Prawie jak Wanda

Właśnie wyjeżdżam. Siedzę w autokarze i patrzę jak wszystko ucieka. To ten tego, raczej proszę nie czekać z kolacją. Mam kanapki. Przyrzekam nie rzucać się do żadnej wody, choć nie obiecuję nic z Niemcem. Może jakiegoś zechcę. Wrzucić. Nie wiem kiedy wrócę. W ogóle nic nie wiem. Wyjechana jestem.

Miejcie się dobrze i takie tam.

GG i dwie urocze damy o bluszczu

halka
jak ja z nim byłam to NIGDZIE nie wychodziłam
żadnych znajomych moich nie lubił
bajka
szczerze mówiąc, to do dziś się dziwię, że Ty, która zawsze tępiła takich pokurczów emocjonalnych, się z nim prowadzałaś
halka
no, bo mi go szkoda było
bajka
jego nawet psychoanalityk by wypierdolił przez okno w objęciach paprotki
halka
bo ja wiesz miałam takie zapędy a la mother terisa
bajka
nie wierzę
coś musiało w nim być skoro na niego poleciałaś

/tylko ktoś to bardzo szybko wyjął/

halka
o zakład że wywołuję wilka z lasu?
halka
i będzie dzwonił?
bajka
niech se wsadzi pachę w dupę
bajka
wtedy mi zaimponuje
bajka
i nawet do mnie może dzwonić

/minuta ciszy/

bajka
weź Ty sobie to wyobraź… bo ja właśnie rechoczę
halka
właśnie pozbierałam makaron z LCD

14 grudnia

Wczoraj minęła dwudziesta piąta rocznica wprowadzenia stanu wojennego. Jak zwykle dla jednych to wspomnienie bardzo przykre a dla innych po prostu kolejna data z podręcznika. Znajdą się też i tacy, którzy znajdą pretekst do kolejnej kłótni czy wytoczenia słownej artylerii w bliżej nieokreślonym kierunku. Nie znam się na polityce ale mierzi mnie gdy z każdego wydarzenia, z każdej daty robi się pyskówkę na całkiem inny temat, aktualnie modny i silnie drażniący. Jak wtedy mają się czuć ludzie, którzy potracili bliskich w imię jakiejś idei? W imię tej przyszłości, którą teraz mamy na wycieraczce.

Niedawno Pentor opublikował badania, z których wynika, że dziś nikt nie wyszedłby na ulicę a ludzie nie zjednoczyliby się w żadnym strajku z podobnych pobudek. Dziś większość wyjechałaby za granicę a reszta włączyła sobie coś na dvd. Bo przecież w telewizji byłby tylko ponury monolog. Dziś niczego by nie było.

Nie pamiętam nic z 13 grudnia 1981. Miałam wtedy trzy lata i prawdopodobnie bawiłam się jak zwykle gdzieś pod stołem w wyrywanie lalkom odnóży. Przez tę niepamięć nie czuję się ani lepsza ani gorsza. Po prostu byłam zbyt mała by to do mnie dotarło. Może dlatego lekko śmieszy mnie raper, który nagrywa piosenkę o tamtej niedzieli i w faktach opowiada, że on taki ma właśnie sposób na pamiętanie, a który miał wówczas niecałe dwa lata. Świetnie pamiętam pierwszy dzień w przedszkolu, odrobinę wcześniej, ale to była trauma, która dotknęła mnie osobiście, a nie jakiś Pan, mówiący coś monotonnym głosem w czerni i bieli odbiornika. On był obcy i anonimowy. Bardziej obchodziło mnie wtedy prawdopodownie czy na obiad będzie rosół czy pomidorowa.

Pamiętam za to następny dzień, bo mieliśmy iść całą przedszkolną grupą do Teatru Guliwer na świąteczne przedstawienie. Nie poszliśmy. Z wydarzeń późniejszych kojarzę tylko stanie po kilka godzin w kolejkach i zabawy z dziećmi, których nigdy wcześniej ani później miałam już nie spotkać. Kolejkowe dzieci – to moje pokolenie – gwarantowaliśmy naszym bliskim wstęp do uprzywilejowanego raju wcześniejszego rzucenia się na serdelki, watę kosmetyczną czy wyrób czekoladopodobny. Do dziś mamy w rodzinnym albumie dwie niewykorzystane kartki na cukier – ojciec dostawał w pracy. I paczki świąteczne pamiętam. Zakładowe. Radzieckie czekolady wydawały mi się wtedy szczytem marzeń.

Miszmasz… czyli dlaczemu się cieszę i dlaczemu wkurzam

Cieszę się:

– bo mam naprawdę fajnego Syna, który staje się coraz bardziej rozumny i daje się z Nim wchodzić w różne układy;
– bo gdy źle się czuję i potrzebuję chwili odpoczynku, łatwo Go przekonać, że układanie klocków w pojedynkę też ma swoje zalety – nikt nie poprawia autorskiej konstrukcji i nie tłumaczy jak byłoby lepiej;
– bo potem nagle ni z tego ni z owego okazuje się, że dziś umie już coś, czego nie umiał jeszcze wczoraj;
– bo Jego samodzielność chwilami ujmuje mnie tak mocno, że tylko siedzę i patrzę i się rozdziawiam głupio, jaki On już duży i dorosły;
– bo co by się nie działo zawsze powita mnie uśmiechem z gatunku tych, przy których topnieję jak płatek śniegu na dłoni;
– bo nie umiem się na Niego gniewać, nawet gdy oboje wiemy, że doskonale zna termin nie wolno;
– bo pomimo tego, że umie świetnie to wykorzystywać, pozwala mi być konsekwentną w obranych zamierzeniach i nawet gdy beczy jest to bek kontrolowany – jednym okiem zawsze zerka na reakcję;
– bo pomimo tego, że jestem konsekwentna, nie odbiera tego jako dramat i błyskawicznie zmienia front na pogodny, gdy widzi, że nic już nie osiągnie;
– bo istnieją solidne przesłanki by przypuszczać, że to wszystko gdzieś prowadzi i po okresie prób i badania terenu, porzuci manipulację, w przyszłości zaś raczej rzadko będzie się do niej odwoływał;
– bo jest absolutnie uroczym młodym człowiekiem i mam nadzieję, że akurat to Mu zostanie.

________________________________

Wkurzam się:

– bo w poniedziałek włożyłam do żłobkowej szafki paczkę pieluch (20 sztuk) a wczoraj po południu stwierdziłam obecność dwóch… tak dwóch;
– bo nic mnie tak nie wnerwia jak kradzież – w końcu nikomu z nieba nie spada i zapracować na to trzeba;
– bo wiem, że to nie personel a kochane mamunie i tatuniowie, którzy w większości przypadków przyjeżdżają po dzieci samochodami a nie jak ja, tramwajem (czytaj: kasy raczej im nie brak);
– bo teraz będę podpisywać każdą pojedynczą sztukę imieniem Syna i powiem Etatowym Ciotkom czemu to robię, a ani na to nie mam czasu ani ochoty;
– bo jakbym dorwała złodzieja, mogłabym zrobić mu z dupy jesień średniowiecza jednym butem, ale szanse są raczej nikłe;
– bo jedyna pociecha w tym, że prawdopodobnie pieluchy przestaną znikać a złodziej przerzuci się na inną szafkę (tak przypuszczam niestety), numer trzy pozostawiając w spokoju;
– bo nie raz już komuś coś zaginęło, a to skarpetki a to jakaś koszulka, co w zasadzie jest nieuniknione w skupiskach dzieci… i ich rodziców, i pieluchy też nam podbierano niekiedy, ale nigdy tak bezczelnie;
– bo nie mam na tyle tupetu by otwierać inne szafki i sprawdzać czyje dziecko używa takiej samej marki i tego rozmiaru;
– bo złodziej nie ma żadnych skrupułów żeby przetrzepać całą zawartość naszej – pieluchy były schowane w głębi za ubraniami;
– bo gdyby komuś zabrakło, pierwsza podzieliłabym się zgromadzonym zapasem, wystarczyłoby jedno słowo, albo pół…

Non omnis moriar

Najwyraźniej wszyscy razem i każdy z osobna boimy się, że mogłoby po nas nic nie pozostać. Bodaj jakiś niezapłacony rachunek tylko, ale zawsze. Bo stąd chyba biorą się te wszystkie podpisy w każdym miejscu wszechświata, zatknięte flagi, symbole, odciski stóp i dłoni. Od dziecka uczymy się jak pisać swoje imię, nazwisko, inicjały, pseudonim. Potem wydrapujemy je na szkolnych ławkach, umieszczamy na ważnych dokumentach czy też na plażowym piasku, rozbielonym i rozgrzanym od słonca, od lat. Wszystko po to, by wszyscy inni wiedzieli, że to my, i że tu, i że kiedyś. Bo gdzieś w ciemnych zakamarkach podświadomości mamy cichą nadzieję, że jeśli nawet zniknie wszystko, to przynajmniej to po nas zostanie. Sygnatura. Na znak, że istnieliśmy. I byliśmy z krwi, kości i uczuć, choć możemy pozostać tylko odrapaną kredą we fragmencie napisu, lub wyblakłym atramentem na pożółkłej kartce papieru.

Mieszkam na warszawskiej Woli. Codziennie chodzę ścieżkami, w których przeszłość z teraźniejszością uprawiają wzajemne przenikanie. Tu, gdzie grafficiarze zrobili sobie hyde park i pokrywają pod ciśnieniem kolejne fragmenty przestrzeni barwnikiem, stały kiedyś mury oddzielające lepszych od gorszych. W kanałach kryli się ludzie a w bramach kwitł handel wymienny. I pisano listy, których stosy można teraz oglądać w muzeum. Do dziś każdego ranka mijam kamienicę, w której ścianach tkwi równo odciśnięta historia. Precyzja z jaką wymierzono serię z karabinu zdumiewa i przeraża. W każdy otwór akurat mieści się serdeczny palec. Teraz dom jest już pusty, przygotowany do rozbiórki, a zamurowane drzwi i okna na parterze milczą. Ale w zawilgotniałych murach nadal tkwią wspomnienia, czyjeś losy i sny, a strzęp zbutwiałej firanki w uchylonej wyrwie okiennic na trzecim piętrze, za każdym razem przypomina mi, że są miejsca, w których czas płynie wolniej. Tuż obok dziur po pociskach jest wysprajowany szablonem napis. Wolny Tybet. Ostatnia litera przypada akurat na zamurowane pustakami okno.

______________________________________

A na mojej ulicy był kiedyś z wizytą u znajomych Pablo Picasso. Narysował wtedy, w ramach podziękowań za gościnę, węglem na zewnętrznej ścianie ich mieszkania Syrenkę. Okazało się, że to tylko kilka domów ode mnie. Koniecznie muszę sprawdzić, czy rysunek nadal tam jest. Albo chociaż ślad po nim. A nawet jeśli został zamalowany bezpowrotnie, bo tłumy gapiów nękały mieszkających tam ludzi, to mam nadzieję, że poczuję magię tego miejsca. Wtedy będzie tak, jakby Syrenka była tam nadal. Bo jest. Pod warstwami farby sprzed pięćdziesięciu lat.

Mikołaj w podomce i ryki

Żłobek, czyli miejsce gdzie dzieci przerabia się na parówki, postanowił zorganizować Mikołajki. Znaczy ściśle rzecz ujmując Kierownica postanowiła, z Radą Rodziców złożoną z jednego wybrańca z każdej małoletniej grupy. Mikołajki ustanowiono na 8 grudnia, bo piątek i nieodpłatnie, bo żłobek -wiadomo – państwowy i skarbca w piwnicy nie posiada.

W piwnicy bowiem żłobek co najwyżej może posiadać zdezelowane krzesełka tudzież hałdy zagospodarowanych kartek i karteluszek o znaczeniu urzędowym. Bo nawet kota dokarmianego podczas zimy posiadać nie może ani karaluchów – postanowienie odgórne. Z karaluchów, w sensie ich braku, to się nawet cieszę a z tym kotem to przegięcie. Ja wiem, że rodzice niektórych alergików – w tym ja – srają ogniem na różne pomysły ewentualnie mogące uczulić urocze bobasy, ale bez przesady – piwnica to piwnica. Od grupy pierwszej oddzielają ją dwie kondygnacje a pozostałe cztery znajdują się w innych budynkach. Ale kota być nie może. Nie wnikam co komu zeżarł jaki kot, że tacy cięci w temacie futrzaków, ale zwierzaki mają tu przesrane na całej linii. Z jednej strony trochę szkoda, bo liczyłam na codzienny kontakt Igorowskiego z naturą inną niż psie kupy na skwerach. U nas w domie ciasno i nieprzystosowanie a ja, wychowana na psach, kotach i okolicznym tałatajstwie przyleśnym, chciałabym móc zapewnić Dzieciu coś na kształt przynajmniej. Żeby, jak znów pójdziemy do Koleżanki Anki Rysowanki, nie ganiał jej kota jak wygłodniały wiewiór, który właśnie zobaczył olszynową szkółkę. I żeby umiał go pogłaskać bez wcierania w terakotę i niekoniecznie wywołując u zwierzęcia wytrzeszcz.

Ale wracam do Mikołajek bo znów zaczęłam od dinozaurów i się niezpiecznie oddalam.

Czyli mamy postanowienie, że 8 grudnia. I że nieodpłatnie. Oczywiście dzień po postanowieniu napatoczył mi się w pole widzenia Kolega Maciej (znany z niechęci do pożyczania filmów – mam osiemnaście i książek – mam dwie). Kolega Maciej napatoczył się nie pamiętam już w jakim celu (chyba przechwycił część wyrośniętych już polokatorskich ubrań) ale nieopatrznie zapytał co słychać. Oczywiście powiedziałam mu co słychać a nawet gdzie słychać. O żłobku i akcji Mikołaj Nieodpłatny Sztuk Raz też bąknęłam. Nie, że akurat miałam na myśli Kolegę Macieja – po prostu tak wynikło a nawet wyniknęło z rozmowy. Kolega Maciej oczywiście z miejsca się zapalił a ugaszony wyznał, że on z tym swoim solidnym wyglądem i radiowym głosem jest wręcz STWORZONY do roli Mikołaja. Normalnie z siwą brodą się urodził. Oczywiście z miejsca się uradowałam i w stanie tym pozostałam na długo.

Następnego dnia radosną nowinę oznajmiłam Kierownicy, która w dziękczynnych pokłonach prawie znokautowała mnie trwałą ondulacją i uspokojona zapewnieniem, że mikołajowy strój gwarantuje żłobek, udałam się do pracy. Potem z miejsca naturalnie zapomniałam, że mogłabym mieć jakiekolwiek wątpliwości co do faktu, czy żłobkowy strój mikołajowy i Kolega Maciej będą kompatybilni. Po prostu przyjęłam, że Kierownica wie co mówi i parametry odzienia są na każdego. Dlaczego wtedy nie zadziała moja kobieca intuicja i nie dała mi po oczach neonem, że jak coś jest na każdego to jest na nikogo, nie mam pojęcia. Grunt, że spokojna byłam jak gładź na jeziorze i ani jedna zmarszczka nie mąciła mojej radości z okazji tak szybkiego i bezproblemowego pozyskania Mikołaja.

Problemy nie zaczęły się nawet gdy na dwa tygodnie przed planowaną akcją Kierownica wręczyła mi reklamówkę z Mikołajem W Wersji Tara. Do głowy mi nie przyszło, że mogłabym chcieć do niej zajrzeć. W końcu była dla Kolegi Macieja. Mikołaj bez wkładu zaległ więc w mojej garderobie a dni mijały bez przeszkód. Nic nie zapowiadało katastrofy. Pierdutnęło dopiero za_pięć_dni_piątek, gdy stało się jasne jak dupa w pokrzywach, że co jak co ale Kolega Maciej w TEN mikołajowy strój nie wejdzie. Nie ma bata. Pomijam przecudnej urody białą brodę, która chyba moje żłobkowe Mikołajki mogłaby pamiętać gdybym do żłobka chadzała, bo ona przynajmniej miała regulację w postaci gumki. Pomijam nawet czapeczkę zaledwie o trzy rozmiary mniejszą niż głowa Kolegi Macieja, bo od biedy czapeczkę da się nabyć na każdym bazarku. Ale doszczętnie rozwaliły mnie czerwone rękawice w rozmiarze moich osobistych dłoni (a trzeba wiedzieć, że sama rękawiczki kupuję na xs) i przecudnej urody czerwone coś, do złudzenia przypominające damską podomkę. Zostaliśmy w szeroko pojętej stylistycznie dupie a w nocniku mieliśmy już nie tylko ręce ale i nogi wraz z obuwiem.

Początkowo Kolega Maciej obszukał dokładnie mieszkanie, bo dobrze pamiętał, że kiedyś już Mikołajem był i być może przez przypadek zostało mu się ówczesne wdzianko. Przypadkiem jednak wdzianka nie znalazł. Potem nastapiła długa godzina konsternacji i finalnie Kolega Maciej podjął się zorganizowania CZEGOŚ na własną rękę. Zaufałam mu bezbrzeżnie. Wszystko bowiem wydawało mi się lepsze od tej burdelowej podomki, przymałych rękawiczek, szarawej brody i żałosnej wariacji na temat mikołajowej czapki. Jak się później okazało całkiem słusznie. Co prawda cały piątkowy poranek tkwiłam w pracy jakby lekko nieobecna, bo ciągle zastanawiałam się czy aby Kolega Maciej nie wystapi w stroju Adama albo na ten przykład hutnika, ale poradził sobie świetnie. Po wszystkim zadzwonił i zrelacjonował mi, że wszyscy się bardzo cieszyli a dzieciaki to już w ogóle prawie eksplodowały serotoniną dopóki oczywiście nie dotarł do najmłodszej, igorowej grupy. Najpierw zaczęło ryczeć jedno, potem trzy, a potem darły się już wszystkie. Jedyna w tym dla mnie pociecha, że Lokator rozpłakał się na końcu. Podejrzewam, że nie poznał Kolegi Macieja w charakteryzacji a ponadto chciał być solidarny. W efekcie na nic zdało się moje poranne strojenie Dziecia – miały być zdjęcia z Mikołajem a skończyło się na zdjęciach z choinką. A trzeba przyznać, że wyczyn to był nie lada, bo Obywatel rano raczej nie bywa skory do odziewania. Zwłaszcza w różne skomplikowane eleganckie tekstylia. A już na pewno gdy robię to ponownie bo pierwszą wersję raczył ospawać alternatywą dla uroku po łokcie. Za to do perfekcji opanowuję gryzienie się w język i tłumienie wkurwa, gdy mając pięć minut do wyjścia, rozbieram Go, kąpię strategiczne miejsca, namaczam co trzeba w umywalce i odziewam ponownie w całkiem inny zestaw. Jestem po prostu oazą spokoju.

A dziś rano oczarowana Kierownica dorwała mnie w swe szpony i rozpłynęła się w zachwytowych ochach i achach dla Kolegi Macieja i jego wspaniałego Mikołaja. Nie śmiałam prostować, że z tego co słyszałam kiedyś z Gogą w kuchni, Kolega Maciej ponoć nazywa go Figielkiem…

Wieści spomiędzy kartonów chusteczek

Halo! Żyję! Nie martwić się. Weekend spędziłam na smarkaniu i zażywaniu. Na smarkaniu głównie. Prezes hurtowni chusteczek ma zapewne dzięki mnie premię świąteczną w kieszeni. Oczekuję podziękowań na maila. Żadne uszy mnie nie bolały i gorączka zeszła, znaczy standardowo. Jestem za to pewna, że w zatokach mam wieloryba i czekam na Greenpeace. W końcu ktoś musi go uwolnić. Póki co kuruję się antybiotykiem, miodem i theraflu zatoki. Miałam jeszcze psikacz do nosa ale musiałam odstawić – można było wciągać tylko trzy dni. Szkoda, bo przynajmniej na chwilę zakręcał kran. Nie wiem dlaczego te wszystkie saszetkowe siuwaksy są takie parszywie wstrętne, ale normalnie jak mam to wypić to psychicznie przygotowuję się pół godziny. Nigdy nie mogłam sobie poradzić z pieleniem grządek, nałogowym czyszczeniem toalet i zażywaniem niedobrych lekarstw. Macie na to jakieś sposoby? Bo ja nawet mieszałam z kisielem ale nie pomogło. Było tylko bardziej ohydne bo gęstsze.

Sama nie jestem bo po pierwsze mam Lokatora, który poza utrudnianiem moich zamysłów co by Go nie zarazić – nie bardzo bowiem rozumie czemu Mama nie chce Go przytulać i całować – i robieniem drak, jest fantastycznie wyrozumiałym w kwestii zabaw i w nich towarzystwa młodym człowiekiem. Po drugie jest Hal, która od piątku do soboty pomagała mi nie zwariować i w zasadzie tylko dzięki niej mogłam się choć na trochę położyć. Bądź co bądź Lokator czasem tego towarzystwa jednak potrzebuje. Po trzecie w niedziellę nawiedziła mnie Goga a wraz z nią nawiedziła mnie siatka mandarynek i cytryn, słoik miodu i delicje. Sami więc widzicie, że chorowanie bywa nawet przyjemne. Żeby tylko można było ograniczyć te skutki uboczne: Sahara w gardle, Niagara w nosie, drut kolczasty i ogólny weltszmerc w poważaniu.

Obecnie skupiam się na opanowaniu kataru i tłumaczeniu Pewnej Pani przez telefon, że ja to ja i faktycznie tak brzmię. I że wcale nie rozmawia z moim kolegą.

Chyba przeniosę się do basów…

Chorość nad chorościami i wszystko chorość

Rano czułam się źle. Ale nic to – pomyślałam sobie – bo w sumie nie znam nikogo, kto rano czułby się dobrze, nie mając w perspektywie wolnego dnia, smacznego śniadania ani nawet udanego seksu.

Ja w perspektywie porannej mam zwykle szybkie uwinięcie się na palcach, żeby nie zbudzić Lokatora a następnie zbudzenie Go, bez angażowania do tego celu młotka. Bo z reguły mam akurat kwadrans na zapakowanie Młodego do wózka, odstawienie całości do żłobka, wypakowanie, rozpakowanie, przepakowanie i wręczenie Ciotce Etatowej, połączone z relacją z szybkością karabinu maszynowego co jadł, czego nie jadł, co robił a czego nie robił i kim chcę żeby został w przyszłości. Następnie kolejne trzy minuty zabiera mi akurat cwał doprzystankowy – po drodze mam czerwone światło, więc grzecznie kupuję sobie gazetkę za przygotowane uprzednio złoty_pięćdziesiąt – i po chwili już jadę dwudziestką_czwórką by, mieszcząc się akurat pod pachą Pana W Paltociku, nie udusić się do Przystanku Praca. Potem już tylko wysiadam, biegnę na drugą stronę ulicy, i jeszcze jedne pasy, budynek, drugie piętro, kluczyk, komputer, stop. Mam świetny czas. Teraz mogę zacząć kolejny dzień. W całkiem innej rzeczywistości. Start. Jestem tak cholernie zorganizowana, poukładana i wyliczona, że odnoszę wrażenie, iż wystarczyłby drobny zgrzyt, na przykład nie_przyjechany_tramwaj, a efekt motyla strząsnąłby z powierzchni ziemi jakiś lodowiec. Ja nie wiem, może to chore, ale poczucie, że mogłabym nawalić przeraża mnie zawsze najbardziej. Nawet jak na próbę chóru nie pójdę, bo zdycham, czuję się jak zbrodniarz.

Ale nie poszłam. Bo rano czułam się źle a potem było już coraz gorzej. Jeszcze nigdy nic nie atakowało mnie w takim tempie. W południe nie mogłam już mówić, w okolicach trzeciej umarł mi nos a jak wyszłam z pracy to tylko modliłam się o miejsce w tramwaju. Musiałam wyglądać bardzo nieszczególnie bo miejsca ustapił mi rosły młodzian w dresie. Taki z gatunku nigdy nie ustępujących niczego, na pewno zaś miejsca. Do żłobka wgramoliłam się siłą woli. Lokator nie mógł zrozumieć czemu nie całuję Go na przywitanie i nie przytulam jak to zwykle robię. Bardzo nie mógł. Pierwszy raz. Zawinęłam go w kokon kurtki, bo nie miałam siły iść po wózek i po prostu poszłam do przychodni.

Zdziwiona recepcjonistka wskazała mi godzinę. Lekarz przyjmował jeszcze tylko przez dziesięć minut i już praktycznie go nie było. Powiedziałam, że w takim razie to ja teoretycznie poproszę o zaświadczenie o odmowie przyjęcia mnie bo nie wiem co się dzieje a nie chcę zarazić Dziecka. Lekarz wyrósł spod ziemi i już mógł. Żadnych problemów. W końcu to jeszcze aż dziesięć minut. Ja z góry i z dołu przepraszam wszystkich spieszących się do swoich domów lekarzy ale ja też nie wychodzę z Firmy przed czasem. To moja praca. A jak coś nagłego stanie się w ciągu tych ostatnich dziesięciu minut, to też nierzadko trzeba zostać i naprawiać.

Okazało się, że mam silną gorączkę, zapalenie zatok o dziwnym podłożu i zapalenie gardła o podłożu zwyczajnym – wirusowym. I gdybym poczekała do jutra, mogłabym już nie móc wstać rano z łóżka o własnych siłach a Lokator miałby to świństwo na tysiąc dwieście procent. Dostałam recepty, wykupiłam antybiotyk, serdecznie podziękowałam za pomoc i poszłam. A jak zacznie mi być dziwnie, gorączka nie spadnie i będą boleć mnie uszy bardzo bardzo, to mam w trybie natychmiastowym udać się do szpitala z podejrzeniem zapalenia opon ale to tak tylko mówi mi pan Dotor, profilaktycznie. Jak uroczo.

Tylko raz zrobiło mi się dziwnie. Jak musiałam powiedzieć, że nie chcę zwolnienia. Wzrok pana Doktora wyrażał wielką dezaprobatę, że oto kolejna karierowiczka mu się trafiła. Uszy nie bolały co prawda, ale piekły z czerwoności. Jakoś jednak ani siły ani ochoty nie miałam by mu wyjaśniać, że za 80% gołej podstawy jednej pensji to ja nawet mieszkania nie opłacę. Bo to mi zabiera właśnie 80%… ale tej z premią.

Trudno. Nie wszyscy muszą rozumieć.