Operacja wyjazd, czyli mekong delta w kalejdoskopie

Powoli zaczyna się pierwszy atak paniki. Powoli bo jeszcze nie chodzę w kółko i nie skubię sobie rąbka spódnicy i zadziorka na ustach z nadzieją, że to mi w jakiś sposób pomoże. Bo wyjeżdżam niedługo na długo. W sobotę ściślej rzecz ujmując. Bladym świtem. Na fefnaście dni. A może i dłużej. Kto wie. Będę grać na tniutni a wszystko co niezwykle ważne i istotne będzie mi wisieć oraz powiewać. W różnym stopniu malowniczości. Jakby.

Ataki paniki miewam niezwykle rzadko, jednak zazwyczaj są one związane:
* primo – z pakowaniem siebie lub kogoś albo rzeczy swoich bądź czyichś w coś czy też do czegoś,
* secundo – z Dzieckiem moim nieodrodnym obdarzonym energią, która spore stadko elektrowni jądrowych mogłaby wprawić w zakłopotanie i wreszcie
* tertio – z rodzicielami osobistymi, których kocham miłością wielką i nieprzebraną ale jak są za blisko i przez czas dłuższy niż pięć godzin, mam ochotę sieknąć się bez łeb tłuczkiem do mięsa i poczekać na powtórny rozkwit renesansu by ktoś docenił moje wzorki na czole.

Tłuczek był na podorędziu ale postanowiłam przeczekać. W końcu niedługo wyjeżdżam, tak? No, znaczy więc od mamutów odpocznę. I być może nawet zatęsknię. Piszę ‚być może’ aczkolwiek że ponieważ obecnie rodzicieli mam na co dzień. Razem z dzieckiem, któremu – jestem pewna – ktoś podstępnie a uporczywie nocami podsypuje coś na smoczek, bo nie wiem skąd w taki upał można czerpać aż tyle siły i radości z obcowania ze światem. Nie wiem też jak to się dzieje, że ja po dwóch rundkach za lokatorską ‚żabką’ w podskokach przy jednoczesnej ewakuacji wszystkich okolicznych mebli i przedmiotów nań mieszkających w ułamku sekundy (nie podejrzewałam się nigdy o taki refleks) i niwelowaniu prób wspinaczkowych na wszystko co tylko uda się dostrzec w tym wściekłym pędzie, mam dość i język zwisa mi ozdobnie do pasa a Młody dysznie sobie raz czy dwa i dalej w długą posapując tylko filuternie. Że niby Mu ciepło. Z deczka. No ja przepraszam ale wymiękam. Kondycja bowiem moja osobista z reguły kończy żywot w momencie porannego zwleczenia się (to najbliższy prawdzie termin) z łóżka i idzie sobie na długi urlop. Okolicznościowy.

Razem z szalejącym po moim skromnym metrażu Lokatorem mam też w domie Meksyk dziki ale bez pieprzu i wanilii. Za to z dziurwami olbrzymimi w ścianie łazienki, resztkami tynku w cukiernicy znajdowanymi jeszcze długo po próbach doprowadzenia mieszkania do jako takiego wyglądu i funkcjonalności, o odpadającymi sekwencyjnie kafelkami i byle jak załatanym sufitem, z którego mam wrażenie zaraz wyskoczy ta rura od Górnej Sąsiadki. A to nie byle jaka rura bo rura sedesowa. I trochę zwiększa to u mnie intensywność doznań. Tudzież ekspresję wylgaryzmów przemilczanych ze względu na dobro małoletnich i święty spokój. Mam też perspektywę glazurnika, który przyjdzie i będzie naprawiał. Sufit ponoć też. Kafelki są jakby nie ten teges bo niebieskie. Nie to, że mam coś do niebieskiego. To w sumie bardzo miły kolor, choć nieco dołujący – ale jakby w łazience to nie rzutuje bo nie spędzam tam ośmiu godzin z dwoma przerwami na kawę i ciastko. Ale jakby trochę głupio mieć niebieskie kafelki do łatania dziur w kafelkach beżowych. Jakby. Ale to też jakby nie moja problematyczność bo ja tu tylko wynajmuję. Czyt: nie mam głosu. Właściciele znaleźli w promocji niebieskie – będą niebieskie. Tyz piknie. Pan glazurnik co prawda podczas wstępnych oględzin jasno się wyraził o nowatorskim pomyśle kolorystycznym i nie zacytuję tegoż bo rechoczę w kułak ale on jakby też jest tylko glazurnikiem. Czyt: nie ma głosu. Poza tym jest nietutejszy.

Wspaniale się dogaduję z góralami. Stwierdzam autorytarnie. A pan glazurnik stwierdził nawet, że gdyby już jednej cholery nie zostawił w domu to itp itd etcetera ‚by se mie wziuł’. Takich etceter to ja się doprawdy nie spodziewałam i teraz nie bardzo wiem czy mam się czerwienić z radości czy z prawego półprofilu, ale co do porównania mnie do cholery to się zgodzę. Z tą tylko różnicą, że gdybym mogła zabijać, nie wynaleźli by na mnie szczepionki. A chininą to by się mogli co najwyżej podetrzeć. W przypływie romantyzmu.

Pan glazurnik przyjdzie teraz w sobotę rano i zacznie naprawiać a ja mam nieśmiałą nadzieję siedzieć już wtedy gdzie indziej i się przemieszczać. Siedzieć z Ludzkim pod jedną pachą, bagażem swoim pod drugą i setką ludzkiego bagażu pod stadem pach wyimaginowanych. Co nie znaczy zbędnych. Bo raczej wręcz przeciwnie. Pominę tu absolutną niemożność posiadania stu pach w kwestiach anatomiczno-ekonomicznych. Skupię się za to na równie absolutnej niemożności posiadania Lokatora i tony naszych (ta akurat NASZYCH) bagaży do sobotniego świtu. Bo niby kurde jak. Kurka siwa, cie choroba, szfak i w ogóle ja pergolę. I tu chyba właśnie jest sedno paniki. O mojej radości nieprzebranej i szczęściu niepojętym jeśli chodzi o pakowanie się pisałam już w lutym (i pewnie jeszcze kilka razy wcześniej). A teraz jeszcze mam w chałupie Mamuta ze Zdzichem. Do z Obywatelem siedzenia podczas niedoczynności żłobkowej i nadczynności robotów rozmaitych w miesiącu lipcu oraz szczególnym doglądaniu pana glazurnika w najbliższa sobotę. Miał być sam Mamut ale Zdzich ma akurat urlop a obojgu samotnie się przykrzy co zresztą zrozumiałe (jakby), więc mieszkamy od tygodnia wszyscy razem i powoli (podkreślam powoli) nawet przez sen dostaję nerwicy natręctw. Brakuje tu jeszcze Stefana, która jest w Mamutowie i macierzyńczy kolejne dwa kotecki. Plus odwiedzin dawno nie widzianej koleżanki z trójką uroczych dzieci. I mężem. Z psem. Bez kagańca. Ratunku, ja się duszę. A jak się uduszę to:
* primo – nigdzie nie pojadę i zwariuję,
* secundo – nigdzie nie pojadę i kogoś zabiję,
* cinquecento diesel – nigdzie nie pojadę i nie pocieszy mnie nawet fakt, że przecież nie żyję, więc powinno mi być wszystko jedno.

Jak widać słowa ‚non omnis moriar’ nigdy nie tracą na wartości. A w razie nie bycia pewnym łacińskich liczebników zawsze można posiłkować się włoskim. W stylu moto.

Czasownik ‚pakować się’ kojarzy mi się wybitnie albo z czymś nie do końca dobrym i oznaczającym w nie zdefiniowanej bliżej przyszłości kłopoty albo z potem na czole i obłędem w oczach. Już teraz wiem, że muszę pakować się nocami, albowiem gdy wracam z pracy do domu mój Syn wykonuje coś w rodzaju kwiku stulecia skrzyżowanego z podskokiem w półprzysiadzie i wylądowawszy w moich ramionach nie odczepia się ani na moment przez godzinę. Jest radosny i szczęśliwy, opowiada mi w sobie tylko zrozumiałym języku jak strasznie było z Dziadkami i jak okropnie za mną tęsknił i ukwieca mi dekolt chwilowo czystej bluzki resztką przetartego jabłka, które akurat przez przypadek znajdowało się w jego jamie gębowej. Albo gdzieś głębiej – nie wnikajmy. Potem zaś ganiam na czworaka po podłodze na małymi stópkami w różnych wdzięcznych konfiguracjach. Nie narzekam, że ganiam – broń boże. Tylko zwyczajnie jestem potem zmęczona. Normalnie, po Ludzku 😉

No… czyli czasownik ‚pakować się’ bardzo trafnie mi sie kojarzy, bo skoro pakować się będę podczas najbliższych dwóch nocy, które mi zostały (z naciskiem na ostatnią jak znam życie i siebie samą) w pakowanie bagaży na najbliższe dwa tygodnie w nieodgadnionych warunkach i nieprzewidywalnym klimacie, to bardziej niż pewne jest, że zabiorę nie do końca to co powinnam, albo nie wszystko, albo nie tak jak powinnam, albo spakuję coś i zostawię w dobrym miejscu, tak dobrym, że nikt tego nie znajdzie do gwiazdki, albo pierdutnę czymś w napadzie szału przedwyjazdowego o ziemię… i to w efekcie doprowadzi przez pot na czole i obłęd w oczach do gargantuicznych kłopotów. Które tylko ja potrafię generować z taką lekkością z jaką inni umieją malować paznokcie. Albo grać w szachy.

Na zakupach przedwyjazdowych ostatnich Pablos patrząc na czarna taśmę porywającą równowartość moich ciężko zarobionych pieniędzy w postaci pełnego koszyka rozmaitości baknął z przekąsem:

– O, znowu sobie coś kupiłaś!

Śmieliśmy się strasznie a reszta kolejki patrzyła na nas ogólnie rzecz ujmując dziwnie. Na taśmie bowiem wśród kilkunastu artykułów dających razem straszną sumę znajdowały się z przeznaczeniem dla mnie tampony i paczka pięciu maszynek do golenia. Reszta była mocno lokatorska 😉

____________
mekong delta – by Haluta
reszta – by słownik języka polskiego i lata praktyki

3 uwagi do wpisu “Operacja wyjazd, czyli mekong delta w kalejdoskopie

  1. glazurnik, ładne słowo. jak galernik, komornik i ponurnik.
    twoja mowa jest jak meble pakowane z trocinami. trociny ffuchch i wtedy widać fajne mebelki.

    Polubienie

  2. mogę Cię pocieszyć?
    masz przecież jeszcze i pachwiny:)
    a nawet i zęby:)

    notka skoncentrowana jak skrystalizowany jad ociekający zmęczeniem i „zarazkogośugryzęwtyłkiem”. życzę Ci byś poczuła się jak kwiat lotosu na tej tafli jeziora wśród pergol:)

    Polubienie

Dodaj komentarz