13 miesięcy

Czasami jestem bardzo poważny.

Mama śmieje się wtedy strasznie i mówi do mnie ‚mój młodopolski poeto’. Okropnie zabawnie to brzmi i też zaczynam się śmiać. Kończy się to tym, że lądujemy na podłodze i Mama mnie łaskocze. Ja jeszcze nie bardzo wiem jak to się robi bo jak Mama zaczyna to jest normalnie tak śmieszne jak nie wiem co. Ale jak się tylko dowiem to będzie jeszcze ciekawiej. Zobaczycie.

Umiem jeszcze się kłócić. Mówię wtedy bardzo szybko ba ba ba a Mama twierdzi, że wyglądam jak przekupka na targu. Ale myli się. Ja wiem jak wyglądają przekupki i wcale ich nie przypominam. Wcale a wcale. Musiałbym najpierw przytyć strasznie dużo i najeść się czosnku. No i przede wszystkim nie jestem babą. A to tylko baby są przekupkami.

Umiem też robić kaczorka i to też jest strasznie śmieszne. I taki fajny dźwięk przy tym słychać jakby autko jechało. Ale nie jedzie. Bo to ja tylko tak robię. Ale Mama zawsze się nabiera i dziwi się skąd wzięliśmy się na ruchliwym skrzyżowaniu. Okropnie zabawna jest ta Mama.

A najczęściej wyglądam tak…

Mama zaraz łapie za telefon komórkowy i robi mi zdjęcia. Nie wiem po co ale ostatnio ją przyłapałem jak je oglądała. Myślała, że śpię i oglądała jedno po drugim. I uśmiechała się bardzo ładnie. Ale chyba miała katar bo siąkała nosem. Potem jak zobaczyła, że nie śpię to udała, że jest bardzo zła bo było już późno. Ale kiepsko jej to wychodziło bo ona nie umie się na mnie złościć. Zawsze mnie w końcu przytula. Ale już nie ma kataru. Dziwne. Potem to już nie wiem co bo chyba zasnąłem.

Lubię Mamę. Jutro też się do niej pouśmiecham. Niech ma następne do tych swoich zdjęć.

Igor

Mamut piątkowy

Z okazji piątku stałam się Mamutem. Znaczy nie żebym nie była nim przed piątkiem bo w inny stan skupienia przeszłam już jakiś czas temu ale teraz stałam się Mamutem Pełnowartościowym. Igorowski zaczał mi mamować i to całkiem na dobre. Jak dotąd zdarzyło Mu się powiedzieć do mnie mama trzy razy. Na wakacjach. Gdy nie mógł z czymś sobie poradzić. Ale wołał dość niewyraźnie i sam był pomysłem tegoż wołania trochę zaskoczony. Nawet bardziej niż ja. Po wakacjach umilkł w tym temacie i kropka. Powodowało to u mnie nieustającą tęsknotę i chandrę wielkości Mount Everestu. Bo przecież już wiedziałam, że potrafi.

Tym razem siedział przede mną, popatrzył z ukosa, uśmiechnął się szelmowsko i ni z tego ni z owego wypalił… mama!

Oczywiście, że się wzruszyłam i oczywiście, że wyściskałam Go okrutnie. Nie wiem czy bardziej spodobało się Lokatorowi ściskanie czy brzmienie nowego-nie-nowego słowa ale rozmamował się na dobre. Do tej pory zdążył wykrzyczeć, wyszczebiotać i wyszeptać mi to tyle razy, że nikt już chyba nie może mieć wątpliwości kim jestem. Ja w każdym bądź razie czuję się usatysfakcjonowana. Po sufit. I pomyśleć, że jeszcze rano pisałam maila do koleżanki, w którym zawarłam obawę, że Młody chyba zapomniał, że już potrafi powiedzieć mama i w ogóle. No. To właśnie sobie przypomniał… a mnie boli głowa 🙂

Przy okazji pragnę nadmienić, że być może lokatorski słownik użytkowy nie jest specjalnie bogaty ale zawiera tyle odmian, natężeń, barw i odcieni, że aż sama się dziwię na ile sposobów można powiedzieć zwykłe ba. Jedno oznacza upadek (w domyśle bach), inne powątpiewanie, kolejne jest oznajmujące a bywają jeszcze ba pytające, rozkazujące, dramatyczno-histeryczne, ćwierknięte, skrytoszeptane i rozedrgane. Paleta ba jest tak ogromna jak tylko rozległa potrafi być wyobraźnia. Zarówno Dziecia jak i moja.

Kata twierdzi, że Młody mało (poza sylabami) gada, bo zwyczajnie ja za dużo nawijam. Obawiam się, że może mieć rację. Skończy się na tym, że któregoś pięknego dnia zdziwię się gdy przy obiedzie zapyta o kompot. Bo zawsze był.

Tymczasem cieszę się z oficjalnego uznania mojej roli społecznej przez Syna i obchodzę swoje prywatne święto – Dzień Mamuta. Na czworakach. Bo akurat bawimy się w dromadery.

Mama… strasznie fajnie to brzmi 🙂

________________
Podczas pisania tego tekstu milion pięćset razy wyszło mi ‚piętek’ zamiast ‚piątek’. Wychodziło mi wszystko – a najbardziej włosy – tylko nie ‚piątek’. Czy to jakiś znak?

Speedy Gonzales i dziwne dźwigienki

Narzekałam na ziewanie, tak? Narzekałam, że spać mi się chce wciąż i wciąż a następnie z żalem stwierdzałam, że powiek nie da się przykleić taśmą do czoła na stałe. Narzekałam, marudziłam, malkontentowałam. No. To zmieniam zdanie.

Przedwczoraj w Firmie pojawił się Ekspres Kawowy. Nie chodzi tu bynajmniej o pospieszny osobowy w odcieniu ciepłego brązu. Raczej o urządzenie robiące ‚ping’ i życiodajny napój z aromatem, który nieodmiennie przywodzi mi na myśl ciepłe kraje, gorące rytmy i wrzącą w żyłach krew. Urządzenie to pojawiło się w Firmie nagle i nieoczekiwanie wywróciło do góry nogami wszelkie zwyczaje i upodobania. Dotychczas bowiem pracowniczą kuchenkę odwiedzało się tylko w przypadku nadzwyczajnego przymusu, czytaj: wyciągnięcia czegoś czego inni jeszcze nie zdążyli rozkraść ze śmierdzącej pracowniczej lodówki. A tak na marginesie – czy wszystkie pracownicze lodówki tak śmierdzą i nikogo nie interesuje czy w środku właśnie coś umarło albo wręcz przeciwnie, ożyło? Bo ja to się tam boję czasem coś zostawić. Nie wiadomo czy nie zniknie czy wręcz przeciwnie – pozielenieje, urośnie i się rozmnoży. Ale wiadomo – masła do szuflady nie schowam. Mogłoby się spocić. No.

Czyli Ekspres Kawowy zrewolucjonizował wszystko i nagle do kuchenki zaczęły chodzić pielgrzymki. Grupkami, pojedynczo, w dwuszeregach i chyłkiem – różnie, ale życie towarzyskie z korytarza i mikroskopijnego wucetu przeniosło się w pobliże maszynerii właśnie. Zainteresowałam się i ja, oczywiście, a jakże. Ale żeby nie wyszło na jaw, iż w kwestiach skomplikowanych bardziej niż pilot do dvd, jestem skończony dureń, ignorant i rzeżucha myślowa, postanowiłam zainteresować się ozięble. Przynajmniej w początkowej fazie mojej z Ekspresem znajomości.

Postanowiłam poczekać na dogodny moment i zaatakować znienacka. Ale oczywiście od niechcenia i broń boże umyślnie – taka nonszalancja wystudiowana latami dawno już nie pamiętanych randek z zakurzonych w przeszłości dat. Taka ze mnie menda i parszywiak. W rzeczywistości potwornie chciałam uniknąć ewentualnego zbłaźnienia się na oczach możliwie obecnych w kuchence osób i dlatego zaczaiłam się na ten moment intymnego tete a tete z Ekspresem. Ale kto by tam dociekał. Twardo trzymamy sie wersji, że to wyrachowanie, nie zaś kompletna niewiara we własne umiejętności obsługi Nowych Błyszczących Urządzeń Z Masą Przycisków i świadomość tej myślowej rzeżuchy. Stanowczo. Będzie mi łatwiej.

Dogodny moment przydarzył się wczorajszego poranka gdy przyszłam do pracy i okazało się, że nikogo jeszcze w niej nie ma. Zupełnie zdaje się nie wpływać na to fakt, iż zjawiłam się w firmie dobry kwadrans przed zwyczajową ósmą rano. Nic a nic. Ale nie czepiajmy się mało istotnych szczegółów. Cichcem otworzyłam drzwi do kuchenki, cichcem podkradłam się do Kawowego Guru ostatnich firmowych dni. Wyglądał normalnie – jak ekspres do kawy. Spodziewałam się co najmniej statku kosmicznego i metalicznie brzmiącej hostessy a tu ekspres jak ekspres. I jeszcze, że niby Swiss Made. Jasne.

Założę się, że żaden Szwajcar nigdy nawet koło tego nie stał. W Szwicu są same statki kosmiczne i żyją tam dziwni ludzie, którzy mają wyznaczone Dni Prania Majtek. Wiem coś o tym bo w kwietniu wybieram się do Alti a ona tam od lat mieszka. Dobrze, że lecę tylko na tydzień. Inaczej musiałabym spakować więcej majtek niż posiadam wyjściowych. Przeca za granicę nie polecę w gaciach w kwiatki, albo w zielone nosorożce. Trzeba w wyjściowych. A nóż na lotnisku mi kieckę zawieje do góry i będę sobie mogła poudawać Marylin Monroe. Taa. W obecnych warunkach to raczej Marylin Manson byłby mi bliższy ale co tam. Pomarzyć dobra rzecz.

Zatem Ekspres Kawowy okazał się zwyczajną i całkiem przyjaźnie wyglądającą maszynerią. Nawet mrugał do mnie zachęcająco. Oczywiście nie dostrzegłam nic podejrzanego w tym mruganiu…

Podstawiłam mu grzecznie kubeczek. Coś zaburczało i pod kubeczkiem zalśniło na niebiesko. Przez chwilę zastanowiłam się, że z tymi statkami kosmicznymi to może być jednak prawda. Chwila minęła. Nacisnęłam przycisk, że niby chcę kawę w Dużym Kubku i kolejny, że Słabą, znaczy obrazek z Jednym Kawowym Ziarnkiem wdusiłam. Cisza. Nic się więcej nie podświetliło, nie wyszła żadna hostessa. Pewnie śpi – w końcu rano. Podumałam moment, podrapałam się w głowę i wcisnęłam Start. Ekspres Kawowy nie wzbił się na okołoziemską orbitę i nie wystrzelił w kosmos z prędkością nadświetlną. Za to przeciągle zawarczał. Wkurzyłam się. Nie będą tu na mnie obce ekspresy warczeć. Nie ze mną takie numery. Zamrugało znów. Tym razem jakby mocniej po lewej. Podniosłam dziwną klapkę i zobaczyłam głuchą pustkę. Pustka pachniała świeżo mielonymi ziarnami palonej Lavazzy. Zakręciło mi się w brzuchu od nadmiaru szczęścia. Bo trzeba wiedzieć, że co jak co, ale świeżo mielone ziarna dobrej kawy to coś co nie wiem jak tygryski ale ja lubię najbardziej. Zajrzałam do szafki nad ekspresem. Była. Dosypałam do pełna pod klapkę i zamknęłam. Tym razem mrugnęło do mnie zachęcająco z drugiej strony.

– No jasne – pomyślałam – I może jeszcze masaż, co?

Ale pod drugą klapką była pusta przestrzeń, która niczym nie pachniała. Zmartwiałam. Dobrze, że nie musiałam oglądać swojego wyrazu twarzy. Zapewne wyglądałam mało efektownie rozdziawiając się nad Ekspresem Kawowym z klapką w dłoni i brakiem nadziei w oczach. Mój wrodzony geniusz sytuacyjny podsunął mi jednak myśl, że być może chodzi o wodę. Wszak prócz świeżo zmielonych ziaren kawy do życiodajnego napoju używa się zazwyczaj tego płynu. Chodziło. Po dolaniu wody maszyneria zaburczała przyjaźnie, wykonała kilka wewnętrznych przemyśleń i po chwili z kubeczka zapachniało mi prawdziwą, dobrą, gorącą kawą. Nasze stosunki z Kawowym wyraźnie się ociepliły. Gotowa byłam nawet pogłaskać Urządzenie Robiące ‚Ping’ ale bez zbytnich poufałości. W końcu to praca. Mleka ekspres do kawy niestety nie dodaje ale zawsze mogę to zrobić we własnym zakresie. Zrobiłam. Już, już miałam wychodzić gdy kątem oka dostrzegłam z boku Kawowego Guru dziwną dźwigienkę. Gdzieś w zakamarkach mojego nieodgadnionego umysłu zalśnił mi kamyk, że to może być do robienia piany z mleka. Był to bardzo radosny kamyk. Niewiele myśląc opuściłam dźwigienkę.

Coś zasyczało, jęknęło i wyrzuciło z siebie z siłą wodospadu parę wodną pod znacznym ciśnieniem. Znacznym do tego stopnia, że podskoczyłam z piskiem wylewając oczywiście na podłogę część trzymanej w kubku kawy w bardzo zabawny sposób. Sama rechotałam długo. Ponadto przysięgłam sobie nie ufać bez głębszego zastanowienia lśniącym w ciemności kamykom i nigdy, przenigdy nie wciskać żadnych nieznajomych dźwigienek. Never.

I tak sobie teraz myślę, że jednak dobrze, że nie było w kuchence przygodnych gapiów. Musiałabym ich zabić.

Poza tym jestem obecnie ekspertem od szwajcarskich statków kosmicznych podświetlających kubki na niebiesko. Chyba wpiszę to sobie w CV.

Idę na kawę 🙂

Za potrzebą

Zdzich jak wszem i wobec wiadomo jest moim ojcem. Nie wyprze się za Chiny Ludowe – taka jestem podobna. Przez sporą część mojego życia raczej mnie to martwiło niż cieszyło, gdyż od lat szczenięcych głosiłam miastu i światu, że Mamut jest ładniejszy, fajniejszy i w ogóle. Był to czas gdy ze Zdzichem wymieniałam głównie groźne spojrzenia podczas minięć w drzwiach i generalnie byłam tak zbuntowana, że mogli mnie wystawiać w teatrze w roli gradowej burzy z piorunami i ogólnym dupnięciem. Tak zwany okres burzy i naporu – szumnie zwany dojrzewaniem.

Poza tym Mamut był w młodości taki pięknościowy i ach och, że jak go widziałam na zdjęciach, to aż zazdrościłam fotografowi, że mógł je zrobić. Zdzich zresztą też co nierzadko dawał odczuć swoimi warknięciami pod adresem rzekomych doszłych i niedoszłych absztyfikantów, z których jednym był właśnie ów fotograf. Potem ta cudna uroda Mamutowi z lekka osłabła – wiadomo, wiek robi swoje i raczej nie młodniejemy z każdą kolejną wiosną – ale dla mnie zawsze będzie najpiękniejsza każda kolejna mamucia zmarszczka. Bo pięknie się starzeć to dopiero sztuka. I to też trzeba umieć.

Ale ja nie o tym.

Reasumując: Zdzich jest moim ojcem, jestem do niego podobna i kiedyś miałam o to żal do samiuśkich Tater ale aktualnie już mi to nawet jakoś szczególnie nie przeszkadza. Ba. Nawet pomaga, bo Lokator tak mocno się wdał w Dziadka fizjonomicznie, że możemy teraz stworzyć zgrany zespół. Bo dwoje to co najwyżej na huśtawce ale trójka to już moc.

Prócz ojcowania i dziadkowania Zdzich jest jeszcze cukiernikiem. Od lat czterdziestu z hakiem, więc przez większą większość swojego życia. Z tego akurat zawsze byłam bardzo dumna i blada bo fajnie mieć w domu kogoś kto te wszystkie smakołyki potrafi przyrządzić i nawet się przy tym specjalnie nie zasapać. Poza tym gorące pączki w tłusty czwartek o bladym świcie skusiłyby nawet najbardziej zbuntowanego nastolatka a co dopiero mnie. Zwłaszcza teraz, gdy okres burzy i naporu wspominam już tylko z niejakim rozbawieniem.

Ponadto Zdzich, obdarzony wybitnym sprytem, zawsze miał na mnie niezawodny sposób. Przychodził do mnie po radę ‚bo on dostał kolejne zlecenie na tort i nie wie jaki zrobić’. Nie chodziło tu bynajmniej o dylemat: z bitej śmietany czy kawowo-migdałowy – bo to wiedział – a raczej o jego wymyślny kształt czy dekorację. Zawsze byłam pomocna bo najpierw pochlebiało mi to, że mogę się poczuć ważna a później, gdy już pojęłam mechanizm rodzicielskiego brania mnie pod włos, zdążyłam już się wciągnąć w projektowanie.

Były już torty brzuchate – dla świeżo upieczonych przyszłych mam i w kształcie traktora – dla Stasiów a domków dla lalek – dla Małgoś, były literkowe, cyferkowe, zdjęciowe, Baby Jagi były i balony, wyścigowe samochody, rowery i żaglówki, okulary i okładki płyt – generalnie wszystko. Zawsze im więcej było pomysłów, tym lepiej, bo było z czego wybierać.

I tym razem postanowiłam wciągnąć Was do zabawy… bo Zdzich musi zrobić tort z motywem kobiecym na jakiś babski wieczór i kompletnie nie ma konceptu co z czym i do czego. Jak dotąd wymyśliłam pudełko z butami – szpilki ofkurs – wpisane w prostokąt i okrągły znak jing-jang, ale to drugie to raczej mocno koedukacyjne. Jakieś sugestie?

Od razu zaznaczam, że dupa, cycki tudzież penis nie wchodzą w grę.
Klientki mogą nie być aż tak wyluzowane 😉

______________________
Apdejt post-factum:
Ostatecznie Zdzich wybrał szpilki. Czuję się doceniona. No i dzięki za inne pomysły! 🙂

Notorycznie chce mi się spać

Podejrzewam, że kiedyś umrę przez zaziewanie. Wstaję rano – ziewam. Nie mogę przejrzeć się w lustrze – bo ziewam. Ale może to akurat dobrze gdyż nadmierne wpatrywanie się w lustro szkodzi – powoduje u mnie nasilenie objawów jesiennej chandry i pękanie glazury w łazience. Nie jem śniadania. Raz, że za wcześnie, dwa – ile można zjeść ziewając? Jadę do pracy – ziewam ukradkiem w mankiet mając nadzieję, że nikt nie zauważy, a im bliżej do firmy tym ziewam gwałtowniej i coraz bardziej robię się zmęczona – taka zależność dziwna u mnie występuje. I gdy siedzę przy firmowym biurku też ziewam, tyle że już w pełnym wymiarze rozwarć szczęki pomnożonych przez osobogodzinę na etacie. Odbieram telefon walcząc z rozdziawem i zapewniam miłego Pana Od Sushi, że nikt stąd niczego nie zamawiał a na pewno nie był to mężczyzna, gdyż tylko ja korzystam w tego aparatu. Faceta chyba sobie w kieszeni nie schowałam. Poza tym surową rybę to ja mogłabym co najwyżej poszturchać badylem. A nie, że od razu zjeść. Moje całe wewnętrzne i zewnętrzne fuj łapie się za głowę i potrząsa. Znów muszę ziewnąć. Dla wyrównania ciśnień oczywiście. Przez resztę dnia udaję, że zawsze tak wyglądam. W drodze powrotnej ziewam już tak bardzo, że nie mogę czytać książki – przez co jestem zła bo wiem, że gdy dotrę do żłobka po Lokatora, myśl o czytaniu będzie bardziej odległą niż najdalszy gwiazdozbiór na półkuli północnej. Docieram do żłobka i ziewam już niejako poprzez zasiedzenie. Dobrze, że dziś nie mam próby chóru – można z czystym sumieniem ziewać do upadłego. Przy Igorowskim ziewać się za bardzo nie da ale radzę sobie świetnie i walczę jak lwica. Z ewentualnym pomysłem co by tu zrobić walczę. Nie z Igorowskim. Ziewam. Telewizja i radio przysparzają mi tylko nowych powodów do dziury w głowie, więc na wszelki wypadek nie skupiam się na ich przekazie. Jem jakiś zaległy obiad powstrzymując falę senności i Młodego, który usiłuje jednym celnym pizgnięciem zdekapitować misia plastikową łopatką i obiecuję sobie solennie pochować te wszystkie teksańskie masakry i inne horrory na dvd wraz z ich szkoleniowymi okładkami gdzieś na dno komody. Pomiędzy nudnymi prześcieradłami frotte z gumką, które kiepsko się wyciąga na środek pokoju bo nawet nie ma efektu – nie to co skarpetki, a za dużymi jeszcze lokatorskimi spodniami. Bawimy się w coś – ja ziewam a Młody przyswaja. Niestety może się to skończyć tym, że poślę w świat totalnego ignoranta i buca, który na pierwszej randce zaziewa w kinie nawet najciekawszy film a na drugą się nie umówi, bo akurat zaśnie. Ale chwilowo nie absorbuje mnie to na chwilę dłuższą niż ten przerywnik. Co innego ziewanie. Ziewam podczas opowiadania bajki i gdy kapię Dziecia w płynie o zapachu czystych małych bobasów, które ładnie zasypiają w swoich łóżeczkach, ubieram w piżamę, zapycham kaszą o smaku bananów czy malin. Ziewam gdy Dzieć zasypia po godzinie wieczornych akrobacji i innej ekwilibrystyki stosowanej, i gdy akurat mam chwilę dla siebie, czytaj: na zaległe pranie, prasowanie, gotowanie, posprzątanie, pozmywanie, zmasakrowanie przygodnie napotkanej staruszki w ciemnej bramie. Gdy już zegar w pokoju pokaże mi, że jeśli za chwilę się nie położę, to w zasadzie poranek nie zrobi mi żadnej różnicy, idę się zaokrętować w wannie na najbliższe kilkanaście minut i udaję, że nic nie muszę. Poza ziewaniem. Jeśli ziewam również przez sen to trudno – ktoś będzie musiał mnie zabić. Pająk w kącie pod sufitem może w końcu nie wytrzymać nerwowo.

Byliśmy tu i tam

Weekend znów spędziliśmy w ruchu. Nie żeby jakoś szczególnie naszło mnie na ćwiczenia, choć może szkoda – bo by się przydało tę oponę zimówkę w miejscu dawnej talii oddać wulkanizatorowi bez zamiaru przyjęcia jej na powrót. Wciąż jednak brakuje mi samozaparcia, które ochoczo maskuję wmawiając sobie, że jestem zbyt zmęczona by codziennie ćwiczyć brzuszki. Zmęczenie jednak nie przeszkadza w dokładce kapuśniaku i ogólnie pojętym urządzaniu balu własnym czterem literom. Osobistym i wielce szanownym. Aktywność ruchową wykazałam znaczną ale głównie jeśli chodzi o się_przemieszczanie.

Się_przemieszczanie sobotnie zakończyło Wielkie Obżarstwo w towarzystwie Gogi i Hal w papierówkowych pieleszach (robi się już nowa świecka tradycja powoli), gdzie wreszcie Ania, córka Papierówki, poznała Igora, który z miejsca wyraził szczerą chęć poślubienia Anuli jak tylko dorośnie (w wolnym tłumaczeniu na nasze oczywiście). Zjadłam i wypiłam tyle rozmaitości, że do tej pory dziwię się, że w drodze powrotnej nie eksplodowałam. Ale było pysznie. Nagły wyrzut sumienia szybko zagryzłam kawałkiem szarlotki co to ją dostałam na wynos i poprawiłam pieczonym jabłkiem. Napoczęłam też grzybki. Wyrzut skapitulował. Nie miał innego wyjścia. W odchudzaniu najbardziej podoba mi się litera ‚o’.

Się_przemieszczanie niedzielne miało charakter bardziej kulturalny niż konsumpcyjny. Najpierw odchamiłam się w Narodowym przy grafikach Rembrandta, potem przy zdjęciach Gudzowatego w galerii Yours a to wszystko w składzie lubelsko-warszawskim (dzięki Aga, Ania, Hal, Michał, Born – kolejność alfabetyczna imiennie). Młody podejrzanie dobrze zareagował na muzeum (muzeum powstania nie liczyłam bo jest specyficzne i mało muzealne). Podejrzewam, że będzie się domagał nawiedzania jednego co tydzień co przy stanie i atrakcyjności naszych niektórych wystaw może doprowadzić do tego, że będę okupować Muzeum Ziemi w oczekiwaniu na meteoryt.

Zdjęcia w Yours mnie poruszyły, niektóre. Najbardziej chyba to z żołnierzami, pod kancik, w równym szyku, po kolei odwracającymi głowy. Pierwszoplanowy zgrzyt – podbite oko jednego z nich, który jeszcze nie zdążył przybrać pozycji – uważam za swoisty majstersztyk ujęcia. Po raz kolejny bardzo wyraźnie dotarło do mnie ile godzin czasem trzeba spędzić w oczekiwaniu na ten jeden jedyny, niepowtarzalny moment. Szelest migawki. To się chyba nazywa pasja.

Wszystkie zdjęcia Lokator ostentacyjnie przespał. Nie chciałam pozwolić by zabrał sobie do domu małego Rembrandcika to On teraz chromoli. Odbił sobie potem przy spaghetti. Nie było chyba Synu w pizzerii gościa, któryby nie słyszał Twojego gruchania, pisków i radosnych okrzyków. Czasem się zastanawiam czy tylko mnie to nie przeszkadza. Na szczęście zastanowienie trwa krótko. Częściej się po prostu odśmiecham. I odkrywam w sobie zaskakująco duże pokłady cierpliwości. Jak usłyszę tykanie, to będzie znak, że się skończyły 😉

_______________________________

Na drugim piętrze w Yours przy warszawskich fotkach każdy może zostawić jakąś pamiątkę…


Fot. Aga Lubliniana

Czasubrak przeciągły

Biegnę, pędzę, lecę.
A gdzie mój dodatek dla Superwomana? Hę?
Albo przynajmniej gustowna pelerynka p/deszczowa?

W windzie napis:

JEŚLI LUBISZ SWOJEGO SZEFA, ZMIEŃ PRACĘ.
OBECNA GROZI TRWAŁYM KALECTWEM LUB ŚMIERCIĄ.

Pod spodem dopisek:

ZLECILIŚMY JUŻ BADANIA GRAFOLOGICZNE.
DYREKCJA.

A jeszcze niżej:

POLICJA WZIĘŁA TEŻ ODCISKI PALCÓW.
PONOĆ JEDNAK NAPIS POWSTAŁ BEZ UŻYCIA DŁONI…

No padłam normalnie no 😉

Bez odbioru.

Scenki

W tramwaju spotkało mnie Dziecko. Dziecko było płci wczesnożeńskiej, miało na oko z osiem lat i różowy tornister z wróżką zamalowany szczelnie markerem w różnoznaczne mazaje. Widać też nie lubiło różu. Na wzrok Dziecka napotkałam przewracając kolejną kartkę książki. Zerknęłam raz, potem drugi i trzeci po czym ze zdziwieniem skonstatowałam, że Dziecko patrzy nadal niczym niewzruszone i nie odczuwa nawet cienia zawstydzenia, że je na tym procederze, zwykle bądź co bądź utajonym, przyłapałam. Ciężko było mi powrócić do lektury gdy czułam na sobie palącą ciekawość wczesnożeńskiej płci ale postanowiłam spróbować. Najwyraźniej nie było to zgodne z oczekiwaniami Młodej Damy Z Nietolerancją Różu, bo przysiadła się bliżej i chrząknęła. Spojrzałam na nią udając zaskoczenie.

– Dlaczego jesteś łysa? – padło kluczowe pytanie.

W istocie, z uwagi na ciepło panujące wewnątrz wagonu, zdjęłam czapkę ukazując swoją odważną fryzurę na dopiero co odrośniętego nikłego jeszcze jeżyka.

– Nie jestem. – odparłam zgodnie z prawdą – Mam włosy, tylko są jeszcze krótkie.
– Ale byłaś? – zaciekawiła się Dama z nadzieją.
– Owszem. – uśmiechnęłam się.
– Moja ciocia wygląda teraz tak jak ty. – poinformowała mnie Mała, po czym konspiracyjnym szeptem dodała – Ale kiedyś miała długi warkocz.
– Ja też – zrekonspirowałam szeptem i mrugnęłam porozumiewawczo.
– Ładna jesteś. – wyznała dziewczynka czym wbiła mnie w fotel. – A co czytasz? – błyskawicznie przeskoczyła z tematu na temat
– Trochę straszną a trochę śmieszną bajkę – odparłam.
– Przeczytaj kawałek. – rozkazała Młoda Dama Z Nietolerancją Różu.

Odszukałam jeden ze swych ulubionych fragmentów:

– Lubisz koty? – spytała.
– Tak – odrzekł Richard. – Dosyć lubię.
Na twarzy Anestezji odbiła się ulga.
– Udko? – spytała. – Czy pierś?

Młoda zaśmiała się perliście:
– I fajna.
– Książka? – upewniłam się zastanawiając się w duchu czy aby na pewno dobrą próbkę literatury wybrałam w stosunku do jej młodego wieku.
– Nieee… Ty! – ćwiernkęła radośnie – Ciocia by mi tego nie przeczytała. Nigdy w życiu.
– Nigdy w życiu. – powtórzyłam bezmyślnie.

Na następnym przystanku Młoda Dama Z Nietolerancją Różu wysiadła unosząc w świat swój perlisty śmiech, ekscentryczne upodobania i markerowe mazaje na tornistrze.

Wróciła jesień.

Zmroziło mnie

Z różnych przyczyn nie zwykłam odbierać telefonów z tak zwanych ‚numerów prywatnych’. Nie wiem kto zacz? Nie odbieram. Tak dotychczas brzmiało moje motto w kwestiach telekomunikacyjnych. Wczoraj przez pół dnia próbował się do mnie dodzwonić taki ‚numer prywatny’. Nie słyszałam. Telefon mam na stałe wyciszony. Reaguję na krótkie ‚pip’. Tym razem reacji nie było nawet gdybym chciała bo w pracy jakoś się nie złożyło a później byłam na próbie chóru, więc telefonu nie słyszałam. Kilkanaście połączeń i brak numeru zastanowiły mnie, jednak nie na tyle by przejąć się tym dłużej niż moment. Zapomniałam. Dziś w pracy przed budynkiem, gdy wyszłam do sklepu po śniadanie, usłyszałam ten charakterystyczny ‚pip’. Coś mnie tknęło, postanowiłam odebrać. To był nasz lekarz z poradni alergologicznej. Okazało się, że mam w domu całą baterię preparatów z corhydronem i jego pochodnymi o różnych nazwach i jednym zastosowaniu. Mają ratować życie. Słyszałam o aferze z Jelfą ale tak jakby przez mgłę i szybko dałam się pochłonąć wirowi codziennych spraw. Poza tym jakoś nigdy wcześniej nie przyglądałam się kto produkuje specyfiki, które trzymam w szafce. Teraz mnie zmroziło. Przecież gdyby Igor miał duszności i podałabym mu to co zwykle w takich przypadkach mogłabym go zabić. Albo siebie. W końcu bierzemy te same świństwa, tylko inaczej się to nazywa na rynku. I dawki różne. Jakiś koszmar normalnie. Leki oczywiście wszystkie mi wymienią – na wszelki wypadek wezmę wszystkie, które przepisał nam ten lekarz – ale to co zdążyła wyprodukować moja wyobraźnia i ogrom wkurwu jaki opanował mnie na myśl o tym, że w Jelfie ‚nie mieli obowiązku informować o błędach przy produkcji’ przerasta mnie o głowę. Albo dwie.