, że ja nawet nie mam pojęcia jak bardzo i jeszcze nikomu nic. Oczywiście już nie dodałam gdzie mam to, że jeszcze nikomu nic. Tym bardziej, że Bobek podsumował, że tak w zasadzie to oni się już tym nie zajmują i życzył mi udanego dnia. Udanego dnia? O 19:32 on mi życzy udanego dnia rosomak jeden? Spoko. Wszak czekał mnie jeszcze w założeniach udany koncert Closterkellera. Co z tego, że mam w domu nie działający, a za to cieknący sedes, za pół godziny muszę wyjść a dramatycznie chce mi się siku. Przecież zawsze mogę popuszczać i wcierać, nie? Myślę, że to świetny pomysł.

Tak więc proszę się nie dziwić, że dziś lekko zgrzytam.
Jeszcze bowiem nie zapomniałam jednej łazienkowej przygody z robotami…

Przy okazji

Kolega Żorżyk twierdzi mi na maila, że zdjęcie z poprzedniej notki jest obsceniczne i nie koresponduje z wizerunkiem matki polki na resorach. Mam to szczerze w tyłku. Na półce. Po lewej stronie. Co też spiesznie napisałam. W odpowiedzi dostałam zdjęcie monitora z fragmentami pizzy malowniczo udrapowanymi na jego tle. Zawsze był uroczy.

Aha. Kupiłam sobie świeczkę. Wielką i czerwoną.

tłusta, ogromna i pot z niej spływa

Jak zacznę mruczeć w niezrozumiałym języku, ubierać się wyłacznie w czerń… lub w czerń, przekłuję sobie wszystko co choćby lekko wystaje i obłożę kolczykami i pokryję okienne szyby sfermentowanym przecierem pomidorowym, proszę mnie zastrzelić.

Prawdopodobnie pod moim łóżkiem znajdziecie pentagram wysmarowany kremem do stóp przez małe parszywe gnomy.

Zapewne to one budzą mnie co rano tupaniem.
No i zajumały mi krem.
Świnie niemyte.

A świeczka jest piękna i nie mogłam się jej oprzeć. Po prostu nie mogłam. Kiepsko u mnie z asertywnością. No i nie było się o co opierać. Na ulicy stałam.

Teraz będę sobie palić świeczkę w charakterze kolacji.
Przez najbliższy tydzień.