Zasłyszane w eterze

Lubię Radio 94 i słucham go dość często, choć adresowane jest z zasady do „prawdziwych mężczyzn”. Nie przeszkadza mi jednak szczególnie ta drobna różnica jaką jest niezgodność płci i włączam je, jak na złość prezenterom, każdego dnia rano w pracy. Niezła muzyka, ciekawe teksty, dowcipne i cięte felietony. Szowinistyczne ale lubię je – jestem z tych kobiet, które potrafią się śmiać same z siebie i znają zabawne dowcipy blondynkach.

Dziś spodobało mi się szczególnie jedno zdanie: STUDENCI DO PIÓRA A PASTA DO ZĘBÓW 🙂

Tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim miłego popołudnia z radiem 94
Bajka

Bajka refleksyjna

Powiedział mi kiedyś ktoś (i to niejeden ktoś), że mam serce o olbrzymiej i nieskończonej pojemności a uśmiechem mogłabym obdzielić pół świata. Zrobiło mi się bardziej niż miło, bo to była najmilsza rzecz jaką usłyszałam w życiu na swój temat. Faktycznie sprawia mi radość i to nie byle jaką, jeśli sprawię komuś przyjemność, zdołam zrobic coś, dzięki czemu uśmiechnie się bardzo smutna dotąd buzia. Pomagam jeśli tylko mogę i potrafię. Lubię dawać z siebie wszystko, do cna. Czasem przez to, jaka jestem, sama cierpię bo empatia jest u mnie rozwinięta w tym samym stopniu co nadwrażliwość. Jestem świadoma wszystkich swoich wad i wiem, że ta właśnie chora wrażliwość jest najbardziej uciążliwa – zarówno dla otoczenia jak i dla mnie. Wiele razy nieźle od życia i ludzi oberwałam, bo jestem pozbawiona grubej skóry i mocnych łokci, ale ciągle jestem sobą i mimo wszystko nie chcę tego zmieniać. Bo to jaka jestem i co sobą rezprezentuję to wszystko co mam. Nie choruję na przesadną dobroć i taka ze mnie Mamuśka T. jak z koziej dupy wiadomo co ale są chwile, gdy po prostu wiem, że muszę podać rekę, podtrzymać na duchu, przytulić czy pozwolić się komuś wypłakać kosztem mojego ukochanego swetra. Bywam wolontariuszem, smutnej pani żebrającej na Chmielnej czasem oddaję kanapki przygotowane na śniadanie (nigdy nie daję pieniędzy) a starszy pan pod McDonalds’em przy mojej pracy od zawsze już chyba czeka na wieczorną herbatę w styropianowym kubeczku jeśli mam dyżur i szczęście przynosił mi widok roześmianych oczu dzieci z domu dziecka, gdy spędzałam z nimi każdą wolną chwilę wymyślając wciąż nowe zabawy. Ale gdy sprzedawaliśmy w jednym z supermarketów choinkowe bombki na święta (wywalczone przeze mnie od producentów i pomalowane z własnoręcznym mozołem przez małe brzdące wystawiające pieczołowicie ozorki przy każdej kreseczce) i pewna Paniusia z Paniusiem krzywili się z obrzydzenia na widok maluchów z bidula i ich rękodzieła – wstępował we mnie diabeł i przypiekał otoczenie żywym ogniem póki nie kupiło wszystkich szklanych ozdóbek. Dzięki temu po raz pierwszy w czasie zimowych ferii dom dziecka numer 6 opustoszał a wdzięczne oczy zastapiły każde słowo. I to jest właśnie uczucie, którego szukamy przez całe życie. To jest właśnie szczęście.

Kino – na godzinę przed seansem

On – I będziemy tu siedzieć jak te ciołki? – zauważa rezolutnie jak Pszczółka Maja
Ona – Na dworze jest zimno. – stwierdza rzeczowo jak diabli
On – Możemy pójść na lody do Maksracza. – propozycja nie do odrzucenia
Ona – To może od razu pojedźmy na Grenlandię. Przecież mówię, że mi zimno. – warczy przez zęby starając się zagłębić w kurtkę
On – Aha. – załapał
Ona – No właśnie. – potwierdza załapanie
On – No to chodź do środka.
Wchodzą.
On – Ale tu śmierdzi popcornem. – marudzi już od progu
Ona – W Maksraczu śmierdzi psem mielonym razem z budą i Ci to nie przeszkadza. – stwierdza zgodnie z prawdą
On – Ale tam śmierdzi smakowicie. – broni żarcia z tektury
Ona – Jak dla kogo.
On – Co będziemy robić. – dyskretna zmiana tematu
Ona – Czekać… a wcześniej pójdę do barku i zobaczę co tam „grają”. – cele konsumpcyjne to zawsze najlepszy sposób na ugłaskanie Onego
On – To idź. – zgadza się łaskawie
Ona – No proszę, już mnie wypędzasz, a jeszcze dobrze nie usiadłam. – śmieje się Ona
On – Bo jak się dobrze rozsiądziesz to nigdzie nie pójdziesz i może nas ominąć coś dobrego. – łakomstwo wygrywa, za to jaki praktycyzm – On zna lenia Onej
Ona – He he, ale ja nie wiem czy Cię tu mogę zostawić samego – wyraża troskę
On – Nic mi nie będzie. – zapewnia
Ona – To wiem, ale jak tu wrócę to może już nie będziesz siedział sam – śmieje się
On – Taaak, przysiądzie się do mnie seksowna długonoga czarnoskóra Azjatka. – rozmarza się
Ona – Azjatki nie są czarnoskóre. – bystra uwaga
On – Ta będzie…

Dialogi lewej nogi

Ona – Kochanie! Wstaawaj, już dziewiąta dochodzi – rześkim porannym szczebiotem
On – Ja też zaraz dojdę… jak dojdę to wstanę – zaspany On rzecze głosem zduszonym przez poduszkę, którą przykrył się by szczebiotu rześkiego nie słyszeć
Ona – Ale zanim Ty dojdziesz to ja wyjdę, a musisz przy mnie wstać z łóżka bo inaczej wiem, że zaśpisz do pracy – argument niepodważalny numer jeden
On – Dobra już… zaraz wstanę – i dalej chrapie w najlepsze.

Po 10 minutach gdy zegar wskazuje 9.00.

Ona – Kochanie! Wstaawaj, już dziesiąta! – wykazując się bystrością i skołonnościami oszukańczymi wyznając zasadę celu, co uświęca środki
On – Już nie śpię, zaraz wstanę – wyraźnie rozespany i bez świadomości ani poczucia czasu
Ona – Budzik już dzwonił z tysiąc razy i kota trzeba nakarmić – argument niepodważalny numer dwa, bo kot jaki jest każdy widzi – głodny i miaukliwy
On – Nakarmię, nakarmię… tylko idź już… chrrr… ja nie śpię – akurat 😉 słusznie myśli sobie Ona.

Po minucie sprawdzian jasności umysłu.

Ona – Kochanie, wczoraj wróciłam wcześniej z pracy i uprawiałam dziki seks na pralce z tym przystojnym sąsiadem spod dziesiątki. Było super… mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko bo dziś mam w planach tego z naprzeciwka – z grubej rury ćwierknęła mu ochoczo prosto do ucha
On – Tak wiem już ósma… nie śpię… możesz iść… chrrr – wystawia rękę spod kołdry i w powietrzu robi „papa”
Ona – Jasne, a potem wyrwał Jej głowę i nasikał do szyi…

Jesienne impresje

Dzisiaj Warszawa jest szara. A jednak ma swój urok. Zza stalowych chmur wygląda nieśmiało słońce, jakby chciało się upewnić, że na pewno musi sie obudzić. Tramwajowe szyny błyszczą wtedy jak czyste złoto. Ulice jak zawsze gwarne i pełne życia. Srebrzyste wieżowce wyciągają swe długie szyje ku niebu i patrzą dumnie z wysokości na miejskie mrowisko. Wiatr hula we włosach i połach płaszczy jakby zapraszał do tańca. A ja wyszłam sobie na spacer. Taka chwilowa odskocznia od codziennej pracy. Godzinka wolnego, że niby muszę coś bardzo niezwykle pilnego załatwić na mieście. Poszłam do Łazienek. Tam wszystko wygląda zupełnie inaczej a czas płynie w odmiennym, sobie tylko znanym rytmie. Drzewa jak z bajki, mienią się wszystkimi kolorami jesieni, liście na trawie kobiercem do stóp się kładą leniwie a woda szemrze pod mostkiem tajemne opowieści. Ludzi garstka zaledwie, bo zimne dziś powietrze a i pora nie ta. Dobrze mi i przytulnie. I niebo jakieś czystsze sie zdaje i uśmiech na twarzy promienny do słońca. Wróciłam odmieniona. Jesień taka piękna…

Na tapczanie siedzi…

Leń. Ale już nie siedzi na tapczanie bo „wziął i mię dopadł bezczelnie ćwok jeden” (zagrzmiała Bajka poprawną polszyzną). Niestety. Trzyma mnie bydlę cholerne i puścić nie chce. Muszę mieć w sobie coś bardzo wyjątkowego skoro taki Leń mając całe stado cudownie zapracowanych i zaganianych dzikim pędem pań, wybrał właśnie mnie. Zaszczyt mnie kopnął nie byle jaki. Muszę to wszystko tylko jakoś wytłumaczyć otoczeniu, które sie uwzięło i ciągle jak na złość czegoś pilnego i do zrobienia „na wczoraj” notorycznie ode mnie oczekuje. Nic mi się nie chce i najchętniej zapadłabym w sen zimowy w jakiejś gawrze przytulnej z równie przytulnym Panem Misiem. Do wiosny by wystarczyło. I żeby jeszcze ktoś wynosił po cichutku śmieci, zmywał naczynia i dostarczał zakupy. To by było życie. Marzenia to rzecz bardzo przyjemna więc podumam sobie jeszcze troszkę z uśmiechem filuternym na twarzy. Niech mnie cały natychmiast_mnie_potrzebujący świat w sznurówkę cmoknie. Ja sobie tymczasem popielęgnuję jeszcze trochę mojego lenia i wypiję kawę z dużą ilością skondensowanego mleka 😉

Bajka pielęgnacyjna

To jest notka zbiorowa

Nie będzie zawierała jednak treści śmiesznych, strasznych, niesmacznych i obscenicznych.
Mnie również jest przykro.
Zawiera natomiast zaproszenie.
Uprasza się o stawiennictwo osobiste (względnie z przyległościami płci i maści wszelakich) w dniu 17 października (piątek) w godzinach wieczornych (obecność swoją przewiduję w okolicach godziny 20) w mordowni (a raczej w tym co z niej zostało) o wdzięcznie brzmiącej nazwie „Merlin” na Polach Mokotowskich celem dopuszczenia się przez podmioty zaproszone hulanek i swawoli rozmaitych, które ukryją smutek i żal ogólnie nam panujący.
Rzecz wydarzyła się bowiem straszna.
25 lat temu (prawie, bo tego właśnie dnia 1978 roku ta tragedia się wydarzyła) przyszłam na świat i od tamtej pory nic nie jest takie jak dawniej.
Mnie również jest przykro.
Tym niemniej nie damy się melancholii i będziemy udawać, że to wielce radosna nowina.
Z uwagi na niski budżet nie przewiduje się homarów i szampana, za to na miejscu można nabyć wyroby browarniane, gorzelniane i przetwórcze.
Czym chata bogata tym goście wiadomo co.
Mnie również jest przykro.
Obecność obowiązkowa, stroje dowolne – mile widziane pidżamy wieczorowe i wyjściowe dresy.
Będzie mi bardzo miło się z Wami spotkać ale oczywiście nie dam tego po sobie poznać 😉

Wasza Bajka, znana gdzieniegdzie jako Anna

ps. bardzo proszę o przekazanie informejszona wszystkim zainteresowanym krewnym i znajomym królika, do których kontaktu nie posiadam, a których również mam nadzieję tam spotkać 🙂

Ząbki jak kastaniety

Dziś jest mi bardzo zimno. W pracy siedzę przy samym oknie co pomijając wrażenia estetyczne nie wprowadza mnie w dziki zachwyt bo po pierwsze primo cała ściana budynku to jedno wielkie okno (latem gorące jak piec, dziś rodem z Antarktyki) a po drugie primo okno owo i tak się nie otwiera, więc umiejscownienie mam nader niekorzystne. Kaloryfer daleki i zimny jak drań. Brrr brrr szczękościsk klawiatury mojej paszczęki przepuszcza tylko ciepłe napoje, więc kawa się nadawa (choć gorzała szybciej działa ale w pracy jesteśmy więc wracajmy na ziemię) podobnie herbaty wszelakie ale dłonie nadal pozostają lodowate. Kostnicą mi tu zalatuje. A może zarząd nie ma funduszy by nam wynagrodzenie wypłacić i walnie uchwalił uśmiercenie całej załogi w trybie natychmiastowym i sabotuje grzejniki?

Zostałam porwana

W dodatku bezczelnie i bez mojej wiedzy. I to przez co? Przez tramwaj. Żeby choć jakiś nieprzyzwoicie przystojny brunet o zamglonym spojrzeniu (zamglonym broń boże w sensie geriatrycznym lub okulistycznym lecz z miłości wielkiej i zniewalającej, hehe ciekawe kto mi w to uwierzy) ale nie, to musiał byc tramwaj. Moja piętnastka, której dotychczas tak bezgranicznie ufałam, że mogłam się do niej wtarabanić i z czystym sumieniem zaczytać się w książce, zamyślić nad czymś bardzo ważnym lub zupełnie nieistiotnym albo też po prostu przyglądać się ludziom. To straszne – nawet tramwajom nie można dziś ufać. Rano wyszłam z domu jak zawsze zaspana i w sporym nieładzie fryzjersko-stylistycznym. Zazwyczaj zapinam się na różne guziki, suwaki, haftki i zatrzaski oraz układam włosy (czyli próbuję okiełznać rozwiane przez wiatr kosmyki i schować je do kaptura) na trasie miedzy klatką schodową (obficie już chyba przez ostatni rok spryskaną moimi perfumami każego ranka) a przystankiem tramwajowym. Mam sporo czasu, bo mijam ogródek dawniej jordanowskim zwany a dziś będący siedliskiem wczesnej młodzieży wyjącej nocami dyskotekowe szlagiery i panów o opływowych kształtach czaszki z kijami w poszukiwaniu piłki i rękawicy, parking z panoramą psich kup, blok mieszkalny z rozentuzjazmowanymi starszymi paniami na balkonach i kawałek lasku bielańskiego z rowerzystami i ekshibicjonistami (a właśnie! przypomniało mi się, że jajka muszę kupić). Zanim dotrę na przystanek jestem więc kompletnie ubrana i „wyglądam nawet czasem jak człowiek” (wredny tekst Mamuta oczywiście). Niemniej jednak do tramwaju wsiadam nie zawsze jeszcze przytomna, bo budzę się do życia dopiero koło 9.00 a wtedy to już siedzę od 15 co najmniej minut w pracy i robię dobre wrażenie. Dzisiaj oczywiście nie widziałam powodu, dla którego miałoby byc inaczej i… zostałam porwana… Okazało się, że tramwajom zmieniono trasę, bo metro budują. Też mi nowina – budują od 50 lat chyba a do tej pory do pracy piętnastką jeździłam. Pora wrócić do autobusów i korków. I jak tu lubić ZTM?

Z innej beczki

Nakładem Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego wychodzi jutro książka pod tytułem „OBRAZ MĘŻCZYZNY W POLSKICH MEDIACH. PRAWDA – FAŁSZ – STEREOTYP”. Nareszcie książka o mężczyznach pisana przez mężczyznę – Krzysztofa Arcimowicza. Pozycja ta jest kolejną z serii „Płeć i rodzaj”. Będzie kosztować 33 złote. Kupię i przeczytam.

ps. i niech mi się teraz Anzv przyczepić spróbuje tylko 😉

Miłego wieczoru