Wyniki sondy o autobiograficznej

RADZIECKI TERMOS TO BAJKA…

* bajeczna – 20 osób (14%)
* przepraszam… a jak dojść na pocztę? – 18 osób (18%)
* na każdy dzień… na każdą noc – 12 osób (17%)
* zakręcona jak hełmofon trwałej ondulacji – 9 osób (13%)
* szalona jak stado krów w Stumilowym Lesie – 8 osób (11%)
* dla potłuczonych – 5 osób (7%)
* nudna jak flaki z olejem – 4 osoby (6%)
* inteligentna inaczej – 3 osoby (4%)
* zjadliwa… z odrobiną pieprzu cayenne – 1 osoba (1%)
* przereklamowana – 1 osoba (1%)
* pociągająca… zwłaszcza nosem – 1 osoba (1%)

Łącznie oddano 71 głosów

Dziekuję wszystkim i zapraszam do wzięcia udziału w nowej wiosennej już prawie sondzie

Bajka

Wkurw ogólny… nie drażnić!

Wstałam dziś z łóżka lewą nogą. To pewne. Powieki nie chciały się otworzyć na zwyczajowe perswazje reagując olewczym brakiem reakcji – ‚Bajka do cholery… mamy gdzieś ciebie i twoją pracę idź spać!’. Oczy mówiły ‚jest jeszcze noc i tej wersji będziemy się trzymać więc won z tym budzikiem’. W głowie pojawiła się wielka mówiąca ‚aaaaaaaaa’ dziura zwana zievulus vulgaris. Stawy i mięśnie protestowały przed gwałtownym przebudzeniem przeciągając się śpiewnie. A kapcie schowały się złośliwie pod łóżkiem i nie chciały wyjść na powitanie bosych stóp.
‚Do jasnej pokręconej gdzie te kapcie, kurka siwa?’ – utyskiwała Bajka pod nieogolonym wąsem. Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się radośnie. Ogólnej burości nie zburzył nawet fakt odsłonienia okna. Przeciwnie. Burość pogłębiona szarością jest nadal bura i nieprzytulna. A ja właśnie dziś tak bardzo chciałabym być przytulana do przytulności i ciepła…
Otuliłam się swetrem. Gruby czerwony golf powinien mi wystarczyć by jakoś przetrwać ten poranek. Kapcie znalazły się za późno… zdążyłam już skompletować bliźniaka dla samotnej skarpetki. Ale to nic. Przydadzą się jutro. Chyba, że znowu znikną w podłóżkowym bałaganie. Łazienka poraziła mnie bielą i lustrem.
Dżizas! Powinno się jakoś dawkować nieprzyjemne emocje. Tak traumatyczne przeżycie nie mogło pozostać bez echa. Z wrażenia wylałam zawartość dzierżonego w skostniałej dłoni kubka. Stopy rozgrzały się błyskawicznie za sprawą gorącej herbaty Dilmah Caramel. Zrezygnowałam z próby ułożenia włosów. To daremne znając moje upierzenie i fakt prowadzonej przez nie walki podziemnej. Wszak nie raz już słyszałam, że moje włosy żyją własnym życiem. Kuuuul. Jeszcze tylko tasiemiec i miałabym bogate życie wewnętrzne. Ale nie ma tego złego. Mając tasiemca człek nigdy nie czuje się samotny. Tylko ja i tak jestem nieźle pokręcona.
Reumatyzm wewnętrzny moich myśli jest godzien zadumy. Ale nie jeśli się stoi w mokrych skarpetkach w kaktusy pachnących karmelem. Znalazłam zastępstwo i radośnie ulokowałam odnóża w nowym mieszkaniu. Sznurowanie długich glanów w stanie letargu porannego to temat na odrębną notkę, więc teraz ograniczę sie do znaczącego ‚cie choroba…’. Poranne szukanie kluczy, które jak co rano lubią się bawić w chowanego to już rytuał, więc nawet nie będę wnikać w szczegóły. Jeszcze tylko zapach leśnej przedwieczornej mgły zamknięty we flakonie z atomizerem, potrójny szalikowy Riesberger na szyję, teczka rysunkowa z przyległościami (bo dziś spotkanie przy sztalugach) w dłoń i można iść na podbój poniedziałku. Śnieg sypie się za kołnierz, wplata się we włosy białymi kryształkami, buty grzęzną niczym w ruchomych piaskach, przedzieram się przez zaspy na przystanek. Autobus znowu zaspał. Szkoda, że ja nie mogę. Ja mogę tylko od czasu do czasu wstać lewą nogą i pomarudzić, że weekend znowu był za krótki…
Czy tydzień nie mógłby zaczynać się od wtorku?