Towarzysz Bruno Braun zawinął się i pojechał obzdjęciowiwszy Lokatora doszczętnie, w każdym rzucie przestrzennym i w każdej możliwej konfiguracji. Teraz Syn mój ma dokładnie udokumentowaną historię kąpania, przewijania, jedzenia, pełzania po podłodze i wolnopowietrznej rekreacji. Będzie Mu kiedyś wstyd przed kobitami. A może i nie… W końcu sam Doktor Królik, uznany pediatra, zachwycał się swego czasu obywatelskimi rodowymi, excuse mot, klejnotami.
Zdecydowanym faworytem jest zdjęcie z Magiczną Łyżeczką. Magiczna Łyżeczka powstaje wówczas gdy Obywatel podczas jedzenia zagryzie ją ‚na duś’ swoim jedynym zębem i nie ma rady żeby puścił. Wtedy ta łyżka wystaje Mu z boku dzioba i to bardzo zabawnie wygląda, zwłaszcza, że Młody się przy tym uśmiecha. Tak pomimo łyżki. A magiczna, bo nie upada. Trochę mi to przypomina programy z cyklu ‚niemożliwe, nie do wiary i w ogóle kosmos’, w których to pokazują pana Henia co ma na klacie żelazko, wszystkie okoliczne sztućce, pięć imadeł, garnek lutowany oraz małżonkę co ma metalową płytkę w głowie i nic – nawet rzeczona małżonka – nie spada na podłogę. Ale tylko trochę.
Wczoraj poszliśmy na ten chór ale po pierwsze primo Młodemu nie bardzo uśmiechało się chórowanie, po drugie primo miałam nastrój pod tytułem ‚ander de pies’ i wybitną potrzebę podpalenia jakiegoś budynku (a pałacyk rektorski bardzo lubię) a po trzecie primo, ultimo – przyszli dawno nie widziani znajomi i postanowiliśmy zrobić sobie wszyscy razem wagary.
Dyro Daro mnie powiesi, pozostali na próbie chórzyści przeklną a pies sąsiadki nad ranem zawyje ale mam to, z całym szacunkiem, tam, gdzie nikt by nawet szacunkować nie śmiał. Trudno. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi – jak śpiewał pan Jerzy. Marny pożytek ze mnie i tak byłby a z racji tego, że zawsze kurde jestem i wyję, raz mogę mieć i ja ten swój gorszy dzień.
Na wagary poszliśmy poza tym w słusznej sprawie. Ta słuszna sprawa to radość z niedalekiego już w przyszłości bo lipcowego ślubu Marijki i Krzysia. W końcu trzeba było to uczcić siedzeniem na trawie, piciem nałęczowianki malinowo-jeżynowej i jedzeniem truskawek. Prosto z łubianki. Poza tym dawno już nie widzieliśmy się w gronie obecnym wczoraj na Polach Mokotowskich.
Tak, tak właśnie. Obywatel zaliczył wczoraj swój pierwszy raz na Polach. I był zachwycony. Zachwyty okazywał rozgłośnie, cieszył się z krótkiego rękawa swej koszuli, z pasiastych skarpet, sztruksowego spodzienia i czerwonej bandanki na głowie. Z tego, że Go wszyscy tarmosili, ściskali, miziali i nosili cieszył się równie bardzo ale zapewne nie tak bardzo jak ja, Jego Matka Wyrodna, której ręce – gdyby jeszcze chwila – zwisłyby beztrosko w sam raz na wysokość sznurówek.
I sama nie wiem, które z nas cieszyło się bardziej ale grunt, że w końcu mogłam odpocząć. Od wszystkiego. A potrzebne to było bardzo. Bo wczoraj ci ludzie, i to słońce, i ten park, i te truskawki pachnące słońcem, prosto z łubianki jedzone, i obserwacje skoczków na linie rozpiętej pomiędzy drzewami, i te rozmowy, i pies co miał wyglądać jak chomik, i taki cudowny spokój, jaki można znaleźć tylko gdy już się przestaje szukać, i ładowanie baterii w energię, i uśmiechy, i że fajnie było was spotkać, i droga do domu z nosidełkiem śpiącym od wrażeń.
Nosidełko spało smacznie i wszystko Mu było jedno czy tramwaj czy wiatr. I niby otulałam obywatelską bluzą z białymi uszami na kapturze i sprawdzałam i poprawiałam tę bandankę na tej łysej prawie głowinie. A dziś? A dziś pluję trzy razy przez lewe ramię, już nawet nie w brodę, żeby tylko nie zachorzał mi ten grzdyl mały, bo lokatorski katar się wzmógł i wynikł z niego kaszel a ja czuję się najgorszą matką na ziemi. A chciałam tylko Ci, Synku pokazać jak dobrze można się Tam czuć…
a zdjęcia nie będzie?
PolubieniePolubienie
będą jak je wyślę bajce.
niebawem.
PolubieniePolubienie
Nosidełko obwiąż i nafaszeruj czosnkiem:)
Dzięki Bogu za taki dzień, który Ci dał.
Oby było ich więcej.
PolubieniePolubienie