Żłobek, czyli miejsce gdzie dzieci przerabia się na parówki, postanowił zorganizować Mikołajki. Znaczy ściśle rzecz ujmując Kierownica postanowiła, z Radą Rodziców złożoną z jednego wybrańca z każdej małoletniej grupy. Mikołajki ustanowiono na 8 grudnia, bo piątek i nieodpłatnie, bo żłobek -wiadomo – państwowy i skarbca w piwnicy nie posiada.
W piwnicy bowiem żłobek co najwyżej może posiadać zdezelowane krzesełka tudzież hałdy zagospodarowanych kartek i karteluszek o znaczeniu urzędowym. Bo nawet kota dokarmianego podczas zimy posiadać nie może ani karaluchów – postanowienie odgórne. Z karaluchów, w sensie ich braku, to się nawet cieszę a z tym kotem to przegięcie. Ja wiem, że rodzice niektórych alergików – w tym ja – srają ogniem na różne pomysły ewentualnie mogące uczulić urocze bobasy, ale bez przesady – piwnica to piwnica. Od grupy pierwszej oddzielają ją dwie kondygnacje a pozostałe cztery znajdują się w innych budynkach. Ale kota być nie może. Nie wnikam co komu zeżarł jaki kot, że tacy cięci w temacie futrzaków, ale zwierzaki mają tu przesrane na całej linii. Z jednej strony trochę szkoda, bo liczyłam na codzienny kontakt Igorowskiego z naturą inną niż psie kupy na skwerach. U nas w domie ciasno i nieprzystosowanie a ja, wychowana na psach, kotach i okolicznym tałatajstwie przyleśnym, chciałabym móc zapewnić Dzieciu coś na kształt przynajmniej. Żeby, jak znów pójdziemy do Koleżanki Anki Rysowanki, nie ganiał jej kota jak wygłodniały wiewiór, który właśnie zobaczył olszynową szkółkę. I żeby umiał go pogłaskać bez wcierania w terakotę i niekoniecznie wywołując u zwierzęcia wytrzeszcz.
Ale wracam do Mikołajek bo znów zaczęłam od dinozaurów i się niezpiecznie oddalam.
Czyli mamy postanowienie, że 8 grudnia. I że nieodpłatnie. Oczywiście dzień po postanowieniu napatoczył mi się w pole widzenia Kolega Maciej (znany z niechęci do pożyczania filmów – mam osiemnaście i książek – mam dwie). Kolega Maciej napatoczył się nie pamiętam już w jakim celu (chyba przechwycił część wyrośniętych już polokatorskich ubrań) ale nieopatrznie zapytał co słychać. Oczywiście powiedziałam mu co słychać a nawet gdzie słychać. O żłobku i akcji Mikołaj Nieodpłatny Sztuk Raz też bąknęłam. Nie, że akurat miałam na myśli Kolegę Macieja – po prostu tak wynikło a nawet wyniknęło z rozmowy. Kolega Maciej oczywiście z miejsca się zapalił a ugaszony wyznał, że on z tym swoim solidnym wyglądem i radiowym głosem jest wręcz STWORZONY do roli Mikołaja. Normalnie z siwą brodą się urodził. Oczywiście z miejsca się uradowałam i w stanie tym pozostałam na długo.
Następnego dnia radosną nowinę oznajmiłam Kierownicy, która w dziękczynnych pokłonach prawie znokautowała mnie trwałą ondulacją i uspokojona zapewnieniem, że mikołajowy strój gwarantuje żłobek, udałam się do pracy. Potem z miejsca naturalnie zapomniałam, że mogłabym mieć jakiekolwiek wątpliwości co do faktu, czy żłobkowy strój mikołajowy i Kolega Maciej będą kompatybilni. Po prostu przyjęłam, że Kierownica wie co mówi i parametry odzienia są na każdego. Dlaczego wtedy nie zadziała moja kobieca intuicja i nie dała mi po oczach neonem, że jak coś jest na każdego to jest na nikogo, nie mam pojęcia. Grunt, że spokojna byłam jak gładź na jeziorze i ani jedna zmarszczka nie mąciła mojej radości z okazji tak szybkiego i bezproblemowego pozyskania Mikołaja.
Problemy nie zaczęły się nawet gdy na dwa tygodnie przed planowaną akcją Kierownica wręczyła mi reklamówkę z Mikołajem W Wersji Tara. Do głowy mi nie przyszło, że mogłabym chcieć do niej zajrzeć. W końcu była dla Kolegi Macieja. Mikołaj bez wkładu zaległ więc w mojej garderobie a dni mijały bez przeszkód. Nic nie zapowiadało katastrofy. Pierdutnęło dopiero za_pięć_dni_piątek, gdy stało się jasne jak dupa w pokrzywach, że co jak co ale Kolega Maciej w TEN mikołajowy strój nie wejdzie. Nie ma bata. Pomijam przecudnej urody białą brodę, która chyba moje żłobkowe Mikołajki mogłaby pamiętać gdybym do żłobka chadzała, bo ona przynajmniej miała regulację w postaci gumki. Pomijam nawet czapeczkę zaledwie o trzy rozmiary mniejszą niż głowa Kolegi Macieja, bo od biedy czapeczkę da się nabyć na każdym bazarku. Ale doszczętnie rozwaliły mnie czerwone rękawice w rozmiarze moich osobistych dłoni (a trzeba wiedzieć, że sama rękawiczki kupuję na xs) i przecudnej urody czerwone coś, do złudzenia przypominające damską podomkę. Zostaliśmy w szeroko pojętej stylistycznie dupie a w nocniku mieliśmy już nie tylko ręce ale i nogi wraz z obuwiem.
Początkowo Kolega Maciej obszukał dokładnie mieszkanie, bo dobrze pamiętał, że kiedyś już Mikołajem był i być może przez przypadek zostało mu się ówczesne wdzianko. Przypadkiem jednak wdzianka nie znalazł. Potem nastapiła długa godzina konsternacji i finalnie Kolega Maciej podjął się zorganizowania CZEGOŚ na własną rękę. Zaufałam mu bezbrzeżnie. Wszystko bowiem wydawało mi się lepsze od tej burdelowej podomki, przymałych rękawiczek, szarawej brody i żałosnej wariacji na temat mikołajowej czapki. Jak się później okazało całkiem słusznie. Co prawda cały piątkowy poranek tkwiłam w pracy jakby lekko nieobecna, bo ciągle zastanawiałam się czy aby Kolega Maciej nie wystapi w stroju Adama albo na ten przykład hutnika, ale poradził sobie świetnie. Po wszystkim zadzwonił i zrelacjonował mi, że wszyscy się bardzo cieszyli a dzieciaki to już w ogóle prawie eksplodowały serotoniną dopóki oczywiście nie dotarł do najmłodszej, igorowej grupy. Najpierw zaczęło ryczeć jedno, potem trzy, a potem darły się już wszystkie. Jedyna w tym dla mnie pociecha, że Lokator rozpłakał się na końcu. Podejrzewam, że nie poznał Kolegi Macieja w charakteryzacji a ponadto chciał być solidarny. W efekcie na nic zdało się moje poranne strojenie Dziecia – miały być zdjęcia z Mikołajem a skończyło się na zdjęciach z choinką. A trzeba przyznać, że wyczyn to był nie lada, bo Obywatel rano raczej nie bywa skory do odziewania. Zwłaszcza w różne skomplikowane eleganckie tekstylia. A już na pewno gdy robię to ponownie bo pierwszą wersję raczył ospawać alternatywą dla uroku po łokcie. Za to do perfekcji opanowuję gryzienie się w język i tłumienie wkurwa, gdy mając pięć minut do wyjścia, rozbieram Go, kąpię strategiczne miejsca, namaczam co trzeba w umywalce i odziewam ponownie w całkiem inny zestaw. Jestem po prostu oazą spokoju.
A dziś rano oczarowana Kierownica dorwała mnie w swe szpony i rozpłynęła się w zachwytowych ochach i achach dla Kolegi Macieja i jego wspaniałego Mikołaja. Nie śmiałam prostować, że z tego co słyszałam kiedyś z Gogą w kuchni, Kolega Maciej ponoć nazywa go Figielkiem…