Wesoło jest, nie powiem

Mamut dzielnie trzyma fason i udaje, że w związku z Lokatorem nic nie jest jej w stanie zaskoczyć ani zbić z tropu. Nic a nic. Może tylko, kiedy wczoraj zadumawszy się nieco wydukał ‚be_be_chhyy’… zacukała się z lekka. Ale tylko z lekka. W końcu umiłowanie Wnuka do wnętrzności może świadczyć, że w przyszłości zostanie słynnym chirurgiem, albo nie mniej majętnym weterynarzem. Prywatnym i z polecenia rzecz jasna. Kto wie. Jak wiadomo babcie z reguły chętnie widzą dziatki swoich dziatek (bo skoro w przypadku własnych się nie powiodło to może choć w genach ten geniusz białego kitla pozostał) w rozmaitych medycznych okolicznościach sprawczych. Nie chciałam Mamuta wyprowadzać z błędu, że ‚bebechy’ równie dobrze mogą oznaczać skłonności psychopatyczne i umiłowanie sadyzmu (to by tłumaczyło te ciągłe szczypania, Młodzieńcze miły) a chęć odkryć na tle gastroenterologii nie musi świadczyć o potrzebie pogłębienia wiedzy w temacie skalpela i sali operacyjnej. Chyba, że lancet wystąpi w tej przygodzie w całkiem innej roli. Kuba Rozpruwacz w końcu raczej chirurgiem nie był i na naukowe konferencje rzadko go zapraszali, a na anatomii poznał się ot tak, przy okazji. Za to, excuse mot, dogłębnie. Pozwólmy jednak Mamutowi mieć nadzieję na świetlaną przyszłość Młodego i niech Mu Hipokrates ością w gardle nie staje. Ja w sumie też bym wolała mieć w rodzinie lekarza, niż psychopatę. Pech chce, że jedno niestety nie wyklucza drugiego a czasem nawet zdaje się towarzyszyć, ale bądźmy dobrej myśli. Może odziedziczył po tej osobliwej wesołej ferajnie jaką jest moja rodzina tylko ten dobry zestaw genów.

Tak swoją drogą to zadziwia mnie (i nieco przeraża nawet) fakt wyboru ścieżki edukacji i ogólnie pojętej kariery dziecka jeszcze na długo przed tym jak zacznie patrzeć na rodzica ledwie rozumiej niż na pluszowego misia zwisającego malowniczo nad łóżkiem. Znam całkiem sporo przypadków rodzinnych, aktualnych, gdzie dzieci mają opłacone z góry i z dołu miejsce w renomowanym liceum, podczas gdy lada moment nauczą się dopiero stawiać pierwsze kroki czy korzystać z nocnika. Wniosek do żłobka trzeba składać kiedy się jest jeszcze w ciąży – kretyństwo czystej wody ale miejsc tyle co nic (pięć żłobków na krzyż to łagodnie rzecz ujmując niewystarczające możliwości), więc to jeszcze rozumiem. Walki podjazdowe o tak zwane ‚dobre’ przedszkole i listy społeczno-ekonomiczne na najbliższe stulecie to już temat rzeka i nawet nie chce mi się w nim brodzić, bo nie ma to najmniejszego sensu. Gimnazjum? Podstawówka? To kwestia bardziej niż odległa ale tu już problem się pojawia nie do przeskoczenia żeby była ‚naj’ bo inaczej to nie wiem co, społeczny ostracyzm w ‚towarzystwie’ chyba i utrata złotej karty vipa do centrum handlowego. Ale liceum? Tego to ja na Chiny Ludowe pojąć nie jestem w stanie. Dlatego nawet nie wspominam o delikwentach, którzy zdecydowali już jakie przedmioty dzieci będą zdawały na maturze w roku 2030 i w której auli mają siedzieć na wykładach podczas studiów. Normalnie życie zaplanowane do granic absurdu. A co jeśli pociecha będzie chciała nieco zboczyć z tej obitej kamieniami w pobocza dróżki? Wydziedziczą wyrodnego potwora? Czy też może łaskawie oficjalnie pójdą na kompromis a w przedpokoju po cichu zamówią egzorcystę? Koszmar. Pomyśleć, że za moich czasów przedszkole i podstawówkę wybierało się metodą ‚gdzie najbliżej’ i było dobrze. I też obie z Siostrzycą zdałyśmy bez problemu matury, pokończyłyśmy w terminie studia, mamy pracę. Jakoś nie trzeba było do tego celu zaprzęgać piekielnych mocy, tworzyć list i dawać nikomu kopert. Ale teraz widać inne czasy. I inni ludzie. Ja tam jestem wdzięczna, że decyzję o wyborze szkoły średniej i wyższej/ zawodówki i zawodu/ technikum i leżenia masztem wzwyż/ czegokolwiek innego (niepotrzebne skreślić, potrzebne dodać) rodzice pozostawili mnie. I tylko mnie. W końcu taka decyzja to pierwszy krok do samodzielności.

Tymczasem Ludzki (nowe określenie Młodego vel Lokatora powstałe w mailach z Alty) może sobie do woli ogryzać taboret i wspinać się metodą ‚na glonojada’ po dostępnych Mu bez ograniczeń meblach nizinnych. Samodzielnie.

Dziecko w kagańcu i matka w zwisie

No. Że tak to ujmę lapidarnie.

Czyli generalnie jest tak, że Młody rzęzi, chrycha i uprawia rzut gilem na odległość a ja mam anginę. Standardowo o tej porze roku. Normalni ludzie cieszą się latem i chodzą na spacery a mnie się urywa głowa i marzę tylko o tym, żeby urwała się szybciej. Pani Gorączka pogania pana Kaszel_Gigant panem Gardło_Boli a nad wszystkim powiewa i stepuje gigantyczny pan Katar. W zatokach muszę mieć jakiegoś płetwala i on się tam dusi. Nie ma innego wytłumaczenia. Liczę na to, że przyjedzie Greenpeace i wyciągną go ze mnie mili panowie w zielonych kaloszkach do pół uda. Byle szybko bo zacznę brzydko przeklinać. Na razie przeklinam jeszcze ładnie – Dziecko słucha.
Pablos też ma to samo, co pozwala mi przypuszczać, że załapaliśmy choróbsko w szpitalu na izbie przyjęć, czekając na swoją kolej pośród rozkasłanych i rozkichanych małoletnich. Szfak.

Do tej pory moje worki na śmieci wypełniały pieluchy i czasem jakiś samotny słoik. Teraz wszystko tonie w wyrobach celulozopodobnych o trzech warstwach i wyjątkowej delikatności. Pies drapał tę delikatność wyjątkową. Nos mam czerwony jak pan Kazek z Centralnego. I chrypię podobnie. Żeby choć z podobnych powodów to przynajmniej bym z życia coś miała. Ale nie – z alkoholu to ostatnio spożyłam sok jabłkowy, który przy odrobinie szczęścia i w sprzyjającej przecież temperaturze mógł radośnie sfermentować w moim żołądku i dostarczyć mi kilku wyjątkowych powidoków.

I co? I dupa zbita. Nic. Sok się wypiął i odmówił współpracy w tworzeniu meliny. Popchnęłam go truskawkami z cukrem ale tylko dostałam wysypki. Na rękach. Jak jestem chora to dziwnie jakoś reaguję bo nigdy przedtem truskawki nie działały na mnie w ten sposób. W dodatku wściekam się bo nawet nie smakowały jak truskawki. Przy anginie wszystko smakuje jak tektura.
Chyba. Bo na szczęście nie jestem pewna jak smakuje tektura.

Potem już nic nie jadłam bo wnerwiło mnie to, że siedzę i się drapię po tych truskawkach (znaczy po rękach ale po spożyciu truskawek) a ani siedzieć ani drapać się za bardzo nie mogłam bo Młody choć chory i rzęzi, energii ma aż nadto. Musi jakieś podrasowane te jego duracellki. Właśnie odkrył jak usprawnić raczkowanie posiłkując się taboretem i próbuje… wstawać? Mam nadzieję, że nie ale tak to właśnie wygląda. Na razie ćwiczy tylko podciąganie się na rękach ale już ja widzę co Mu po tej łysej glacy chodzi.

Dziwne to by było zwłaszcza, że nie lubi siedzieć a i to raczkowanie ma dopiero raczej w początkowym stadium. Doktor Królik wyrokował wprawdzie, że ‚to dziecko prędzej zacznie chodzić niż siadać z upodobaniem’ ale pozwolę sobie mieć nadzieję, że jednak nie i jeszcze mi da trochę odetchnąć zanim zmuszona będę łapać spadające książki i Jego równocześnie. I nie obchodzi mnie, że ‚niektóre dzieci tak mają’. Igorze, Synu, błagam ogranicz się póki co do raczkowania i nie pnij mi się po sprzętach wzwyż. I tak już Cię ledwie ogarniam. Wzrokiem 😉 Nawet łóżko obywatelskie trzeba było sprowadzić piętro niżej bo zaczął mi Dzieć górą z łepetyną niebezpiecznie wystawać.

Teraz przez tydzień Młody ma wolne od żłobka i będzie rzęził w domu męcząc biedną Babcię, co ją wczoraj Zdzich przywiózł w ramach odsieczy. Mamut dzielny jest i tylko raz widziałam, że z lekka panikuje. Liczba specyfików, które Lokator ma co 6 godzin przyjąć faktycznie powala na kolana, ale zarówno antybiotyk (pyszny truskawkowy Ceclor) jak i te wszystkie tabletkowe czy wziewne siuwaksy nie robią na nim wrażenia większego niż fakt, że zabrałam do prania Tygrysa co połknął groszki choć ma w brzuchu dziurę.
Rozpacz bezbrzeżną Młody rekompensuje sobie z namaszczeniem obśliniając stołową nogę. Póki co z powodzeniem ale pomyślę nad wprowadzeniem stosownych ograniczeń.

Reasumując: w domu mam mini szpital ale dziś ma przyjechać pan z inhalatorem (drugi już alergolog wpisał w lokatorską książeczkę J-45, czyli astmę i przykazał się zaopatrzyć, więc trzeba było) i teoretycznie ma być łatwiej; wyglądam jak ‚idź stąd’ a czuję się jeszcze gorzej i teraz jestem już pewna, że na czerwony nos nie pomaga nawet TA niebieska sukienka i fakt, że Strucel w przepięknym stylu wyłożył się dziś pod śmietnikiem; brakuje mi koncepcji co zrobić z tą anginą bo chętnie bym sie jej pozbyła a nikogo nie ‚nie lubię’ aż tak, żeby ją puścić w obieg. Nawet Strucla.

Ps. Z rozrywek wybitnych w niedzielę uprawiałyśmy z Katą czytanie rubryki ‚listy intymne’ w archiwalnych numerach super expresu znalezionych w kuchni za koszem na śmieci. Dżizas. To odmóżdża lepiej niż telezakupy mango o 3.30 nad ranem.

Między flagami

Pacjent, pesel, lat 8/12, zamieszkały, izba przyjęć, dnia.
Badaniem lekarskim stwierdzono: Bronchitis obturativa(*). Zalecono: Ventolin, Budesonid mitte. Konieczna opieka alergologiczna. Przy dalszym nasileniu objawów w przeciągu doby – niezbędna hospitalizacja.
Pod szpitalem i na ulicach pusto.
Tego wieczoru wszyscy wpatrywali się w zielony prostokąt w Dortmund. Przegraliśmy z Niemcami 1:0. Ponoć ładnie. W tym samym czasie ja wpatrywałam się w czerwone, światła na skrzyżowaniu. To były najdłuższe światła na świecie. Gdy zmieniły się na zielone, wróciliśmy do domu. Mały jest dzielny, a ja mam potworne wyrzuty. Mimo lekarza co twierdzi, że wirus.

____________
* obturacyjne zapalenie okrzeli

I co to teraz będzie, czyli Matka Wyrodna part tu

Towarzysz Bruno Braun zawinął się i pojechał obzdjęciowiwszy Lokatora doszczętnie, w każdym rzucie przestrzennym i w każdej możliwej konfiguracji. Teraz Syn mój ma dokładnie udokumentowaną historię kąpania, przewijania, jedzenia, pełzania po podłodze i wolnopowietrznej rekreacji. Będzie Mu kiedyś wstyd przed kobitami. A może i nie… W końcu sam Doktor Królik, uznany pediatra, zachwycał się swego czasu obywatelskimi rodowymi, excuse mot, klejnotami.

Zdecydowanym faworytem jest zdjęcie z Magiczną Łyżeczką. Magiczna Łyżeczka powstaje wówczas gdy Obywatel podczas jedzenia zagryzie ją ‚na duś’ swoim jedynym zębem i nie ma rady żeby puścił. Wtedy ta łyżka wystaje Mu z boku dzioba i to bardzo zabawnie wygląda, zwłaszcza, że Młody się przy tym uśmiecha. Tak pomimo łyżki. A magiczna, bo nie upada. Trochę mi to przypomina programy z cyklu ‚niemożliwe, nie do wiary i w ogóle kosmos’, w których to pokazują pana Henia co ma na klacie żelazko, wszystkie okoliczne sztućce, pięć imadeł, garnek lutowany oraz małżonkę co ma metalową płytkę w głowie i nic – nawet rzeczona małżonka – nie spada na podłogę. Ale tylko trochę.

Wczoraj poszliśmy na ten chór ale po pierwsze primo Młodemu nie bardzo uśmiechało się chórowanie, po drugie primo miałam nastrój pod tytułem ‚ander de pies’ i wybitną potrzebę podpalenia jakiegoś budynku (a pałacyk rektorski bardzo lubię) a po trzecie primo, ultimo – przyszli dawno nie widziani znajomi i postanowiliśmy zrobić sobie wszyscy razem wagary.

Dyro Daro mnie powiesi, pozostali na próbie chórzyści przeklną a pies sąsiadki nad ranem zawyje ale mam to, z całym szacunkiem, tam, gdzie nikt by nawet szacunkować nie śmiał. Trudno. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi – jak śpiewał pan Jerzy. Marny pożytek ze mnie i tak byłby a z racji tego, że zawsze kurde jestem i wyję, raz mogę mieć i ja ten swój gorszy dzień.

Na wagary poszliśmy poza tym w słusznej sprawie. Ta słuszna sprawa to radość z niedalekiego już w przyszłości bo lipcowego ślubu Marijki i Krzysia. W końcu trzeba było to uczcić siedzeniem na trawie, piciem nałęczowianki malinowo-jeżynowej i jedzeniem truskawek. Prosto z łubianki. Poza tym dawno już nie widzieliśmy się w gronie obecnym wczoraj na Polach Mokotowskich.

Tak, tak właśnie. Obywatel zaliczył wczoraj swój pierwszy raz na Polach. I był zachwycony. Zachwyty okazywał rozgłośnie, cieszył się z krótkiego rękawa swej koszuli, z pasiastych skarpet, sztruksowego spodzienia i czerwonej bandanki na głowie. Z tego, że Go wszyscy tarmosili, ściskali, miziali i nosili cieszył się równie bardzo ale zapewne nie tak bardzo jak ja, Jego Matka Wyrodna, której ręce – gdyby jeszcze chwila – zwisłyby beztrosko w sam raz na wysokość sznurówek.

I sama nie wiem, które z nas cieszyło się bardziej ale grunt, że w końcu mogłam odpocząć. Od wszystkiego. A potrzebne to było bardzo. Bo wczoraj ci ludzie, i to słońce, i ten park, i te truskawki pachnące słońcem, prosto z łubianki jedzone, i obserwacje skoczków na linie rozpiętej pomiędzy drzewami, i te rozmowy, i pies co miał wyglądać jak chomik, i taki cudowny spokój, jaki można znaleźć tylko gdy już się przestaje szukać, i ładowanie baterii w energię, i uśmiechy, i że fajnie było was spotkać, i droga do domu z nosidełkiem śpiącym od wrażeń.

Nosidełko spało smacznie i wszystko Mu było jedno czy tramwaj czy wiatr. I niby otulałam obywatelską bluzą z białymi uszami na kapturze i sprawdzałam i poprawiałam tę bandankę na tej łysej prawie głowinie. A dziś? A dziś pluję trzy razy przez lewe ramię, już nawet nie w brodę, żeby tylko nie zachorzał mi ten grzdyl mały, bo lokatorski katar się wzmógł i wynikł z niego kaszel a ja czuję się najgorszą matką na ziemi. A chciałam tylko Ci, Synku pokazać jak dobrze można się Tam czuć…

Ostatnio miewam dłuższe weekendy. W piątki nie ma mnie w pracy tylko włóczę się z Obywatelem po okolicy i zaglądam to tu to tam. Mam prikaz od Czifa odgórny co by urlop wykorzystać od do i w ilości przewidzianej kodeksem. To wykorzystuję. W końcu zaległego się uzbierało na kilogramy. Tak wiem, strasznie nieładnie jest wyjeżdżać jak się ma elcztery… chyba, że jest to elcztery z literką b jak ciężarna. Bo wtedy to tito_mi_to i za sugestią Mistera Gina nawet powinnam. No, to mi tito i powiewo. Korzystam zatem.

W piątek zaprzeszły miałam Lokatora dostarczyć do Doktora Królika celem wybadania i zaszczepienia przeciw parszywym pneumokokom oraz innym krewnym i znajomym królika (możliwość tę dostał Młody od Dziadków w ramach połówki urodzin z czego cieszymy się niepomiernie). Pneumokoki to takie małe diabelstwa, których lepiej unikać jak ognia i które zdroworozsądkowo poleciła nam pani doktor Łajt Kitel W Chodakach wypisując Młodego ongiś ze szpitala. Żeby nie wracał. Póki co miała rację i oby tak zostało. Bo jak jakiego spotkam to chyba widelcem zatłukę.

Czyli miałam. Miałam ale Młody w tak zwanym międzyczasie ustawowym był w trakcie wydawania na świat brand nju zęba (dolna jedynka prawa, piękna) i miał temperaturę prawie jak pranie bawełny o średnim stopniu zabrudzenia. 39 stopni robi swoje. Zawieźliśmy więc Bohatera Z Kasownikiem pablosowym środkiem lokomocji do Doktora Królika bo w końcu taka jedynka to nie choroba i poza katarem (stale już chyba obecnym w naszym życiu) Młodemu nie dolegało nic. Nic a nic, nawet korzonki.

Doktor Królik, jak zwykle śmiesznie ruszający nosem, na wstępie poinformował mnie, że właśnie urodziła mu się czwarta córka i on by się z tym szczepieniem wstrzymał bo te 39 stopni trzeba poobserwować. Zastanowiłam się przez chwilę jak mam niby poobserwować to celcjuszowe odkrycie i przez dwie chwile jaki ma związek jego czwarta córka z moim pierwszym Synem i o co generalnie się rozchodzi. Ale dałam sobie spokój, córki pogratulowałam i zgodnie z zaleceniem zapisałam Igora na wizytę za tydzień. W następny piątek.

Następny piątek był minął w zeszłym tygodniu (strasznie to skomplikowane) i minął względnie dobrze. Jedynka wyszła już dawno i nadal ciągnie za sobą siostrę bliźniaczkę z lewej, temperatura zniknęła bezpowrotnie i nie tęsknimy po dziś dzień a Lokator jak szalał tak szaleje. Zaszczepiliśmy zatem Dziecia w udo (lewe), Dzieć wydał dwa kwiki i zamilkł po tym jak Mu na ucho obiecałam, że pójdziemy na długi spacer i będę Go cały wieczór głaskać po głowie (Dziecia, nie spacer). Piguła Ze Strzykawą rozentuzjazmowała się dla wybitności Obywatela pod względem znikomości ryku poszczepiennego a ja, dumnie dierżąc Bohatera Dnia, pozwoliłam jej pozostać w błogiej nieświadomości wieczoru. Wieczorami zazwyczaj niestety młodzież poszczepienna płacze rozgłośnie i gorączkowo. Ale rzadko. Na szczęście głaskanie po głowie pomaga na wszystko.

Nie powiem, że też bym chciała, żeby mnie tak ktoś głaskał po głowie gdy beczę, bo po pierwsze nie lubię beczeć przy ludziach a po drugie przyklapił by mi ten ktoś moje włosiny, które i tak mocno smętnie zwisać sobie lubią. Wieczorami. Ale czasem głaskanie po głowie pomaga na wszystko. Nawet jeśli to głowa cudza. Ważne, że bardzo mocno kochana.

A w ten piątek co to jest najbliższy wybieramy się do alergologa, gdzie po odsiedzeniu przepisowych dwóch w porywach do trzech godzin (umówiona wizyta jest na 13.00 ale godziny godzinami a rzeczywistość jak się przekonałam ostatnio lubi odbiegać od wyobrażeń) i powtrzymywaniu od utyskiwań poważniejszych w wymowie niż ‚kurka siwa’ tudzież ‚kurna Olek’, będziemy robić rozmaite testy i sama nie wiem co jeszcze. Doktor Es na pewno mnie poinformuje na jaki to cudowny pomysł znowu wpadł był pod prysznicem. Bo on strasznie fajny jest i jak się okazało siedział w jednej ławce z moim wujkiem przez całą podstawówkę, ale potrafi godzinę gadać o metodach usprawnienia kosiarki do trawy i chyba zdaje się zupełnie nie być świadom faktu dzikiego tłumu przed gabinetem. A nieuprzejma też nie chciałabym sie okazać. Tylko, że później znów kolejkowi czekacze będą łypać na mnie iście po bazyliszkowemu. Kurka siwa.

Nic to. Może tym razem uda się załatwić sprawę kosiarki polubownie i zejdziemy na tematy inhalacji z pulmicortu i ventoliny czy innych, cenniejszych mi obecnie wiadomości.

Tymczasem korzystam z przerwy i wklejam to co powstaje sobie czasem w wordzie na raty i spokojnie czeka na swoją kolej w liście priorytetów Towarzyszki Bajki. Bo praca tylko do piętnastej a potem jeszcze kawał życia przede mną, no i po mieście już się włóczy Towarzysz Bruno Braun, przybyły wczoraj z Wrocławia i chwilowo zakwaterowany u nas z Lokatorem. Twierdzi, że w ‚garderobie’ śpi mu się niezwykle wygodnie. Pomimo smyrania w nos przez wiszącą nad nim sukienkę (o zimowym płaszczu i trzech swetrach nie wspominał) i pomimo powietrza, które uszło z materaca. Nie śmiem wątpić, że z wrażenia.

Dziś idziemy na chór.
Gdzieś w końcu musi być normalnie.

Uwaga!

Strona pomóż-bajce będzie aktywna jeszcze przez dwa miesiące. Konto bankowe będzie działało nawet bez strony i po jej skasowaniu. Leczenie nie zostało jeszcze podjęte ale stanie się to natychmiast jak tylko ubieramy (prywatnie, we własnym zakresie) resztę pieniędzy – niestety może to trochę potrwać bo potrzebna suma jest duża. Skany rachunków (kiedy już rozpoczniemy leczenie) będą umieszczone na radzieckim-termosie i na carramba.blog.pl.

Lekarze podniosą mi wysokość zwarcia, zniwelują defragmentację kości i dokonają odbudowania szczęki. Nie zrobią tego ze wzglęgów estetycznych a żeby umożliwić mi normalne życie (mówienie, jedzenie, bo śpiewanie to już hobby nie konieczność) i zwyczajnie pomóc (osuwanie sie wyskokości zwarcia boli i znacznie utrudnia ‚normalne’ funkcjonowanie). Niestety nie da się leczenia podjąć ‚od zaraz’ gdyż jest to cała seria powiązanych ze sobą zabiegów periodontologicznych i protetycznych a nie można jej zrobić np. połowicznie, gdyż to mijałoby się z celem (wysokość zwarcia powróci na swoje miesce). Dopiero potem podjęta zostanie decyzja o rozwiązaniach protetycznych, które będą zastosowane w moim przypadku. Decyzję podejmuje konsylium lekarzy WCS, nie zaś ja i do nich należało będzie ostatnie słowo w tej kwestii. Leczenie jest długotrwałe, bardzo bolesne i nierefundowane w najmniejszym stopniu przez NFZ. NFZ zapewnia tylko materiały wykonane z akrylu, które nie sprawdziły się w roku 1998 ze względu na alergię i nietrwałość i nie mogą być zastosowane u mnie.

Na stronie są rzeczy, które na niej były (zniknęła tylko strona ‚o mnie’ i zdjęcia) i obecne tam od dwóch lat zaświadczenie lekarskie potwierdzające jednostkę chorobową Amelogenesis et Dentinogenesis Imperfecta. Dodatkowo znajdą się na niej inne dokumenty potwierdzające chorobę i moje wcześniejsze leczenie (od 1998 roku) w Wojewódzkim Centrum Stomatologii. Nowe zaświadczenie zamieścimy jak tylko uda się je uzyskać – jest to zależne od terminów konsultacji u Kierownika Poradni dr. Radwańskiego i dyrektor ds medycznych dr. Chylińskiej. Umieścimy tam również wydruk strony z rachunku bankowego na dowód, że cała suma (tak jak przez cały czas trwania akcji) nadal się na nim znajduje i jest bezpieczna. Rachunkiem zarządza Hal.

Amelogenesis et Dentinogenesis Imperfecta jest pochodną Osteogenesis a informacje na ich temat były i są zamieszczone na stronie pomóż-bajce. Nie są ‚uleczalne’, postępują i nadal je posiadam a o ile z pochodnymi da się coś zrobić (stąd leczenie periodontologiczno-protetyczne), tyle w przypadku łamliwości kośćca można tylko zażywać leki przeciw demineralizacji (biorę je od lat i kupuję za własne pieniądze) i unikać złamań. Po prostu.

Akcja ‚pomóż-bajce’ choć była nieformalna była akcją dobrowolną. Wszystkie niejasności i nieścisłości można było wyjaśnić bezpośrednio u mnie (na blogach od zawsze był adres e-mail) bądź też pod adresem dostepnym na stronie (był przez całe dwa lata trwania akcji) i będzie można zrobić to nadal. Szczerze mówiąc odebrałam w tej sprawie tylko cztery maile, na początku akcji, a pytano mnie w nich czym dokładnie jest ta chorobia, jakie są jej objawy i czy to boli.

Wszystkim ofiarodawcom bardzo dziękuję za wsparcie i okazane zaufanie.

Jednocześnie pragnę przeprosić wszystkich za zamieszanie wynikłe z faktu likwidacji strony. Faktem jest, że najpierw powinno się ukazać wyjaśnienie a dopiero potem powinno nastąpić usunięcie strony z serwera. Nie było to do końca przemyślane a powinno – tym bardziej mi przykro. Na nasze usprawiedliwienie mam tylko fakt, że działaliśmy spontanicznie, nieformalnie i po raz pierwszy (na pewno też ostatni) i nikt wcześniej tego niestety nie sprawdził w żadnych przepisach. Wybaczcie. Mam nadzieję, że nie zawiedliśmy zaufania ofiarodawców i teraz już wszystko będzie tak jak być powinno. Wszystkie pieniądze zostaną wydane zgodnie z ich przeznaczeniem, czyli na moje leczenie i nigdy nie brałam pod uwagę innej możliwości. Jeśli ktokolwiek czuje się jednak pokrzywdzony w jakikolwiek sposób, bardzo proszę by napisał maila czy to do mnie (pasztetowa_raz@gazeta.pl) czy do Hal (halucinda_gonzalez@gazeta.pl) a ona po zweryfikowaniu wpłaty na koncie całą sume odeśle nadawcy.

Jeszcze raz wielkie dzięki za wszystko.
Bardzo mi pomogliście.

Bajka

Jadziem dalej panie Zielonka

We środy ze żłobka odbiera Igora Dziadek, czyli Zdzich. Dziadek też potem siedzi z Igorem w domu i bawi się w różne zajmujące i rozwijające gry w stylu ‚jechał Lejbuś na świni, dupa mu się czerwini’ aż wróci z pracy Wyrodna Matka, czyli ja.

Bo we środy mam w pracy dyżur. A i tak jestem niezmiernie wdzięczna współpracownikom bo reszta ma dyżur dwa razy w tygodniu a ja mam przywileje i narzekać nie mogę. To nie narzekam.

O zajmujących i rozwijających grach z Dziadkiem Zdzichem wiem całkiem sporo, bo jako dziecię małe acz wredne i upierdliwe (od zawsze) nasłuchałam się rozmaitych historyjek, wierszyków i piosenek (i o tej babie co waliła w garnek lutowany a coś tam jej trzeszczało jak stare organy i o drugiej co gdy dziadek usnął już wyjęła długi nóż o rifififi) a potem szłam do przedszkola gdzie ochoczo wprowadzałam swoje zdolności pedagogiczne w czyn i uczyłam wszystkie dzieci zdzichowych piosenek. Ku wielkiej uciesze dzieci i znacznie mniejszej przedszkolnego personelu.

W tym miejscu pozdrawiamy panią Lucynkę, która wraz z córką czytuje nas od zawsze i bardzo dokładnie pamięta małą Anię w żółtych rajstopach, która pozbywała się niechcianych kotletów mielonych upychając je metodycznie za kaloryferem. Tak wiem, zima a wraz z nią włączenie ogrzewania przyniosła nieoczekiwane rezultaty i doznania, excuse mot, węchowe.

Zatem w przedszkolu mała Bajka spełniała się pedagogicznie i uczyła dzieci kolejnych piosenek autorstwa Zdzicha a nieszczęśni rodzice z paniami wychowawczyniami miarowo zgrzytali zębami i szukali przyczyny tego gwałtownego wysypu młodych talentów. I znaleźli bo przyłapali mnie na gorącym uczynku, gdym wzruszona deklamowała z emfazą kolejny klejnot polskiej kultury masowej przez protoplastę mego wytworzony. Oczywiście radośnie wyznałam, że cuda owego nauczył mnie Tateusz, podobnie jak wszystkich innych, które zaraz mogę – jeśli chcą – zaprezentować. Ochoczo.

Nie chcieli.

Za to Zdzich musiał równie ochoczo (o czym już zresztą kiedyś pisałam) albo nawet bardziej udać się na spotkanie z Kierownicą, po którym wkopywał milion, trylion i sekstylion zużytych opon w trawnik przedszkole okalający.
W czynie społecznym rzecz jasna.

I widzę, że chyba zatęsknił za łopatą 😉

Zapamiętałka*

Resocjalizacja to dziedzina życia, bo raczej nie tylko nauki o człowieku i jego zachowaniach jaką jest psychologia, w której daje się drugą szansę. Drugą, bo z pierwszą się rodzimy.

To w sumie rzadka sztuka – dać szansę na nowo – bo zawieść nas może każdy.
I z reguły najłatwiej się ludzi skreśla.
Taka zabawa w Boga i ocenianie zły-dobry, czarny-biały.
Naturalną reakcją jest przecież gniew i sprzeciw.

A resocjalizacja ma dawać człowiekowi tę szansę, której dać nie chce nikt.

Bo wierzy mu się, że potrafi.
Lub uwierzyć się chce.
Albo dopuszcza się możliwość pomyłki.
Albo czegokolwiek innego.

Bywa trudno. Z obu stron.

Pacjent musi nad soba ciężko pracować i udowadniać nieudowadnialne a terapeuta wystawiać swoje zaufanie na próbę. Taki kredyt. Bez poręczycieli.

Nie wszyscy się do tego nadają.
I dobrze. I źle.

ps. A jeśli taka jest ta resocjalizacja i po coś ją sobie wydeptałam… to czemu siedzę na podłodze po turecku i całując synowską głowę ulubiam kolejną Nosowską za

‚jeśli zwątpisz choć jeden raz
to choćbyś z karabinem zaszedł mi drogę
powrotów nie będzie’

no czemu?

ponoć nobody’s perfect
czasem trudno pojąć jak bardzo

____________________________
* to taka notka dla mnie, bez związku, żebym pamiętała

Pees nie związany ale istotny:
Lubię Borna, zamierzam się z Nim spotykać niejednokrotnie, Hal też zamierza, lubię również Kasię i rozmowy z Nią przez bornowy telefon o Szkodniku. Ludzie się zmieniają, to czuję, to widzę i w to wierzę. Świat nie jest czarno-biały. I mam gdzieś co, kto i dlaczego sobie na ten temat pomyśli czy też wymyśli. To moje życie i mam do niego prawo. Tylko ja, nie reszta świata. Reszta świata może oceniać notki – nie mnie.

Bo już mnie śmieszy ta spiskowa teoria dziejów

Komentarze jeśli giną to przy okazji kasowania pana robota co dziwne literki mi wszędzie wpisuje nałogowo. Komentatorzy zostają o tym poinformowani i mogą się wpisać ponownie [*]. Z mężczyznami żonatymi spotykam się – a jakże – na przykład Romek (mąż Magdy) czasem u mnie bywa, i nie tylko On, ale zawsze za wiedzą i zgodą zainteresowanych małżonek. Ciekawe, prawda?

Niestety burzy to trochę obraz pielęgnowany usilnie w głowie niektórych. Ja generalnie mam do facetów od pewnego czasu stosunek mocno przerywany (nie ujmując wam nic panowie) i szczerze powiedziawszy bawią mnie niektóre insynuacje. ‚Jak nie ma męża to na pewno poluje na cudzego’ – w myśl tej zasady to można kółko wzajemnej adoracji zawiązać nawet tylko po co. Nie poluję – ani czasu, ani ochoty a i gusta inne. Może jakby jaki Bradley… to kto wie. Ale on się z tego co wiem chwilowo do IV RP nie wybiera. Do łóżka zaś chodzę z ustawicznym bólem głowy i podkrążonymi oczyma. I wystarczy.

Zresztą kobita z dzieciem w fazie rozwoju nie jest chyba aż takim zagrożeniem dla polityki prorodzinnej państwa jak się niektórym wydaje. Na zatrzęsienie propozycji nie narzekam. Żeby nawet jedna – moralna choćby – ale nic 😉 Pomór. Chyba marny ze mnie target na zaloty.

Aha, zapomniałabym – gdyby ktoś chciał to chętnie odpowiem także za połowiczny rozpad pierwiastków z tabeli pana M. Co się tam będę ograniczać do małżeństw, związków i rozwiązków. Grunt to pełen serwis. Zwłaszcza urojony – a nadinterpretacja to zdecydowany atut, który mozna wpisać sobie w CV. Polecam.

Co do ‚spotykania się’ to chwilowo preferuję nieco młodszych, takich kilkumiesięcznych panów. Z innymi nie mam czasu się spotykać. No chyba, że to Pablos. Ale z tego co wiem (a wiem) to on nieżonaty 😉

Nie pasuje – nie czytać.
Na poprawności politycznej się nie znam – wolę poprawną pisownię.
Przynajmniej czasem cieszy.

* właśnie zmieniłam zdanie, wyjątkowo upierdliwe będę kasować, mam gdzieś.

** doradzono mi ‚olać’ – zaczynam praktykować. bo inaczej to jak ze ślepym o kolorach. tylko czytaczy mi szkoda, bo to żenujące. trudno – najwytrwalsi zostaną. ponoć nic w przyrodzie nie ginie. nie lubię pyskówek i ‚prania’ na pokaz. tylko przykro tak.