Bardzo moje Mikołajki

Dawno, dawno temu w odległej Krainie Miękkich Misiów żył sobie pewien chłopczyk. Nie pamiętał jak mu na imię ani skąd się wziął, ale w tej krainie nie było w tym nic dziwnego. W końcu rządziły tam całkiem inne prawa – prawa miękkości, przytulności i ciepłej kołderki, a nie pochodzenia, nazw i przynależności. Chłopczyk pewnego dnia po prostu pojawił się i został, a że był niewielkiego wzrostu, wszyscy wołali na niego Malutki.

Malutkiego kochały wszystkie misie w okolicy i gdy tylko szedł na spacer, zaraz jakiś pluszak wskakiwał mu na ramię, domagając się głośnym mruczeniem drapania za uchem. Malutki zatem drapał. Drapał, miział i łaskotał. Misie wtedy robiły się jeszcze bardziej miękkie i cieszyły się po czubki guzików. Czasem pozwalały Malutkiemu podrzucać się do góry i zaśmiewały się wtedy w głos, uradowane, że umieją latać. Całkiem jak ptaki. Ptaki od zawsze bardzo fascynowały zarówno Malutkiego jak i całą resztę misiowego pospólstwa. Były takie wolne i wyniosłe, szybując niespiesznie po niebie i zatrzymując się tam gdzie akurat zapragnęły.

Pewnego dnia gdy Malutki spacerował po lesie, znalazł u stóp potężnego drzewa małą białawą kuleczkę. Kuleczka była nieduża i jeszcze ciepła. Malutki nie wiedział co to takiego, ale że nie zobaczył w pobliżu nikogo innego, kogo mógłby o to spytać, postanowił schować kulkę do kieszeni i zanieść do domu. Misie jednak też nie wiedziały skąd pochodzi kulka i do czego służy. Malutki nie zastanawiając się długo położył wciąż ciepłe znalezisko do swojego łóżeczka i szczelnie nakrył kocykiem. Coś mu podpowiadało, że kulka boi się chłodu. Za dnia obok kocyka układał kolejno zaprzyjaźnione zabawki, by za sprawą ich miękkości, kulce nie było zimno, w nocy ostrożnie kładł się obok i przytulony do kulki smacznie zasypiał.

Mijał czas. Po kilku dniach kulka zaczęła delikatnie drgać. Ale Malutki nie przestraszył się. Wiedział, że za chwilę nastąpi coś ważnego. Coś, co zmieni na zawsze jego życie w Krainie Miękkich Misiów. Obserwował swoją kulkę
i czekał. Biaława powłoka drgała coraz mocniej aż wreszcie cicho zatrzeszczała. Po chwili pojawił się w niej malutki otworek i pęknięcie, potem drugie i trzecie. Kulka rozłupała się a ze środka wyskoczył… Koralik.

Koralik był ptakiem, to nie ulegało wątpliwości odkąd tylko stanął chwiejnie na swoich patykowatych nóżkach i otworzył dziobek, jednak tak uroczo błyskał paciorkami czarnych okrągłych oczu, tak je mrużył, gdy Malutki głaskał go po maleńkim skrzydle i przytulał, że został Koralikiem zanim ktokolwiek zdołał o tym dłużej pomyśleć. Misie z miejsca pokochały Koralika. Prawie tak samo jak Malutki. Wszyscy znosili młodemu skrzydlakowi kolejne przysmaki i nadskakiwali, żeby tylko zechciał coś skosztować. Jednak Koralik nie chciał jeść. Był bardzo smutny i markotny. Lubił oczywiście gdy Malutki chował go w swoich małych dłoniach i głaskał po łebku ale ciągle czegoś było mu brak. Na coś czekał i do czegoś tęsknił.

Malutki zaniepokojony tym co dzieje się z przyjacielem, postanowił wrócić z nim do lasu. Pod to samo drzewo, pod którym znalazł małą białawą kuleczkę. Jeszcze ciepłą. Gdy tylko znaleźli się w lesie, Koralik, początkowo chmurny i nastroszony, wyraźnie się ożywił. Jakby cieszył się z powrotu w dawno nie widziane strony. Pod drzewem skakał już raźno i zaczął popiskiwać. Nie minęło wiele czasu gdy z wierzchołka drzewa sfrunęła do nich Szaroskrzydła. Popatrzyła na Koralika a Koralik na nią i nagle wszystko stało się jasne. Byli do siebie podobni jak dwie krople deszczu. Jedna większa i druga – maleńka – jakby jej kopia.

Mamo! – zapiszczał radośnie Koralik i rzucił się pod miękkie i ciepłe skrzydło.

Szaroskrzydła zagruchała czule a Malutki poczuł nagłe ukłucie gdzieś w swoim małym serduszku. Całkiem jakby właśnie w tym momencie stało się oczywiste, że jest zupełnie gdzie indziej niż by chciał. Nie na swoim miejscu. I zaczął tęsknić sam nie wiedząc do czego. Wrócił do swoich misiów, mając nadzieję, że to o nie chodziło, ale ich towarzystwo też nie ucieszyło go tak jak zawsze. Nic nie było takie jak przedtem. Wciąż czuł jakąś pustkę. Wieczorem położył się do swojego łóżeczka, nakrył kołderką, która jakby mniej miękka niż ostatnio była i zasnął łykając swoje małe smutki pomiedzy jednym a drugim oddechem.

Śniło mu się, że pojawił się w zupełnie innej krainie, gdzie miał Imię i swoją własną historię. W tej krainie miał też kogoś, kto się nim opiekował i nie był to kolejny miękki miś. Ten ktoś co rano budził go całusem w ciepły od snu policzek i ubierał, przyrządzał specjalnie dla niego smaczne posiłki i zabierał na różne wyprawy, i na karmienie kaczek w parku albo nadawanie imion chmurom, albo turlał się z nim po podłodze i wynajdował tysiące różnych zabaw, a wieczorami kąpał go w puszystej, pachnącej mandarynkowo pianie, szczelnie otulał mięsistym białym ręcznikiem, aż było mu cieplutko i dobrze, a potem czytał książeczki. I zawsze przytulał go aż zaczął śnić się jakiś kolorowy sen. Miękki jak motek wełny.

Rano Malutki obudził się… i już miał Mamę.

fot: Bruno Braun

klik

W związku

W związku z akcją ‚Święta w kraju i na świecie’ wszyscy biurwownicy* jak co roku zostali oddelegowani Gdzie Indziej. Żeby sobie pojeździli po warszawskich sklepach i pointegrowali się z innymi przy wspólnym zapierdalanku. Firma stawia. Za każdym razem to Gdzie Indziej jest inne i za każdym razem stanowi taką niespodziankę jak granat w wychodku. Oczywiście nie muszę dodawać, że w czasie tej szeroko pojętej integracji, przydziałowa robota w Firmie leży odłogiem i czeka narastając równomiernie. A to dopiero początek. Zazwyczaj w ostatnim tygodniu przed świętami (włącznie z Wigilią) kwitniemy na zapleczu jakiegoś salonu przegrzebując kurz i sterty towaru, klepiąc zamówienia i faktury, układając na półkach książki i płyty, bądź tkwimy na chwiejnym stanowisku w samym środku gigantycznej kolejki i udzielamy informacji o rzeczach, o których przez cały rok nie mamy pojęcia. Mnie się z reguły dostawało dziesięciogodzinne pakowanie prezentów, po którym miałam odruch składania szalika w kancik i obwiązywania wstążeczką kanapek. Ale pakowanie nie było takie złe bo przynajmniej stało się w jednym miejscu, w wątłych chwilach małego ruchu można było sobie przycupnąć na zydelku, nikt nie atakował w poszukiwaniu ‚jakiejś gry, o której słyszał, że fajna’ i poza rękami i nogami nic nie bolało. Bo na przykład tych co musieli nosić ciężkie kartony bolało wszystko łącznie z paznokciami.

Tak, przyznam szczerze, że po prostu jako biurwownicy, mający w aneksach całkiem różne od tych sklepowych obowiązki, nie nawykliśmy do pracy fizycznej i sprawiało nam to nie lada problem. Trudno sie zresztą dziwić. W efekcie nie wiem czy dużo napomagaliśmy, bo ktoś, kto pracuje tam okrągły rok dobrze wie, gdzie znaleźć tomik poezji Rilkego a gdzie rozmówki polsko-węgierskie. My czasem miotaliśmy się jak wściekli zanim w końcu udało się znaleźć to, czego szukał klient. Integracja też w warunkach świątecznych wychodzi nie najlepiej, zwłaszcza że sklepownicy z zasady nie lubią biurwowników, bo są obcy, z centrali i tylko przeszkadzają. Ale jak widać Firma postanowiła uszczęśliwiać na siłę. Finalnie każda strona całą akcję traktuje odwiecznie jako dopust boży, ale jak wiadomo trzeba to odbębnić, miec spokój i wrócić do własnych papierzysk, z których w tym czasie tworzą się już pokaźnych rozmiarów hałdy.

Tym razem pracę w terenie zaczęliśmy już teraz. Dziś rano na przykład dostałam radosny sms a w nim informację, że jadę do… nazwijmy to Magazynem. No więc jadę do Magazynu. Wszystko byłoby fajnie gdyby Magazyn nie znajdował się już poza granicami Warszawy, a mianowicie w Jabłonnej. Ja w końcu nie wiem bo może kogoś obrażam i Jabłonna (znana ze wspaniałej stadniny koni i pięknego szlacheckiego dworku) po ostatnich podziałach administracyjnych już jest częścią stolicy, ale nie zmienia to faktu, że jest w chuj daleko. I że trzeba tam oczywiście dojechać na własną rękę, nogę i odpowiedzialność. Nic to – pomyślałam sobie – nie tylko ja muszę tam jeździć, więc nie będę marudzić. Przyjechałam do Firmy, zabrałam otrzymanego laptopika, zataszczyłam go do tramwaju, z tramwaju do metra, z metra do autobusu i pojechałam. Jechałam, jechałam i jechałam, i zastanawiałam się jak cudownie mieszka mi się teraz tu gdzie mi się mieszka, gdzie – w odróżnieniu od Mamutowa na przykład, dokąd wrócę jak tylko zrobią się tam warunki nieco inne, niż jeden pokój z kuchnią dla wszystkich – wszędzie jest blisko a podróż do pracy nie stanowi całej wyprawy. I jak bardzo wolałabym teraz siedzieć przy swoim biurku i marudzić, że znów skończyła się kawa. Wreszcie dojechałam.

Ani przez moment nie pomyślałam, że gdyby ktoś chciał mi tego otrzymanego laptopika zabrać, to nie dość, że nie wypłaciłabym się do końca świata, to jeszcze mogłabym nawet nie mieć okazji. Gdyby na przykład przy okazji ów ktoś ukręcił mi łeb. A okolica była raczej nieprzypadkowa, jeśli chodzi o osobniki skłonne do podobnych czynów. Podmokło, odludnie i zagajnikowo. Co jakiś czas tylko tu i ówdzie rozkwitały szyldy hurtowni, magazynów i hal pokrytych blachą falistą. Magazyn znalazłam stosunkowo łatwo. Ładny, wypasiony wszelkimi srebrzeniami, fikusami i biurwowymi mebelkami wyższego sortu. Oczywiście dla dyrekcji. Bo reszta zaiwaniała na hali przy taśmie. Oczywiście nikt nie wiedział po co przyjechałam, więc pierwsze pół godziny zmitrężyłam na tłumaczenie i objaśnianie. Jak się w końcu dodumali kto zacz i w jakim celu, okazało się, że laptopik super, ale nie ma gdzie go przypiąć co by się połączył z siecią. Dla mnie bomba. Kiedy wreszcie przyszedł jakiś informatyk z kabelkiem, zrobiłam to, z czym nie mogli sobie poradzić od tygodnia (czytaj: wyszukałam im w bazie towar, którego oni wyszukać nie umieli) i okazało się, że w zasadzie to już. I mogę wracać do Firmy. A w zasadzie to nie chodziło im o kogoś od nas, tylko z sąsiedniego działu. Niby blisko, ale robią zupełnie co innego. Szlag mnie lekko trafił, bo od wyszukiwania to jest książka telefoniczna, względnie gugiel, a to co chcieli a im się nie udało, każda małpa przeszkolona w systemie by zrobiła, ale stłumiłam wkurwa w zarodku, zawinęłam laptopika, pożegnałam się bardzo uprzejmie i wyszłam.

Pracuję osiem godzin. Ósma – szesnasta. Dyżur mam jeden w tygodniu. Do osiemnastej. Mam swoje do zrobienia i z tego się wywiązuję. Ale jeśli muszę rzucić wszystko w diabły i półtorej godziny jechać na Koniec Świata W Komunikacji, dźwigając chrzaniony, drogi jak stuletni bonsai sprzęt, tylko po to, by popracować dwie godziny, stracić kolejne dwie na dojazd z powrotem (nigdy nie wiem czemu z powrotem zawsze wychodzi dłużej) i z wywieszonym ozorem dotrzeć do biura, gdzie muszę laptopika zdać i jeszcze skończyć to, co było na dziś do zrobienia, to ja to pergolę. To nie jest zła praca i bardzo rzadko na nią narzekam, ale organizacja w niej leży i wzdycha. Jest żadna. Więc niech się potem nikt nie dziwi, że za każdym razem gdy idą Święta, wszyscy biurwownicy zgodnie utyskują, robią się nerwowi i rosną im włoski. I że trzeba wprowadzać zakaz pobierania urlopów, by w ogóle było kim zarządzać. Bo ja mogę jeździć nawet do Gorzowa. Tylko niech to ma jakiś sens.

No, to tyle.
Poza tym jestem szczepiona i wcale nie gryzę.

_________________
* strasznie lubię takie słowa-walizki, niby mogłabym napisać pracownicy biura ale o ileż sympatyczniej układa się toto pod palcami

Leżak twój wróg, leżak twój przyjaciel

Leżakowanie powinno być obowiązkowe. Tacy na przykład mądrzy Japończycy wprowadzili codzienne leżakowanie przez godzinę w pracy. Co prawda mnie to spokojnie możnaby położyć na pięć godzin i spokojnie dałabym radę, ale nie bądźmy zachłanni. Wzięłabym co dają i byłabym szczęśliwa jak świnia w obierkach. Zwłaszcza dziś, po nocy z Nowym Zębem. Nowy Ząb ma numer dziewięć, należy do Lokatora i koniecznie trzeba było go obgadać o trzeciej.

Co do trzeciej to nigdy nie wiem czy ona jest jeszcze w nocy czy już nad ranem. No bo druga to w nocy jest a nad ranem to czwarta. Wobec tego co z tą trzecią i dlaczego nikt o niej nie pisze wierszy i piosenek? Literaturoznawcy też milczą w temacie trzeciej jak zaklęci. A przecież to bardzo fajna godzina jest. Występuje w większości podrzędnych horrorów a ostatnio nawet sam Pan AntyBond przyznał w wywiadzie dla Cosmo albo innego Glamura, że właśnie wczoraj się o trzeciej obudził i nie mógł zasnąć. No halo. To on się obudził a ja nawet nie wiem jak dookreslić tę godzinę. Normalnie odczuwam dysonans, dyskomfort i dysproporcję w stosunku do mojej niewiedzy na ten temat. Jak tak dalej pójdzie to założę Związek Jednego Anonimowego Zegarmistrza z Drugim i pójdę z pikietą pod sejm. Teraz wszyscy tak robią.

A wracając do leżakowania…

W zamierzchłych czasach przedszkolnych, gdy byłam jeszcze mała i miałam dwa chude warkoczyki w charakterze włosów, dwie pokancerowane i obficie znaczone gencjaną patyki w charakterze rąk i dwa rachityczne odnóża w żółtych rajtkach w charakterze nóg, nienawidziłam leżakowania szczerze i z właściwym dramatyzmem. Dramatyzm polegał na bunkrowaniu się pod stołem i zapieraniu pazurami w czasie ustalonego wypoczynku. Jestem pewna, że na wykładzinie pozostawały dziesięciopalczaste ślady. Trzeba mnie było w przenośni i dosłownie odrywać od tego stołu i w akompaniamencie beku odnosić na szary, pleciony leżak, gdzie mogłam się oddać narodowej żałobie. Wszak tyle jeszcze było lalek do zdekapitowania, tyle resoraków do przeprowadzenia wyścigów i tyle sznurówek do związania chęcią sprawienia psikusa. Leżak pachniał przedszkolną pościelą i przypalonym mlekiem a ja śledziłam trajektorie lotu wszystkich much w okolicy, byleby tylko nie zasnąć. Koniec końców gdy przychodziła pora wstawania, zawsze chciało mi się spać od tego owadziego oczopląsu, ale dzielnie tłumiłam przeciągłe ziewy. Nie mogłam przecież dać po sobie nic poznać. Ja, wielka opozycjonistka leżakowania.

Z biegiem lat doszłam do wniosku, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Bo zmieniło mi się prawie wszystko. Poza tym, że nadal jestem płci żeńskiej i nadal nie znoszę różowego.

Obecnie uważam leżakowanie za pomysł tyleż fantastyczny co pomocny. I to wszystkim. Zarówno władnym jak podwładnym. Mądrzy Japończycy wprowadzili leżakowanie i od razu wzrosła im wydajność pracy. Co prawda na ile znam rodaków, to mogę obstawiać w ciemno, że u nas to co najwyżej wzrosłoby co poniektórym ciśnienie, gdyby ich położono obok jakiegoś przystojnego sąsiada albo ponętnej sąsiadki. Za to gdyby jako nową dyscyplinę olimpijską wprowadzono obniżanie wydajności, z każdej wracalibyśmy ze złotymi medalami na kilogramy. Ale ponieważ dobra atmosfera w pracy jest połową sukcesu a zadowolony pracownik to drugie pół, to w dość dowolnym wnioskowaniu postuluję o leżaczek całodzienny w doborowym sąsiedzko towarzystwie Bradleja Pe i drinka z palemką. Firma eksplodowałaby od nadmiaru sukcesu. Tylko jeszcze nie wiem jak do tego przekonać szefa.

Może na początek delikatna sugestia? Na przykład zdjęcie w ramce na biurku z podpisem KOCHAM MOJĄ PODUSZKĘ…


Dialog z Siostrzycą

Obgadujemy przez telefon jedną z siostrzycowych koleżanek, która w latach szkolnych charakteryzowała się paskudnością współmierną do cech charakteru. Zalety bynajmniej nie przysłaniały jej wad.

– A wiesz, że X wyszła za mąż?
– Serio?! Przecież ona brzydka jak noc listopadowa była…
– …i nadal jest.
– I głupia jak marzenie.
– No.
– To kto ją chciał?
– Właśnie sama się zastanawiam.

Po chwili.

– A może to wędkarz jaki?
– A co jak wędkarz?
– Nic. Pewnie miała robaki.

Zła. Zła jestem i niedobra.
I mam to po przodkach.

Się śni mi, się śni mi

Nic mnie nie wkurza tak bardzo jak podziabane masło. Obcym nożem. A ściślej rzecz ujmując margaryna. Albo bezczelnie otwarta i upita w połowie wiśniowa cola. Albo pusty kartonik po skondensowanym mleku. Odstawiony na swoje miejsce. Jak wydmuszka udająca jajko.

W firmowej kuchence, prócz Kawowego Ekspresu, kilkunastu obtłuczonych malowniczo a różniście kubków i filiżanek, zlewu z różowym zmywakiem i przykrym odorkiem śledzia w dni postne, stolika zaprószonego obficie cukrem i trzech krzeseł o mizernym wyglądzie, jest firmowa lodówka. Firmowa lodówka wnosi do biura solidny akcent turpistyczny i ratuje nas czasem letnią porą od ukropu. Jednak element rozkładu i charakterystyczna lodówce woń dominuje tak znacznie, że poza letnią pora trzymay w niej mało i krótko. Cokolwiek by to było. Raz, że nawet szczelnie zawinięty w sto foliówek pomidor potrafi przejść zapachem, którego nawet przy okazji napotężniejszego głodu nie nazwałabym apetycznym. Dwa, że wszystko znika w całości i bez śladu, bądź częściowo i na raty. Kradną kradzieje na potęgę a jak nie kradną to się przynajmniej poczęstować raczą.

Jak to, jak to się stało,
że mi wypiłaś
moje kakao
przecież to mój kubeczek
to mój kubeczek
z wiewiórką jest…

Bardzo, ale to bardzo nie lubię jak mi ktoś coś podbiera bez pytania. Cokolwiek by to było. Gdy spyta, czy może, pożyczę nawet ulubioną bluzkę, której nigdy_przenigdy_i_nikomu, albo ostatnio szklankę cukru, od którego jestem uzależniona, ale gdy szpera i zawłaszcza na własną rękę, to gotowam ją odgryźć za głupi ołówek. Gdy tylko złapię.

Notorycznie ginie z tej lodówki wszystko. Wszystkim. Kiedyś podpisywałam, zostawiałam karteczki, zawijałam w reklamówki. Dupa sałata. Miarka się przebrała gdy zginęła mi świeżo zrobiona sałatka. Razem z miską. Obskoczyłam wszystkie pokoje, obwąchałam biurka, nic. Ktoś musiał zjeść razem z porcelaną. Gratuluję perystaltyki. Od tamtej pory wszystko trzymam w szafie w pokoju a w lodówce samopas zostawiam jedynie masło sygnowane odpowiednim inicjałem. Ale i tak raz po raz znajduję w nim ślady po obcych nożach. Bo przecież nie dałoby się inaczej.

Tym razem na odwrocie wieczka napisałam: MAM NADZIEJĘ, ŻE LUBISZ LAXIGEN…

Oczyma wyobraźni widzę Maślanego Skrytożercę, który spokojnie wraca do swojego biurka, sprawdza w necie czym jest laxigen i generuje wytrzeszcz. Zaraz potem biegnie sprawdzić czy toaleta aby dziś nie strajkuje a przez resztę dnia boi się kichnąć. I to mi w zasadzie wystarczy.

__________________________

Na gadulca przyszło ogłoszenie, które powaliło mnie na kolana i trzymało w tej niewygodnej pozycji dłuższą chwilę:

Mam na imię Michał, mam 20 lat i szukam dziewczyny, która lubi dominować nad facetem i chciałaby się mną zająć. Lubię wykonywać rozkazy dziewczyny, dostawać od niej lanie pasem, itp. nie chodzi mi koniecznie o seks (chyba że ty chcesz). Możesz dominować z koleżanką. Odpowiedz proszę.

Ja tam nie wiem ale może któraś z Czytelniczek potrzebuje żeby jej pomyć okna albo poprać firanki? Przed świętami taka pomoc nieoceniona. Tym bardziej, że można z koleżanką 😉

Umarłam i straszę. Całkiem jak Małgośka.

Gaźnik na stole

Cytat durnofilmowy:

Ona – Nie znam mężczyzn, którzy potrafią naprawić gaźnik i jednocześnie tak pięknie nakryć do stołu.

Stosowne mrugnięcie tysiąc razy na sekundę otuszowanymi rzęsy.

On – Precyzja ruchów. To wszystko.

Spojrzenie z gatunku ‚skrzydełko czy nóżka?’…

_________________
Precyzja precyzją ale jednocześnie to według mnie można plamę na ocelocie zrobić. Co najwyżej.

Ziew Gigant – decydujące starcie

Dobra. Dziś jest jeden z tych dni, kiedy jestem brzydka, gruba i kosmata. Nie, nie wydaje mi się. W lustrze widzę potwora i nie działa na niego Mister Mięsień. Nawet ten z alkoholem. Jestem niewyspana drastycznie, dramatycznie i w ogóle. Do późnych godzin nocnych prasowałam bowiem lokatorskie tekstylia i przysięgam, że dziś podczas ubierania Go do żłobka miałam odruch składania w kosteczkę. Najlepiej jeszcze dla pewności z raz przeprasowaną od góry.

Poza tym nie wiem czy to normalne, czy też powinnam już dawno kwitnąć w jakimś kaftaniku, gustownie zawiązanym rękawami na plecach w stylu haute couture, ale ilekroć Dzieć planuje akurat rozdziawić się w pełnym dramatyzmu ryku, łapie mnie taki atak śmiechu, że w efekcie On nie płacze, bo jest zdziwiony, zacukany, zmarszczony i zafrapowany (wszystko razem) a ja rozpaczliwie usiłuję nie rechotać. Albowiem po pierwsze zawsze gdy rechoczę rozmazuje się w makijażu, a po drugie Wszyscy Mundrzy ze swoich intelektualnych wyżyn głoszą, że Dzieciu potrzebna jest autonomia i poszanowanie Jego uczuć i emocji. I że Dobry Rodzic to wie i się stosuje. No a o jakim szacunku może być ja się pytam mowa, skoro Dzieć chce się rozedrzeć ale nie może bo Matka chichra się jak nie przymierzając norka w pierzu? Nic to, nie dość, że jestem Zły Rodzic to nawet się nie stosuję. Nic a nic. Żenada normalnie.

Przepraszam zatem w duszy Lokatora za braki wychowawcze, ale z drugiej strony jak, no jak mam nie rechotać, kiedy On zawsze, ale to zawsze skoro tylko ma zamiar rozewrzeć wewnętrzną czarę goryczy i poczęstować okoliczną ludzkość lekką nadwyżką decybeli, prezentuje taką gamę śmiesznych min, grymasów i wszystkiego, że normalnie leżę i kwiczę.

Może tu właśnie kryje się tajemnica grzeczności mego Dziecka Które Nigdy Nie Płacze.

Eureka! On nie płacze bo Mu nie daję, bo Go rozśmieszam i wprawiam w zakłopotanie. Za to śmiało mogę stwierdzić, że mam potomka najlepiej wyspecjalizowanego w Spojrzeniach Z Wyrzutem. Spojrzenia Z Wyrzutem są straszne i topnieję pod ich karcącą siłą niczym lodowe sorbety w lipcu. Zaraz potem jak oczywiście wybucham śmiechem. No i cyrk. Stanowczo nie jestem Dobrym Rodzicem a Wszyscy Mundrzy ze swoich intelektualnych wyżyn mogą mnie potępić na wieki. Zaraz potem jak mnie cmokną przedziałek. Oczywiście.

Nigdy nie twierdziłam, że jestem normalna. W związku z tym, na przykład, że jestem dziś brzydka, gruba i kosmata, pożarłam właśnie świeżutką, jeszcze mocno ciepłą i absolutnie_włażącą_mi_w_biodra bułkę z twarożkiem, kruszonką i toną lukru oraz do kompletu pączka z czekoladą i lukru dostawczym wagonem, że jak mnie nie strzeli w łeb trzustka za nadgodziny przy produkcji insuliny, to wykorkuję z zasłodzenia. Było już z zaziewania, teraz jest opcja z sacharozą. I za Chiny Ludowe nie wiem jak ja to robię, że kupuję sobie pół cukierni z lukrem akurat gdy ubrałam się w czarne o wysokiej czepliwości wszystkiego i cały lukier z okolicy mam oczywiście na spodniach, bluzce, w staniku i nawet za uchem. Normalnie kosmos w obrazkach.

Jest na to jeden sposób. Muszę przestać nosić stanik. I tak nie jest mi potrzebny. Bo niby mam gdzieś ten biust… ale jakoś zawsze dziwnym trafem zostawiam go w domu.

A jedyne co dobrze pamiętam z poprzedniego wieczoru, prócz godzinek przy desce do prasowania, to Conan… Mężny, Potężny, Prężny, Siermiężny, Waleczny, Skuteczny, Wieczny, Wszeteczny, Dominator, Kumkwator, Kondensator, Kontestator, Prestigitator, Kanapowiec, Bananowiec, Szczękoblaszakowiec, Podziemny Wojownik, Koczownik, Mordownik, Najemnik i Pojemnik.

Barbarzyńca, z którego rżę do bólów brzucha. No i oczywiście wspomnienie Makbeta, który opierał się na mordzie. A wszystko przez głupawkę z Hal i Brunonem – polsko-czeskimi filologami. W późnych godzinach nocnych.