Zeolity z popiołów lotnych… z dodatkami w nawias ujętymi

Dziecku minęła gorączka i atak pyłków albo innego cholerstwa. Śmietance minął termin przydatności do spożycia. Pluton minął po raz kolejny mgławicę Kleopatry czy jakiejś innej Racheli. Mnie minął właśnie tak zwany Trudny Okres Życiowy.

W tak zwanym Trudnym Okresie Życiowym (powodowanym bardzo różnymi i całkowicie ode mnie niezależnymi bądź jak najbardziej zależnymi czynnikami) zazwyczaj miewam mniej lub bardziej uświadamiane myśli zbrodniczo-sadystyczne i marzę o pile mechanicznej marki Husquarna posiadanej na własność. Trzymałabym ją pod poduszką i przecierała miękką szmatka w przypływie czułości. I miziała po silniczku. A w chwilach gwałtownej potrzeby mogłabym ją przed się wziąć i się nieco ponapawać. Schopenhauer byłby dumny, Freud wymyśliłby zapewne coś z penisem a Zorżyk uciąłby krótko, że pi_em_es. Bywa.

Miewam też mniej lub bardziej gwałtowne sny o tematyce śledczo-bazarowej i odczuwam przenikliwe zimno w godzinach: druga w nocy – czwarta nad ranem. Czy to normalne Droga Redakcjo? I czy już potrzebuję pomocy specjalisty (jak zwykł mawiać Wujek Pablos i połowa ludzkości) czy też może wystarczy zwykły urlop. Może już stygnę i nic o tym nie wiem. Czas mi się ostatnio niebezpiecznie rozpędził, sapnął, podstawił nogę i zwiał pozostawiając starą wycieraczkę i królicze bobki za kuchenną szafką. Kurza jego melodia. I psia mać. I bździągwa rosochata.

Z króliczymi bobkami za kuchenną szafką to było tak, że jak mi wylała z brzegów swego czasu lodówka, pralka i rozpacz z tym związana, to zabezpieczyłam kuchnię na jako_tako ścieraMY rozmaityMY i ręcznikaMY papierowyMY i postanowiłam wrócić do sprawy jak już się uporam z cała resztą spraw zwłoki nie cierpiących. Co miałam wytrzeć to wytarłam, co miałam zebrać to zebrałam, reszty i tak nie dałabym rady rozbabrać i zbabrać w standardową jednonoc wiosenną, więc odłożyłam niech leży. SE. Leżało, kwiczało i się doczekało. Z odłogu zbudziłam kuchenne szafki, które poprzesuwałam nieco (znaczne nawet to nieco było) celem za nimi wysprzątania i wytarcia wszystkiego co mi się napatoczyć na organa rozmaite może. A mogło, jak się byłam przekonałam, napatoczyć wiele.

Najsamprzód (trudne słowo) przypomniałam sobie (a nawet gdzieniegdzie SE), że mieszkanie to wynajmuję od Miłych Państwa i czemuż to ci Mili Państwo wynająć go wcale już nie chcieli. Nigdy w życiu. Mianowicie (nieco łatwiejsze ale też z górnej półki) przede mną mieszkał w nim Pewien Pan, który to hulał, tańczył i swawolił aż się sąsiedzi z sąsiedniej kamienicy skarżyli i pomstowali. Bywała pod trzydziestką jedynką i policja i panienki o obyczajach lekkich acz spojrzeniach jakby mniej, albo oddechach, i bywali panowie o szemranej aparycji i zapełnionych aktach. Takie się rzeczy działy, że ho ho. A Pewien Pan to nawet złapany został przez Miłych Państwa na klatce schodowej jak pralkę taszczył celem jej zawłaszczenia i zniknięcia wraz z wzmiankowaną w dali sinej a odległej. Bez płacenia za zaległy czynsz rzecz jasna. Pamiętam dobrze swoje zdziwienie na widok nie działającej pralki stojącej na środku kuchni i straszącej otoczenie urżniętym wężem odpływowym tudzież wybebeszonymi kablami. Urocze. Doprawdy.

Jakież było więc moje zdziwienie, gdy za kuchenną szafką numer trzy odkryłam prócz kilku niedopałków i playboya z 2003 królicze bobki.

Wszak człek, który trzyma w domu żywego królika nie może być zły.

Chyba, że ten królik szedł na pasztet znaczy wprost pod nóż i wprost pod rękę Pewnego Pana prawą. Bądź lewą. Opcjonalnie (to to już w ogóle tylko ze słownikiem). A tak poza tym to zupełnie nie wiem skąd mi się bierze wnioskowanie o ludzkiej dobroci na podstawie posiadanego inwentarza zwierzowego. Zupełnie.

Ps. Tytuł notki zawiera tytuł książki, którą mijałam dziś w księgarni a nawiasy zawierają sugestie dla czytaczy, piszących mi prócz epitetów MoWą TrAwiAstĄ BąkANyCh, że mam notki niezrozumiałe, bo trudnych wyrazów ‚urzywam’. Sic!

Idę zatem URZYWAĆ życia w realu.
Znaczy oddam się pracy nieorganicznej i na wyżynach. Bez reszty.

Miłego

0:34 czyli filmowo

KINOWO

‚Jabłka Adama’ to film zdecydowany. Pod każdym względem. Zdecydowanie odradzam niezdecydowanym, którzy do kina chcieliby pójśc na nie_wiem_co ale żeby było lekkie/ łatwe/ przyjemne/ do przespania (potrzebne dopisać). Zdecydowanie polecam za to tym, którzy filmy wybierają z premedytacją. Ja tak lubię. ‚Jabłka’ to film mocny. Niby o resocjalizacji i niby poruszający tematy ważne i najważniejsze ale potrafi też momentami położyć na łopatki. Mnie na pewno poruszył. Wielokrotnie. I nie ma co się w nim doszukiwać drugiego dnia czy ukrytego wymiaru – wali po mordzie aż iskry lecą a za chwilę głaszcze i mizia z zadowoleniem. Ale to ‚nierówność’ zamierzona i wg mnie uzasadniona. Bez tego film byłby zwykły – a tak, jest ciekawy. Bardzo. Ni to komedia, ni dramat. I pośmiać się można i rozczulić a i momentami szczękę z podłogi zebrać… gdzies tuż koło nogi sąsiada z przodu. Na pewno czarny humor jest tu niewątpliwym atutem. O ile oczywiście ktoś ów czarny humor lubi. Film specyficzny. Ale wybrać się nań warto z pewnym jasnym nastawieniem. Poruszane są tu tematy uznawane z niektórych kręgach za tabu, mieszane z błotem wartości i moralne relikwie, by za chwilę jednym celnym dialogiem, czy puentą z poziomu filozofii wykładu profesora Rainko wylądować w trzecim świecie absurdu. Dla mnie bomba. Ale nie każdy pośmieje się zamiast obrazić. Śmiertelnie. Pachnie mi tu telewizyjnym ‚Sześć stóp pod ziemią’. Nie wiem czemu – może nie doczytałam w nazwiskach. Pewnie tak, bo nie czytałam. Świetne ujęcia, maksymalna jazda bez trzymanki, muzyce trochę brakuje ale reszta nadrabia niebanalnością, klimatem rodem z Monthy Pythona zmieszanego z Markizem De Sade i świeżym spojrzeniem. Jedno jest pewne – nic w tym filmie nie jest święte. A zarazem wszystko. Prześmiewcze. Bohaterskie. Ładne. Polecam.

TELEWIZYJNIE

Scena golenia Travolty w ‚Fenomenie’ ma w sobie taki ładunek erotyzmu, że gdyby można było zmienić go w energię elektryczną, STOEN musiałby dorabiać chałupnictwem. I to bardzo długo. A nie widać w niej nawet skrawka golizy, nie pada ani jedno słowo. Sztuka.

Film niespecjalnie rozwijający intelektualnie, Travolta jak to on – ‚mientki’ w kolanach i z przyszeroką szczęką, taki misiek rodem z emeryten party ale ale i jeszcze raz ale…

Dla takiego golenia byłabym w stanie zapuścić się jak Święty Mikołaj.

O ja cię…

1 czerwca, czwartek, Dzień Dziecka

Dziś droga do żłobka usiana była balonami. Żółto-niebiesko-biała radość namalowała się wiatrem na buziach dzieci, które kurczowo uczepione rodzicielskich dłoni, nieśmiało i z przejęciem rozglądały się wokół. Jakby nie do końca wierząc, że jest tak fajnie. A było. Ja sama stanęłam cała w uśmiechach i obserwowałam jak zafascynowany tą feerią barw i kształtów Lokator usiłuje załatwić pierwszego w swoim życiu balona pierwszym w swoim życiu zębem. Jedynką. Dolną. Lewą. Z tendencją do posiadania rodziny po prawej stronie szczęki. Rodzina zbliża się nieuchronnie a balony jak trwały tak trwają. Miło się zaczął ten Dzień Dziecka. Nawet Zdzich zadzwonił z uściskami. Pierwszy raz w życiu. Dziadzio dorasta. Cieszę się. Na pewne rzeczy czeka się całe życie. I nawet jak nadejdą tak późno, że już się ich nie spodziewaliśmy to jest nam tak dobrze, że i o tym całym czekaniu zapomnieć można.

Na ‚dobrze, że jesteś’ zawsze warto czekać. Choć nie zawsze trzeba. Syn dostał bez czekania. I nie tylko na pierwszego czerwca. Ciągle dostaje. Bo dobrze, że są te Dzieci. Tęskni się za tymi, których już nie ma i do tych, których jeszcze. Te które są warto doceniać. To bardzo ważne.

Najlepszego…

Wczoraj rano w drodze do pracy mijałam na torach przystanek. Przystanek był wiatą z metaloplastyki i był pusty. Tylko drzwiczki reklamowe miał otwarte na oścież. Z boku, tam gdzie się plakaty wiesza z odzieżą hip-hopową i afiszuje repertuarem teatrów. A w tych drzwiach otwartych wisiała cała w czerwieni Monica Belucci i epatowała seksapilem, że się normalnie schowałam głębiej w kurtkę co by nie zakłócać fal i widm. A epatować to ona ma czym, oj ma. Aż miło popatrzeć mimo tego schowania w kurtkę, w kołnierz, w tramwaj.

No więc wisiała tam sobie w tej czerwieni i powiewała na wietrze zadając miastu i światu pytanie ‚Za ile mnie pokochasz?’. Pablos ostatnio wypowiadając się o plakacie tej samej Belucci w tej samej czerwieni ale na innych współrzędnych stwierdził, że dużo dopłacać to by nie musiała. Pozwolę sobie to jego stwierdzenie obrać za azymut i przy tym pozostać. Też bym jej z łóżka nie wyrzuciła.

Kobiety w stylu plakatowej Pani W Czerwieni się smakuje. Bo może i ona wygląda jakby z niejednym panem na niejednym stole niejedne geranium przesadziła do nieco większej doniczki – wiosna w końcu – ale jak tak ma się wyglądać po tym niejednym przesadzaniu to ja poproszę dokładkę. I tutaj truizm o winie, kobietach i czasie wybitnie dobrze się kupy trzyma. Normalnie wcięło mnie w fotel jak mi ostatnio zamruczała w kinie na zapowiedzi obecnie trajlerem zwanej. Stary, fajny, doświadczony kocur, dla którego głowy tracą nawet młode tygrysięta z napędem na cztery łapy. Że hej.

Wieczorem wracałam z pracy i przejeżdżając przez te same tory wypatrywałam znajomego przystanka. Z nadzieją. Z przyzwyczajenia. Czy z ciekawości. Nie wiem czy znów chciałam wymienić z Panią W Czerwieni spojrzenia, czy zastanawiać się jaka była dwadzieścia lat temu i cieszyć się w duchu, że dobrze czasem nie wiedzieć, bo by się można było z żalu udusić własną chustką do nosa. Ale… nie było jej. Pewnie i tak czekała za długo w tych otwartych drzwiach.

Wiata z metaloplastyki dalej trzaskała wiatrem i wieczorem ale filmowa Belucci zniknęła.

Ktoś zrobił sobie wcześniej swój dzień dziecka.