Święta, których nie czuję

Mogłabym życzyć wszystkim spokoju.
Ale nie jestem pewna, czy spokój jest tym, czego naprawdę potrzebujecie. Jeśli ktoś kocha gwar, szum, ludzi wokół siebie, to spokojem nie poruszy się tej nitki w jego sercu, która drży, gdy czytamy coś, co nas przejmuje i wzrusza. Wtedy spokój przyniesie mu raczej smutek i dziwne uczucie, że jest sam. Sam w całym morzu słów i dłoni.

Mogłabym życzyć radości i szczęścia.
Ale nie do końca wiem co komu radość przynosi i jak kto owo szczęście postrzega i odczuwa. Dla jednych radością będzie uśmiech na twarzy bliskiej osoby i to mu szczęście przyniesie największe. Inni potrzebują bardziej namacalnych dowodów na istnienie drugiego człowieka i myślenie o nim – dla tych uśmiech bliskiej osoby będzie dopiero wstępem. Preludium do całej opowieści o szczęściu i zastanawianiu się nad tym, czym właściwie ono jest. Każda z tych osób ma prawo do własnego przepisu na własne samopoczucie.

Mogłabym życzyć ludziom spełnienia marzeń.
Ale jak mogę życzyć czegoś o czym nie mam głębszego pojęcia. Bo każdy ma inne te marzenia. Niby wiem, że Iks marzy o domu i tupocie małych dziecięcych nóżek na schodach a Igrek o samotnej wyprawie w góry jakimś zbłąkanym szlakiem. Ale czy rzeczywiście te marzenia, już spełnione, przyniosłyby poczucie spełnienia? Czy nie jest tak, że to co się ziści generuje kolejne marzenia i jeszcze następne? Nie wiem jakie są, więc nie mogę brać za nie odpowiedzialności. A jestem odpowiedzialna za to co stworzę czy oswoję.

Czego więc mogę życzyć ludziom, którzy wejdą tu w poszukiwaniu skrawka moich myśli przeznaczonego ich oczom?

Życzę tym, którzy mnie czytają, żeby zawsze znaleźli coś dla siebie. Coś, co sprawi, że pomyślą przez chwilę zanim nacisną kolejny klawisz. Może się uśmiechną, może zasmucą, może nie zrobią nic poza ziewnięciem – nie wiem, ale żeby to było coś specjalnie dla nich. I nawet, gdy będą spędzać święta tylko z własnym odbiciem w lustrze – albo tak jak ja, z Synem, który jeszcze raczej nie dotrzyma mi towarzystwa w konwersacji i nie przytuli, gdy zrobi mi się smutno, że sama – żeby zawsze znaleźli powód, by się do tego lustra uśmiechnąć. Zobaczyć iskierki we własnych źrenicach. Albo brzeg morza. Co kto lubi.

Tym, którzy o mnie myślą, dziękuję i życzę jak najmniej powodów do zmarwień. Mam nadzieję nie zmuszać już nikogo do ściskania kciuków w intencji. Lub bez niej. Bo sobie życzę, żeby już nigdy nie trzeba było. Odgórnie życzę zdrowia. Bez dwóch zdań. I dobrego humoru w sytuacjach patowych. Ratuje nas od burz a resztę ludzkości od nagłej śmierci przez zagryzienie.

Tym, których znam i cenię życzenia nie będą potrzebne. W końcu wiedzą, że o nich myślę. I czuję, że są gdzieś obok nawet, jeśli są tysiące kilometrów stąd. Uśmiecham się do nich przez sen i przytulam Panią Telepatię. Mocno się męczy w takich sytuacjach.

Wszystkim, którzy tego potrzebują, życzę dużo słońca, uśmiechów, pogody ducha i uścisków od ukochanych osób. I wełnianego koca w kratkę. Może być szkocka.

Każdemu z osobna życzę umiejętności cieszenia się z drobiazgów. To znacznie ułatwia życie i sprawia, że nie czujemy się tak zależni od tysiąca życzeń, sms-ów, listów, czy telefonów… których nie odbierzemy.

Tobie życzę, żebyś nigdy nie czuł się samotny.

Człowieku.

No cóż, pora spojrzeć prawdzie w oczy, czyli…

…aj em de grejt pipa grochowa in de łorld*

Dzisiaj już nieco inaczej patrzę na całą sytuację. Ochłonęłam, wyjaśniłam sobie to i owo wewnętrznie, zrobiłam pare głębszych wdechów i jestem.

Powodów do jeżdżenia po mnie nie widzę. Spóźniłam się nie ze swojej winy i nie mam tego w zwyczaju. Raz do roku to – jak zwykła mawiać kolega Białek – nawet kura pierdnie. Bywa. Koncertu słuchać jakoś wybitnie nie miałam ochoty. Może to wina pogody a może niezbyt komfotowej dla mnie sytuacji – nie wiem. Mam nadzieję, że mnie Dyro Daro rozgrzeszy i nie wyśle w slipach do Irkucka. Grunt, że na forum poprosiłam na przyszłość o choćby cień informacji sms-em i liczę na wspaniałomyśność.

Na próby chodzić będę dalej, obrażać się zamierzam bo po pierwsze nie mam na co i na kogo, po drugie zaś nie lubię – choć pewnie umiem jak się postaram – tylko po co, bloga nie skasuję, nie rozbeczę się spektakularnie wołając, że nikt mnie nie kocha i nie zabiję w wymyślny sposób wszystkich, którzy mnie widzieli i ich krewnych tudzież znajomych, żeby pozbyć się świadków – wszystko będzie po staremu.

Po prostu kolejny raz wyszło na jaw jaka ze mnie pierdoła. Koncertowa wręcz 😉

Czym innym jest co prawda wychodzenie do sklepu w kapciach – co ustawicznie praktykuję przez roztargnienie a czym innym taki pokaz jaki odstawiłam wczoraj ale stało się – za tydzień, dwa pewnie sama będę z tego robić dowcip. Może nawet zapomnę o tym dziwnym uczuciu co mi żołądek wykręciło na lewą stronę. Zobaczymy. Może nawet, w ramach oswajania koszmarów, zacznę sama to opowiadać. W końcu trzeba walczyć z fobiami.

Z drugiej strony, gdybym była jakąś aktorką albo piosenkarką… albo strażakiem, mogłabym się nawet cieszyć – wszak teraz na pewno będę sławna – przynajmniej przy piwnych rozmowach na chóralnych wyjazdach.

Jeden koszmar senny mniej. Teraz to nawet jak mi się przyśni referat z historii w pidżamie to już mnie nie ruszy bo przynajmniej wiem czym to smakuje. Poza tym nie mam już historii. I to jest ewidentnie najprzyjemniejsza myśl tego poranka. Za to, skoro sny mi się spełniają… może powinnam wyśnić sobie szóstkę w totolotku?

Wasza – żyjąca jeszcze – legenda

* Jachson uprzejmie poprosił o cytuję ‚nie rozpieprzanie ślicznego szablonika długimi tytułami’ i jeszcze napisał, że pozostaje w ‚głębokiej wdzięczności’ i w ogóle, więc długie tytuły BENDOM SIEM kończyć w notce. Albo wcale 😉

Trzynastego

Macie czasem taki sen, że wychodzicie na salę pełną ludzi i nagle okazuje się, że jesteście w pidżamie, albo w czymkolwiek innym, albo dajmy na to bez spodni?
I nagle wszyscy zaczynają się śmiać? Wszyscy tylko nie wy. Bo wy czujecie się koszmarnie głupio i najchętniej zapadlibyście się głęboko pod ziemię.

Macie? Najlepiej jest się wtedy obudzić i odetchnąć z ulgą. Tylko co
jeśli okazuje się, że to nie sen?

Mnie się właśnie przed chwilą taki zmaterializował. Nie miałam
pidżamy ani nie byłam bez spodni ale kompletnie nie pasowałam do
reszty. Nie ten strój.

Banał, co? śmieszna anegdota dla nowych chórzystów jak to Bajka
przyszła na koncert nie w tym co trzeba. Śmieszne. Ubawili się ludziska
setnie. Tylko mnie jakoś tak…

Widać nie umiem się z siebie śmiać.

Znów cofnęłam się w czasie, mam 7 lat i jestem przed pokojem nauczycielskim, skąd zaraz wybiegnę na ulicę i wrócę do domu nie widząc nic.. przez łzy.

Chyba pora zacząć wierzyć w przesądy.

Ps. Do Aśki – nie przypominam sobie żebym się obraziła – po prostu wyszłam bo i tak nic tam po mnie – sopranów był komplet. Spóźniłam się przez wypadek autobusowy – nie moja wina. Gdybym miała stały dostęp do internetu i nie pisała większości notek przy pomocy telefonu pewnie bym wiedziała – moja wina. A co do innych rzeczy – wiem co słyszałam. Maja dzielna jest niewątpliwie. To tyle.

Pozdrawiam

Obywatelu, zrób sobie dobrze sam

… przecież najlepiej wiesz o co w tym życiu chodzi.

Obywatel wraca ze żłobka uśmiechnięty jak prosię w dżdżysty dzień i nie zdradza żadnych niepokojących objawów. Wysypkę tam gdzie miał tam ma, katar alergiczny obecny, jarzynówką jedzie na kilometr – nowego nic nie przybyło. Znaczy mogę oddychać w miarę spokojnie. Choć nie powiem – od poniedziałku obserwuję Go jakby baczniej. A nie jest to proste, bo odkąd nauczył się jak siadać (jeśli pod ręką nie ma akurat matki czyli mnie posiłkuje sie własnymi stopami i robi wańkę-wstańkę), rzadko bywa dostępny w kadrze. Jeszcze trochę i głowa będzie mi się kręcić naokoło szyi. Może w końcu zrobię karierę w szołbiznesie. Cyrk to już mam nawet własny.

W obywatelskie trzewia ładujemy prócz mleka właściwego z wiadomego opakowania:

– mleko co tylko udaje, że jest mlekiem bo nie zawiera laktozy i stada innych rzeczy, na które Młody mógłby mieć jeszcze alergię, a na punkcie których ja mogłabym dostać świra, potencjalnie, i które – to mleko udawane znaczy – kosztuje mnie majątek choć jest na receptę (puszka starcza na jakieś 10 dni nie wliczając osobnego egzemplarza dla żłobka);
– zawartości słoików i słoiczków różnej maści, na widok których Młody zamienia się w odkurzacz z wymienną przyssawką, a ja zamieniam się w efekcie w żmiję plamiastą, kuchnia zamienia się zaś w kuchnię matki niespełna sześciomiesięcznego dziecka;
– soczki, przecierki, herbatki instant i inne siuwaksy dostępne za jedyne tylko u nas… sama mam nie robić bo pryskane teraz wszystko, łącznie z czarnoziemem;
– piure ziemniaczane z dynią witane niemalże oklaskami lokatorskich stóp;
– kaszki ryżowe o pysznych smakach, które wieczorami umilaja nam obojgu (i sąsiadom zapewnie też) życie szybszym zasypianiem i miarowym pochrapywaniem spod pluszowego lwa o wdzięcznym imieniu – Tołstoj;
– zyrteki, ferumy, detrzy, budezonity przez tubę, debridaty bez tuby i różne inne pozostałości poszpitalne, które Syn mój przyjmuje z zadziwiającą wręcz cierpliwością i nie przestając się uśmiechać od ucha do ucha…

Mam zatem wybitnie grzeczne dziecko. I rozumne. Jak Mu mówię, żeby poczekał na mnie grzecznie z Tołstojem na podłodze pośród zielonych gryzaków i piszczących książeczek kąpielowych bo ja akurat muszę zupę zamieszać albo załadować praniem nasz bębnowy kosmodrom, to On albo czeka albo nie. Zgodnie z umową. Jak czeka to akurat obgryza głowę gryzakowi w kształcie misia. Jak nie czeka to gramoli się na brzuch i wszystkim macha. Absolutnie wszystkim. Sądzę, że nawet plecami potrafiłby machać. Gdyby tylko zechciał.

Gmera, śpiewa, gaworzy, głuży, kicha, piszczy, sapie, chrząka, chrumka i stepuje – wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla żywotności tego egzemplarza. Udał mi się faktycznie. Jak tak wracam z pracy obujczona tornistrem, ‚Rekraacjami Mikołajka’, zakupami i lokatorskim nosidełkiem z zawartością, wpełzam na to moje piętro, mijam na schodach Wstrętnego Strucla Zza Ściany a Igor akurat wykrzykuje ‚bleee’, to aż się wzruszam iście po mamuciemu, że już nawet na tym etapie Jego rozwoju myślimy podobnie.

Wszystkie ciotki w żłobku są Nim absolutnie zachwycone bo nie płacze nigdy i uśmiecha się z przerwą tylko na sen i zawsze gdy Go odbieram mówią, że bezproblemowy. I głaszczą czule tę obywatelską głowę co prawie bez uwłosienia. Fajne ciotki żłobkowe ma. Jeździ też ze mną na próby i ze spokojem znosi wszystkie nasze wycia i tnące po uszach sekundy przyglądając się światu niemożebnie wielkimi oczyma. Większą część z tych trzech godzin spędzanych na tle muzyki zajmuje się sobą sam. W przerwach zajmuje się ludźmi, którzy chcieliby się pozajmować Nim. Wywołuje uśmiechy nawet w bardzo smutne dni. W tramwaju zaś podrywa całą żeńską część populacji bez względu na wiek i nawet Pana Z Laską ostatnio próbował. Chyba muszę Mu wytłumaczyć pewne sprawy 😉

Generalnie rzecz ujmując kocham Go absurdalnie bezkrytycznie i odwala mi koncertowo gdy siedząc na dywanie czytam Mu kolejny kryminał z podziałem na role. Albo układam bajkę o supernowych i białych karłach. Kwarkach i atomach. Lampach i zegarmistrzach światła prosto z księżyca. I o domestosie. Albo gdy robię Pana Skarpetę bo akurat kolejna para została pozbawiona partnera. Teorię o pralce, która pod osłoną nocy dekompletuje kolejne pary skarpet pożerając je bez pytania o pozwolenie wysnułam już dawno.

Dobrze, że jest. Ten mój Syn.

Mam tylko nadzieję, że nie spaskudzę tego Człowieka. Bo jak wyrośnie na buca plującego na chodnik i mylącego boską Nike z marką butów, to będzie to tylko i wyłącznie moja wina. A tego nie mogłabym sobie darować. W końcu ja dostałam białą, czystą kartkę.

Tabula rasa.
Start.

Akwamaryna w ultrafiolecie, czyli z facetem o kolorach

Siedzę sobie ostatnio w domu. W dużym pokoju. Jedynym zresztą, bo w garderobie (ach jak to burżujsko pięknie brzmi) mieszkają dwie kurtki, glany, kilka swetrów, pudła z ciuchami w rozmiarze XXXS i pampersy. Zwłaszcza te ostatnie całymi stadami mieszkają. No to siedzę, nagabuję Lokatora żeby już wreszcie nauczył sie mówić i porozmawiał ze mną jak mężczyzna zamiast tylko ćwiczyć celne plucie na odległość… aż tu nagle coś zawyje. Podskoczyłam i już chciałam się przestraszyć ale przypomniałam sobie, że to domofon. Diabelstwo jest głośne jak piorun co dupnął był w drzewo za kościołem i nie ma mowy żeby to zignorować.

– ŚLUBU NIE BĘDZIE!!! – zawyło do mnie z słuchawki.

O, Zebra. Fajnie, że wpadłaś – pomyślałam i wpuściłam. Co miałam nie wpuścić. Sądząc po tembrze głosu i natężeniu decybeli sama wparowałaby oknem przy najbliższym wietrzeniu.

Zebra to moja odkurzona niedawno koleżanka z rysunków (i malarstwa) w Cafe Manekin na Starówce, gdzie wyżywałam się artystycznie w przedlokatorskich czasach gdy jeszcze miałam dużo czegoś co zwykło się nazywać górnolotnie Wolnym Czasem. Na Zebrę wpadłam niedawno w parku i od tamtej pory – bo już jak tak okazałosię, iż blisko mieszkamy to trzebabytak – wpada na mnie jakby częściej niż się zdążę zorientować. Bo to z tego parku to Ona mnie i Lokatora – śliczny ten Twój bobasek ale czemu śpi? obudzę Go może, co? – odprowadzi pod sam dom i pod samą klatkę. A jak już jest pod domem to Ona chętnie wpadnie na herbatę – o jaki u Ciebie nieporządek, mnie to by Misio tak nie dał – albo sok. Albo przecier z buraków. I jak już raz wpadła to wrócić nie może. Mam takie niejasne podejrzenie, że czyha gdzieś za rogiem i jak tylko mnie dostrzeże wracającą z pracy, żłobka i sklepu z Lokatorem w nosidle i pieśnią na ustach, staje pod tym domofonem, odczekuje stosowny kwadrans i dzwoni, żeby ją wpuścić bo Ona musi. Inaczej się udusi.

Teraz też się nie udusiła. Wpadła na pierwsze piętro z czasem 0,004 sekundy. Myślę, że spokojnie możnaby Ją wystawić na następnej olimpiadzie. Medal mamy na bank. Wpadła i od progu wypaliła:

– Ślubu nie będzie! – bo Ona ślub miała z Misiem w maju brać.
– To słyszę ale czemu? – zdziwiłam się.
– No jak to czemu? No bo On kolorów nie odróżnia normalnie! – oświadczyła z mocą Zebra i rzuciła się na mnie z chlipaniem.
– Spokojnie. Ale jak to? – wykrztusiłam opanowawszy pierwszy szok i wyplątawszy się nieco z drżących macek.
– No normalnie no – zgromiła mnie Zebra jak w ogóle śmiem pytać – Nie odróżnia!
– I co? – spytałam mało inteligentnie bo nadal nic nie rozumiałam.
– No i nie mogę wyjść za mąż za kogoś kto nie odróżnia kolorów. O czym ja będę z Nim rozmawiać?! – wypaliła na jednym oddechu i rozchlipała się na dobre.
– Bo ja wiem… o pogodzie, o pracy, polityce. O czymkolwiek – podałam chusteczki – Zebra, kolory to nie wszystko. A poza tym mój ojciec też jest daltonistą…
– Daltonistą??!! Jakim daltonistą? Misio nie jest żadnym daltonistą! On po prostu nie odróżnia i już – Zebra natychmiast stanęła w obronie swego przyszłego-niedoszłego-niewiadomojakiego męża i niemal zdmuchnęła mnie z podłogi smarcząc w chusteczkę.
– No ale jak nie odróżnia to chyba jest – zasugerowałam nieśmiało.
– Nie jest. On odróżnia czerwone od zielonego i tak dalej ale dla niego BEŻ i EKRI to TO SAMO!! Albo LILA i FUKSJA dajmy na to!! Nie mogę być z kimś, dla kogo LILA i FUKSJA to to samo. Albo WRZOS. Sama widzisz – zakończyła i chlipnęła stanowczo w mankiet.
– Nno widzę – zamyśliłam się bo dla mnie szczerze mówiąc to też to samo i w dodatku nawet nie wiem jak wygląda fuksja…
– Jak on może w ogóle? – spytała z rozpaczą w przekrwionych oczach.
– Nie wiem jak może ale tak na serio to ja w ogóle nie rozumiem problemu – podjęłam próbę wytłumaczenia Zebrze, że na ekri sie świat nie kończy – Ważne, że czerwony od zielonego odróżnia i nie mówi do Ciebie per Roman.
– No wiesz?! – żachnęła się Ona – Jak możesz. Właśnie wybieraliśmy suknię – wiesz w tym sklepie takimbardzodrogim co wszystkie aktorki siemobkupujomtam – i mnie się spodobała taka ekri właśnie – tu miała takie wstaweczki a tam karczek i trenik długi taki ładny – a On mi na to, że takie beżowe zasłony to jego ciotka ma w salonie! – zawiesiła wyczekująco głos.
– Hmmm – resztką sił stłumiłam nagły chichot co to mnie ogarnął był – Może faktycznie takie ma?
– Ale beżowe? BEŻOWE?? BE-ŻO-WE??? Przecież ekri to nie jakiś tam beż! – sapnęła i łypiąc wściekle chlipnęła dla przypomnienia, że cierpi.
– Ty to doceń w ogóle, że on wie co to beż, bo ja sama mam z tym problem i szczerze mówiąc też nie odróżniam go od ekri a żyję – parsknęłam bo już nie mogłam wytrzymać.
– Ja tu mam POWAŻNY problem a Ty się nabijasz. Poza tym to nie TY wychodzisz ZA MĄŻ tylko JA! – stwierdziła z zadowoleniem całkowicie zapominając o chlipaniu.
– No ponoć właśnie nie wychodzisz – wyrechotałam spazmatycznie.
– A właśnie, że wychodzę. I wyjdę!

I wyszła.

A ja zostałam sama z tą świadomością masując brzuch obolały od śmiechu co to jeszcze dobre kilka minut uprawiałam. Nie dość, że kabaret za darmo to jeszcze przyczyniłam się do rozwiązania prawie nierozwiązywalnego problemu nieodróżniania barw. Tylko nie wiem czy to dobrze bo ten Misio to chyba strasznie biedny facet być musi. Chociaż z drugiej strony jak chce mieć Zebrę za żonę to albo kamikadze boski wiatr i tylko się roztrzaskać o skały albo Ona ma jakieś ukryte zalety. Tylko w takim układzie to one muszą być bardzo głęboko ukryte. Tak czy inaczej więcej nie powinna mnie niepokoić.

Au revoir i ten tego..
Idę dobrać kolor różu do podomki 😉

Spokojnie to tylko awaria

Halo! Halo! Mówi się!

Czy konie mnie słyszą?

To gut. Niniejszym informuję, że to nie ‚kodzik’ się posypał, ani Termos sobie nie poszedł w diabły (choć wielu mu tego życzy), ani ślimak nie zszedł na suchoty czy innego globusa, nie przeżywamy też unwazjii korników, najazdu Hunów czy innego tałatajstwa. Po prostu Jachu stwierdził, że tu trochę pozamiata. I chwała Mu za to.

Co prawda nie wiem jeszcze jak to wszystko wygląda bo nic nie widzę ale wierzę głęboko (a wiara potrafi przenieść Boeinga 737 nad oceanem), że efekt końcowy będzie powalający i wszyscy będziemy wołać ołmajgotjaktupięknie nawet przez sen. Liczę na to.

Tymczasem zacisnąć zwieracze proszę, nie wyskakiwać za okno na mały żółty pontonik i wszelkie sugestie zawierać w komentarzach. W końcu przecież leci z nami pilot 😉

Bajka w fazie odnowy biologicznej

Apdejt środowy:

Ołmajgotjaktupięknie! Jachu – jesteś boski niczem jaka Afrodyta.. wróć.. Apollo znaczy. Wew pracy nie widzę nic ale za to na kompie chóralnym to się napatrzeć nie mogę. I to ja? Na pewno? Tam na górze? 😉

Buziak z dubeltówki

Ps. Aż czuję się zazdrosna, że nie jestem sołmaczbiudeful jak moja nowa strona termosowa. Chyba wygrzebię co z kieszeni i zaatakuję fryzjera. Albo frezera. Wszystko jedno psia kostka.

Rosół z kury z użyciem granatu bez zawleczki

Jeden taki njusleter wydawniczy mnie poinformował był, że ukazała się właśnie drukiem super-mega-giga ważna pozycja. I że powinnam ją mieć natychmiast oczywiście. Absolutnie.

„DROBIARSTWO NIEKONWENCJONALNE”

Myślę, że ta książka może zmienić losy ludzkości…

A teraz udam się w ustronne miejsce pokontemplować nieco ten fenomen czytelniczy usiłując jednocześnie stłumić nagły chichot, który mnie opanował.

Fan garmażerii

Przypadki młodej (cicho tam) matki

Reaktywowałam sobie profil na randkach. Dla poprawienia nastroju co to się wziął zepsuł mimo wiosny (która nawiasem mówiąc dziś mocno ma przechlapane bo zimno mi tu, że hej). Znaczy założyłam nowy bo do starego dziwnym trafem nie mogę się dostać. Wot zagwozdka. Wsadziłam na ten nowy zdjęcia, na których wyglądam jakbym była soł macz biutiful that ja cię kręcę i łechcę swoją próżną próżność pod brodą. Oj łechcę.

Rety! Ale mam ubaw. W zainteresowaniach wpisałam – Syn – zgodnie z prawdą zresztą bo ostatnio nie interesuję się nawet tym kto kogo i dlaczego. I nawet wiek wpisałam faktyczny – dwadzieścia siedem znaczy. A tu mnie wypisują jeden z drugim i z pięćdziesiątym co gdzie oni by mnie zabrali i co pokazali. Jeden ma lat siedemnaście, inny dwadzieścia dwa, to co oni mogliby mi pokazać czego ja jeszcze nie widziałam? Dzienniczek ucznia chyba 😉

Ale nastrój poprawił mi się błyskawicznie. W piątek rechotałam całą drogę do domu. Aż się w tramwaju poodsuwali. Całkiem przyjemnie zresztą było – przynajmniej miałam miejsce siedzące.

W sobotę poszłam z Młodym do parku straszyć kaczki i strzelać suchym chlebem po ryju przygodnych ekshibicjonistów. Niestety kaczek nie było, a jak już się kilka trafiło to się ruszać nie mogły z przeżarcia, więc zrezygnowałam z realizowania pomysłu wepchnięcia im tego chleba na siłę i poszłam dalej. Przygodny ekshibicjonista okazał się być Człowiekiem Z Tekturowym Pudłem i dobrze, że to dostrzegłam – mimo braku okularów – bo ani chybi zarobiłby celny cios sędziwym już bochenkiem w sam środek czoła. Ciosy generuję bez użycia narządu wzroku. Automatycznie.

Po południu przyszedł z wizytą Wujek Mini i przyprowadził ze sobą dwie urocze damy: Wodnicę i Grzdyla. Towarzystwo grzecznie umieściło się na kanapie a Grzdylówa z miejsca zabrała się za porządki. Tu zajrzała do szafki, tam rozwiesiła rozplecione motki wełny – bawiła się w pajęczynę, jeszcze gdzie indziej upchnęła obywatelskie gryzaki a w wannie to nawet słoik dżemu znalazłam. Urocza dziewczyna.

Igor spodobał się wszystkim a najbardziej Młodej, która najpierw przykryła Go szczelnie misiami a następnie łaskawie usunęła jednego pozwalając Małemu oddychać i uśmiechać się z wdziękiem do gości. Trzeba przyznać, że mam nadzwyczaj spokojne dziecko. Ale wszystko jeszcze przede mną. Małgosia jest oczywiście cudowna i natychmiast zapragnęłam gościć Ją częściej ale nie przeszkadza mi to cieszyć się, że Lokator fazę tornada ma jeszcze przed sobą. Póki co obrzygał gości trzykrotnie i bardzo ze swego dzieła zadowolony oddał się pieszczotom Wujka Minimala.

Wujek Minimal z kolei oczywiście natychmiast zapragnął się rozmnożyć, na co zareagowałam żywiowołym dopingiem – wszak facetowi, który pierwszy urodzi dziecko obiecano milion dolarów. Poza tym Wujek Mini był monotematyczny bo spodobało mu się moje mieszkanie i odtąd napalony jak szczerbaty na suchara gadał już tylko o cenach nieruchomości na rynku wtórnym. Wodnica w tym wszystkim była najspokojniejsza i z pobłażliwym uśmiechem gasiła zapędy Grzdylówy. Bezapelacyjnie można przyznać jej Order Cierpliwości. Ja bym za Małą nie nadążyła.

Zaopatrzeni w pieluchy i pupne chusteczki pożegnaliśmy wesołą ferajnę po wieczorynce. Lokator oddał się kontemplacji świata widzianego z podłogi – dałam Mu czas żeby ochłonął po spotkaniu z Nową Kobietą Jego Życia – a ja wyszukiwaniem niespodzianek. Z glanów powyjmowałam grzechotki, garderobę wyplątałam z wełnianych splotów, nawet dżem wyjęłam z wanny i do lodówki zajrzałam. Nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Nic a nic. Wykąpałam Młodego, nakarmiłam, ukołysałam, wykąpałam się sama – poszłam spać.

I to był błąd.

O trzeciej z minutami zbudziło mnie delikatne ‚kap kap’ dochodzące z głębin mieszkania. A że sen mam płytki odkąd pojawił się Syn, to wyłapałam z majaków bezbłędnie. Wstaję, myślę sobie: ‚ki diabeł’ i walcząc z Wszechogarniającym Ziewem drepczę do łazienki. Cisza. To nie tu. Włażę więc do kuchni. Kran czysty. Nasłuchuję. Otwieram lodówkę…

I to był drugi błąd.

Młoda przestawiła pokrętło. Z piątki na zero. I tak miałam rozmrozić bo wołała o pomstę do nieba ale żeby o trzeciej z soboty na niedzielę? 😉

Czy już mówiłam, że to urocze dziecko?

Bajka z bardzo czystą podłogą