Monthy Python na weekend

W ZAKŁADZIE POGRZEBOWYM

FACET: – Dzień dobry.
TRUMNIARZ: – Czym mogę służyć?
FACET: – Mógłby mi pan pomóc? Moja matka właśnie umarła.
TRUMNIARZ: – Oczywiście, przecież zajmujemy się sztywniakami.
FACET: – Co?
TRUMNIARZ: – Możemy zrobić trzy rzeczy: spalić ją, pogrzebać albo wyrzucić.
FACET: – Wyrzucić?
TRUMNIARZ: – Do Tamizy.
FACET: – Co?
TRUMNIARZ: – Lubił ją pan?
FACET: – Tak.
TRUMNIARZ: – W takim razie jej nie wyrzucimy. Co pan woli pogrzebać ją czy spalić?
FACET: – A co pan poleca?
TRUMNIARZ: – Oba sposoby są paskudne. Jeśli ją spalimy, ogarną ją płomienie i zacznie skwierczeć, co może ją trochę przerazić, jeśli nie jest całkiem martwa. Ale to szybki sposób. Dostanie pan garść popiołu i będzie udawał, że to prochy. A jeśli ją pogrzebiemy, zaczną ją zjadać różne paskudne robaki. I jak powiedziałem, może ją to przerazić, jeśli nie jest całkiem martwa.
FACET: – Rozumiem. Ale ona na pewno nie żyje.
TRUMNIARZ: – Gdzie ją pan ma?
FACET: – W tym worku.
TRUMNIARZ: – Mogę zerknąć? (zagląda) Młodo wygląda.
FACET: – Tak, umarła młodo.
TRUMNIARZ: – (do pomocnika): – Fred!
FRED: – Tak?
TRUMNIARZ: – Chyba mamy co do żarcia!
FACET: – Co takiego? Proponuje pan zjeść moją matkę?
TRUMNIARZ: – Tak. Ale nie na surowo.
FACET: – Co?
TRUMNIARZ: – Zrobimy z niej pieczeń z frytkami, brokułami i sosem chrzanowym.
FACET: Właściwie jestem trochę głodny…
TRUMNIARZ: – świetnie!
FACET: – Z pasternakiem?
TRUMNIARZ: – Fred, skocz po pasternak!
FACET: – Wie pan, mam jednak opory.
TRUMNIARZ: – Co panu powiem. Zjemy ją, a jeśli pan potem będzie miał poczucie winy wykopiemy grób a pan do niego zwymiotuje.

Miłego wszystkiego 😉

Bełkot poranny

Dzień drobny. Chcę powiedzieć, że jeszcze śpię i ta notka jest pisana przez moje lunatyczne ja, które musi być w pracy i udawać, że Ono to Ja. Byłam w Parku – jak co tydzień – i to poniekąd wszystko tłumaczy. Ale po powrocie musiałam jeszcze Nikitę przytulic i tak się z tym przytulaniem zrobiło widno bardzo. Zasnęłam w wannie ale przynajmniej mam pewność, że czysta dziś jestem nad wyraz. Tak przy okazji Dzasek ma wpierdol, że się tak kolokwialnie wyrażę, bo miał cham przynieść zaległy od roku prawe prezent for mła od Madzixa. Za każdym razem jak się umawiamy to coś nawala – albo moja kostka albo Jego pamięć. Za to Złą i Porky’ego spotkałam (a raczej Oni spotkali mnie, bo bez okularów byłam a w nocy to ślepy kret przy mnie jest małe miki) ale tylko się przywitałam bo czekali moi znajomi. Wcześniej byłam na polach (bo gdzieżby indziej). Skład – Mal, Hal, Ja, Jakub, Berez (miło poznać było) i Baśka – ta to tylko wyszła na spacer ale jak to ja twierdzę „pójdź na pola a zawsze spotkasz stado znajomych”. Po drugim piwie laski stwierdziły, że czas na karaoke – łomatko – i Baśka zapisała nas na kawałek Szwagierkolaski „U cioci na imieninach” jako zespół o wdzięcznej nazwie Dzikie Świnie – łomatko 2. Udało nam się jakoś zaśpiewać choć Mal sie wyłamała i nie poszła a za plecami nieznajomi panowie robili nam tło choreograficzne – łomatko 3 – oklaski oklaski oklaski (choć i tak na szczęście było słychac tylko Hal). Pan konferansjer (czy jak się tam On nazywa) się uśmiał zdrowo i poprosił byśmy zaśpiewały (uważałabym z tym słowem na Jego miejscu) jeszcze jeden utwór, tym razem Big Cyca „Facet to świnia”. Na to nie trzeba nas było namawiać i choć nie znałyśmy tego ni w ząb – dałyśmy rade. Łomatko 4. Nie ma jak Merlin. Panowie przy naszym stoliku nawet nie bardzo byli oszołomieni i powiedzieli „całkiem, całkiem”. Pamiętam, że jak Jakub śpiewał ongiś z Konradem przebój Haddawaya „What is love” – ukryłam się pod stosem kurtek i udałam, że nie widzę tych znaczących wiele spojrzeń z sąsiednich stolików. Tia… przygód kilka wróbla ćwirka a fakt jest faktem, że się koszmarnie nie wyspałam. Ziewanie mnie wykończy. Ciekawe ile się traci kalorii siedząc tak ciągle z otwartą japą?

Njus namber łan

Wczoraj we wczesnych godzinach wieczornych na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich z Kruczą kotka dotychczas zwana Kicią otrzymała imię – NIKITA (nie nosi nazwiska Chruszczow). Stało się to na skutek prostej i krótkiej gry skojarzeń pana Jakuba: Kicia – Kitka – Kita – Nikita. I tak już zostanie 🙂

10 przykazań dla młodych żon

PO PIERWSZE:
Ciesz się, że w ogóle ktoś cię zechciał.

PO DRUGIE:
Nie myśl, że jak już cię zechciał, to możesz przytyć 20 kg i łazić po domu jak łazęga.

PO TRZECIE:
Daj mężowi trochę luzu. I tak jest w szoku, że ożenił się właśnie z Tobą. Trochę to potrwa. Jeszcze jakiś czas będzie się upewniał, czy wybrał dobrze…

PO CZWARTE:
Pamiętaj, piwem maż się nie zatruje.

PO PIĄTE:
Nie wypytuj go stale, gdzie był i co robił, próbuj sama dedukować. Nawet nie masz pojęcia, jak takie pytania irytują.

PO SZÓSTE:
Uważaj żeby zupa nie była zbyt słona za często.

PO SIÓDME:
Jak zobaczysz szminkę na ustach lubego, nie wydzieraj się niepotrzebnie, może ratował komuś życie metoda usta-usta.

PO ÓSME:
Wyrzuć wszystkie kolorowe czasopisma. Tyle w nich mądrości ile w głowie przeciętnej kobiety – niewiele.

PO DZIEWIĄTE:
Nie łap męża na ciążę, bo możesz się przeliczyć.

PO DZIESIĄTE:
Wyskocz czasem do dobrego klubu nocnego, popatrz na lepsze od siebie. Uczyć trzeba się całe życie.

Nie skomentuję bo właśnie się tarzam ze śmiechu 😉

"Tylko bla bla bla, a w tym sensu brak"

Wstaję rano. Budzik znowu zadzwonił o całe 5 godzin za wcześnie. Zęby, siusiu, prysznic. Budzę się i zaczynam się ubierać. Zanim skończę znowu zasypiam. Karmię kota, bo bydlę miauczy wrzaskliwie z kuchni niosąc echo po wszystkich moich zaspanych synapsach. Wychodzę. Na wycieraczce stos ulotek. Kurde jakim cudem przez noc zdążyło mi się pod drzwiami zareklamować pół Warszawy? Ludzie spać nie moga tylko roznoszą czy jak? Ech… Zabieram makulaturę i wrzucam do śmietnika. Segreguję. Na tyle mnie stać. Idę na przystanek w towarzystwie Massiv Attack. Dobrze mi. Przystanek. Już mi nie dobrze. Jak to śpiewał Kazik „pot śmierdzi spod pach” – ludzie! trzeba się myć a nie wietrzyć. Pod kioskiem jakies szczyle z piwkami. Wcześnie zaczynają. Mam olbrzymia dziurę w głowie. Skończyłam ziewać i zniknęła. Autobus. Stoję i czytam – dziś Tryzna „Idź, kochaj”. Uśmiecham się, bo trafiłam ciekawy fragment. Ktoś ściąga mnie wzrokiem. Facet myśli, że to do niego. Wracam do lektury. Po sygnale nie wysiadać. Wysiadłam. Nowy Świat. Atakują mnie ręce z tonami papieru. Zazwyczaj biorę żeby tym dłoniom przykro nie było. Większość udaje, że nie widzi. Łapię uśmiech dziękczynny (bo laska stoi już od szóstej i ciągle ma pełen plecak) i zasilam śmietnik. Nie segreguję – jest tylko jeden. Praca. Czwarte piętro. Winda zatrzymuje się na każdym piętrze bo komuś się nudziło i sobie ponaciskał. Nie wściekam się. Zostawię siły na koniec pracy, kiedy będę się spieszyła na tramwaj. Karta magnetyczna. Piip. Witamy w raju – jesteś trylionową osobą, która nas odwiedziła. Skrytka pocztowa pełna Aktivista, City Magazine, Aktivista w wydaniu Exklusiv, Empik Newsa i innych pierdół, których i tak nigdy nie będę miała kiedy poczytać. Czasem zdarza się list czy kartka z wakacji albo na święta – wtedy cieszę się bardziej niż zwykle. Ulotki, reklamy, prospekty – rany w harcerstwie miałabym juz stado oznak za makulaturę. Biurko. Miszmasz kontrolowany czyli burdel jak co dzień. Odpalam kompa. Poczta. Masz 213 wiadomości. O rety! Ale jestem popularna! Cała ludzkość nic innego nie robi, tylko do mnie pisze. Inkjet USA zapewnia mnie że bez ich drukarki nie dam rady dalej egzystować, Reserved robi wyprzedaż i uznali, że MUSZĘ ale to koniecznie na nią trafić bo to dla mnie wymarzona okazja, podobnie jak Ving, który zaprasza mnie w podróz moich snów (ciekawe, że wszyscy znaja moje sny i marzenia nie znając mnie samej), Foreclosed i jego ATB Balance wyleczy mnie ze wszystkiego tak jak i Blue Therapy, a potem Dennis z USA zapewni mnie, że jestem Number One i jego jedyną tylko MUSZĘ się zarejestrować gdzieśtam. Priority, permission, back to school, act fast, fatburner, hair removal, double day, promisse i paradise, wszystko free i very quick. HELP!!! Wywalam wiekszość bez otwierania. Ten spam mnie wykończy. Praca, praca, praca. Przerywniki w postaci wiadomości, sms-ów i telefonów od krewnych i znajomych królika ratują mnie przed obłędem. Dziś wchodzą jakieś durne promocje a baza się sypie. 60 klubów Empik w całej Polsce, sieć padła, zaczynają się schody. Udało się. Znowu względny spokój. „Aniu słoneczko czy mogłabyś…”, „Aniu skarbie zrobisz…”, „Aniu…”. Wrrr a co ja jestem napis na dropsach? Dziś mam nastrój nieprzysiadalny i to wybitnie. Jak na złość wszystkim stałam się niezbędna do życia. Przechodzi mi po drugiej kawie. Uśmiecham się, żartuję, głupawka popołudniowa. Koniec pracy. Winda wrrr… Spotkanie ze znajomymi, jakaś knajpa, jakieś kino, jakiś spacer, pola, Park… życie jest piękne 😉 Nieprzytomna godzina. Powrót nocnikiem. Dworzec Centralny – miasto w mieście i obserwacja uczestnicząca społeczności lokalnej. Autobus jak zawsze pełen i spóźniony. Miejsca siedzące. Dobrze mi. Nie wysiadać po sygnale. Znowu wysiadłam. Home sweet home. Skrzynka pełna. Co za popularność 😉 Dobranoc

Co najczęściej robimy w pracy?

Oto wyniki kolejnej sondy, która tym razem dotyczyła naszych miejsc pracy. Dziękuję 55 osobom (mam nadzieję, że tym razem Biko nie oszukiwał) za oddanie głosu i zapraszam do kolejnej związanej z myśleniem 😉

Oczywiście jak można się było spodziewać Polska to bardzo pracowity kraj z jeszcze bardziej pracowitym narodem (tia) i odpowiedź „pracujemy” zyskała najwięcej zwolenników – aż 49%(27 głosów). Wierzyć się nie chce, że wszyscy tacy porządni (pewnie szef stał za plecami).

Drugie miejsce dzięki szczęśliwej szestnastce (29%) wskazuje, że w pracy siedzimy zatopieni po uszy w lekturze blogów i warczymy na szefa, gdy czegoś od nas chce. Rzekłabym standard i tak naprawdę ta odpowiedź wydaje mi się najbardziej prawdopodobna.

Na trzeciej pozycji pod względem popularności uplasowała się odpowiedź „staramy się sprawiać wrażenie mniej sennych niż faktycznie jesteśmy” – a tak postępują 4 osoby czyli 7%.

Czwarte miejsce wskazuje za pomocą 3 osób (5%), że w godzinach pracy chichramy się z byle czego jak dzikie norki po solidnej dawce „głupiego Jasia”. A potem się wszyscy dziwią, że wszędzie przyjmują wariatów 😉

Na piątej pozycji znalazły się jednocześnie dwie odpowiedzi z liczba głosów 2 każda (po 4%) co oznacza, że niewiele osób zamiast pracować działa wybitnie na rzecz TP SA obdzwaniając wszystkich krewnych i znajomych królika i równie niewielka liczba nudzi się jak mopsy ukradkiem przesuwając wskazówki firmowego zegara co akurat wydaje mi się wybitnie mało prawdopodobne biorąc pod uwagę bilingi telefoniczne firm i fakt, że spora część uskarża się na mało interesującą pracę.

Ostatnie miejsce należy do odpowiedzi „jesteśmy pochłonięci konsumpcją różnej maści gorących kubków, fastfoodów, owoców sezonowych i najnowszych ploteczek” i okazuje się, że tylko jedna osoba (2%) odżywia się w pracy (do plotkowania przyznaje się też tylko jedna ale i tak wszyscy wiemy jak jest naprawdę) – reszta głoduje cały dzień albo zabiera do roboty kotlety schabowe z bigosem albo pomidorówkę w słoiku i odgrzewa w promieniach słonecznych na parapecie 😉

No no

Pełna kultura

Niektórzy wiedzą (inni zaraz się dowiedzą), że pracuję w Empiku. Na szczęście – dla siebie i dla klientów (dla nich nawet bardzo dobrze, bo w chwili wybuchu rażę odłamkami na kilka mil i mogłabym rozszarpać) – nie w jednym ze sklepów ale w Biurze Spółki. Praca mało rozwijająca i nie za bardzo związana z moim wykształceniem ale szanuję ją bo o dobrą posadkę teraz ciężko a ta do złych nie należy. Jestem sobie dumnie brzmiącym (i chyba tylko) Specjalistą ds Bazy Danych w Dziale IT i dobrze mi z tym, choć nie ukrywam, że marzenia pozostają niezmiennie powiązane z psychologią. Mam swoje biurko ze szpargałami, komputerem i telefonem oraz masą nikomu niepotrzebnych ale bardzo niezwykle istotnych papierzysk. Cieszy mnie fakt, że nie mam do czynienia z klientami, którzy poza nielicznymi „normalnymi” i bezproblemowymi przypadkami, które potrafią przyjść do sklepu, wybrać coś dla siebie (a gdy mają pytania zrozumieć co się do nich mówi), zapłacić i wyjść, są niezwykle często wybitnie wkurzającymi i bezmyślnymi istotami. Byłam wczoraj w Empiku na Marszałkowskiej, żeby zakupić kolejną do kolekcji książkę Kępińskiego (tym razem padło na „Psychopatie”, tak więc w najbliższym czasie jazdę autobusem będę miała bezproblemową i bez zbędnych pytań otoczenia) i przy okazji obserwowałam sobie tłumek. Doświadczenia takowe są bardzo przeze mnie lubiane – ciekawych rzeczy można się czasem o życiu i ludziach dowiedzieć – a zbiorowiska sklepowe stanowią atrakcyjną płaszczyznę poglądową. Nie zdziwię się, jeśli po przeprowadzeniu serii badań okaże się, że personel Empików stanowi sam szczyt współczynnika samobójstw i morderstw (i to w miejscu pracy). Mnie samej się nóż w kieszeni otwierał a co dopiero ma pomyśleć biedny kasjer, co to raz w miesiącu pobiera coś na kształt wynagrodzenia w wysokości ok 600 zeta do łapki. Chyba tylko ululać się za to można w jakiejś ciemnej bramie i to niczym konkretnym. Przychodzi sobie na przykład paniusia z wyglądem mocno przechodzonej Barbie ciągnąc za sobą dziecię rozdarte wewnętrznie tudzież zewnętrznie rykiem syrenim i domaga się najnowszego Harry’ego Pottera ale to już. Sprzedawca (wyglądający jakby cały boży dzień biegał jak chart z wywieszonym ozorem) grzecznie prowadzi Barbie z przychówkiem do regału (na wprost od wejścia, trzeba być chyba niewidomym żeby nie zauważyć) a paniusia w ryk, że Ona owszem widzi ale TEN jest zagraniczny a Ona chce po POLSKU. Sprzedawca głosu nie podnosi (bo mu nie wolno – jej widocznie wolno wszystko) i tłumaczy jak krowie na miedzy, że w wersji językowej ojczystej książka dostepna będzie dopiero w styczniu, bo dopiero wyszła po angielsku. Hermenegilda w słowo mu wchodzi i gdacze dalej, że jakże to tak może być, że książka jest ale tylko po angielsku, że Ona jest w Polsce i chce po polsku a jakby chciała po angielsku to by SE pojechała do Hameryki a Ona biedna przychodzi do Empiku a tu JAK ZWYKLE nic nie ma i że w ogóle to do cholery nie podobne (Ona za to owszem owszem podobna), żeby taki duży sklep i się ogłasza wszędzie a nie mają Harry’ego Pottera a przeciez to jest teraz wszędzie namber łan. Kończy mnóstwem wykrzykników i wlepia gały w ogłuszonego sprzedawcę, który nadal grzecznie, ale już z szaleństwem dzikim w oku błyszczącym (o Boże spuść nogę i kopnij) stara się Larwie wyłuszczyć w czym rzecz i że polska premiera teh książki jest przewidziana dopiero na styczeń, bo takie są ustalenia wydawcy, dystrybutora, tłumaczy i samej autorki prawdopodobnie też i że zawsze jest tak, że obcojęzyczne książki wchodzą na nasz rynek z opóźnieniem i na odwrót. Baba fuknęła gniewnie, odwróciła się na pięcie i poszła klnąc pod nosem na Empik. Sprzedawca zaś podszedł do kolejnej zaginionego w akcji klienta siląc się na uśmiech na pół godziny przed końcem pracy. Wcale ale to wcale się nie dziwię, że nigdy nie można znaleźć sprzedawców gdy są potrzebni, albo że na półkach jest kurz na trzy palce, bo jakże ma być inaczej skoro jest ich za mało i przeważnie są zajęci obsługą neurotycznych i kompletnie niezdecydowanych wariatów, który uciekli z pobliskiego szpitala a Empik był po prostu najbliżej. Nie twierdzę, że personel jest pierwsza klasa i zawsze w porządku, bo zastrzeżęnia mam jak stąd w cholerę i jeszcze trochę ale Oni i tak powinni pójść żywcem do nieba za taką pracę. Klienci chodzą i narzekają, że syf (ktoś go chyba do kurki siwej robi a nie podejrzewam, że wszyscy pracownicy sklepu w przerwie śniadaniowej ukradkiem rozsypują po podłodze śmieci i utykają ogryzki między półkami żeby potem po godzinach mieć więcej pracy), książki zniszczone (to też na pewno dyrektor Empiku z rodziną przychodzi jak do czytelni i rzuca po ścianach albumami Van Gogha oraz zostawia w charakterze zakładek bilety PKP relacji Warszawa-Kraków), kible brudne, śmierdzące i zapchane (dodam tylko, że toalety dostepne dla klientów nie są dostępne dla obsługi – Oni muszą biegać na trzecie piętro do biura i to tylko gdy znajdą kogoś na chwilowe zastępstwo). Tak tak najprościej narzekać, że Empik to pełna kultura ale chyba bakterii za to trudniej pomyśleć i zastanowić się kto ten cały burdel nakręca. Dzięki temu, że wiem jak pracuje się w takim sklepie, nie śmiecę, tylko zabieram odpadki ze sobą i wyrzucam do kosza na zewnątrz, nie niszczę towaru i gdy jedna (na ogół najbardziej sfatygowana)książka służy za „tester”, nie zrywam folii z innych by zobaczyć czy czasem nie ma w niej skarbu, jeśli korzystam z toalet spuszczam po sobie wodę i nie próbuję wrzucać do sedesu całej rolki papieru toaletowego „bo mi się nudzi” i przede wszystkim szanuję personel, nawet gdy bywa kapryśny, bo nikomu nie życzę takiej pracy i wiem jacy potrafią być klienci. Nie mówię oczywiście o ewidentnych przypadkach przerostu formy nad treścią, kiedy to klient jest traktowany jak w znanym skeczu „Z tyłu sklepu” (gdzie S.K.L.E.P. to skrót – stój kliencie lub ewentualnie poproś) a pani lub pan za ladą występują w charakterze królowej angielskiej ale niestety na ogół jest zupełnie odwrotnie. Klient nasz Pan – jasne, Płacę i Wymagam – pewnie, tylko że era niewolników skończyła się spory czas temu a całe stado ludzi nadal traktuje obsługujące ich osoby z wyższością nadzorcy w czworakach. Pełna kultura…

Chłop i Baba

OSOBY:

Narrator – komentator scenicznej rzeczywistości
Chłop – przedwojenny spryciarz
Baba – spryciarzowa
Policjant – organ wykonawczy przedwojennej władzy

Miejsce akcji: Uboga chałupa w ubogiej wiosce

Narrator: – Działo się to w biednej przedwojennej wiosce. Żyła tam rodzina. Uboga i szczęśliwa. Przede wszystkim uboga. Chłodno im było i głodno. Chłodno przede wszystkim chłopu, który z uwagi na wystające żeberka szybciej ciepło tracił. Często więc siadał na przypiecku, grzał się i pogwizdywał. Jazgot był w chałupie, bo też bieda piszczała jak stu Paganinich, a i babie kiszki marsza grały. Ciężko im było.
Baba: – Ciężko nam! O jakże nam ciężko!
Narrator: – Biadoliła baba.
Policjant: (wchodzi bez uprzedzenia)
Chłop: – Nie teraz! Won ze sceny!
Narrator: – Lamentował chłop.
Policjant: (wychodzi w popłochu)
Chłop: (zachowuje pełny spokój)
Narrator: Na domiar złego była właśnie klęska nieurodzaju. A przed wojną klęski nie zdarzały się co roku. Nieprzyzwyczajone chłopstwo więc w czarną rozpacz wpadło, zaś baba wzięła łopatę i poszła szykować pochówek. Jakież było jej zdziwienie, kiedy zamiast grobu pieniądze wykopała. Nie były to złote monety, ale dla biednego było to więcej niż dziesięć złotych.
Baba: – Dwanaście!
Narrator: – Długo oboje świętowali. Zaś wieczorem włożyli pieniądze do worka po fasoli i poszli spać! Nazajutrz do ich chałupy zawitał stójkowy i jego nieodłączny owczarek niemiecki Helmut!
Policjant: (do psa) – Helmut, leżeć!
Narrator: – Zlękli się oboje i worek schować chcieli. Zauważył to policjant.
Policjant: (zauważa to) – A cóż tam chowacie przede mną?
Baba: – A worek.
Narrator: – Odparła baba.
Policjant: – A w worku co?
Baba: – Fa sol la…
Narrator: – Kłamała jak z nut.
Policjant: – A nie łżesz?
Baba: – Kto?
Policjant: – Ty!
Baba: – Ja?
Policjant: – Tak.
Baba: – Nie łżę!
Narrator: – Łgała…
Policjant: – A skąd ta fasola?
Baba: – A wyrosła!
Policjant: – A przecież nie sialiście…!
Chłop: (przypomina o innych cudach natury) – A grzyba na ścianie sialim?!
Policjant: (przypomina o innych sposobach rozmowy) – A w mordę chcesz?
Narrator: – Na te słowa baba poczęła włosy z głowy rwać.
Baba: (rzuca się na mężowy łeb i dalejże wyrywa włosy) – A jakże to tak rodaka w mordę lać?
Policjant: – A ja nie ze złości, jeno żeby myśli do dalszej dyskusji zebrać. Wierzcie mi. Słowo daję!
Chłop: – A twoje słowo psu na budę!
Narrator: – Policjanta aż zatkało. A gdy odzyskał głos to powiedział:
Policjant: (bloup!) – Jakże to? Godzi się zaufania do władzy nie mieć?
Chłop: – A bo ludzi bijesz za pieniądze!
Narrator: – Zmarkotniał policjanat i mu się wstyd zrobiło, że nie bije ludzi za darmo…
Policjant: – Juści, szuja jestem, nie powiem…
Chłop: – Ale ja powiem!
Narrator: – Powiedział chłop.
Chłop: – Do dziś mam ślady na plecach, jak żeś mnie obił!
Policjant: – Do dziś?
Narrator: – Zainteresował się policjant
Policjant: – Ech dobra przedwojenna robota.
Narrator: – I powiedziawszy to policjant ze smutkiem odszedł w mrok historii. Zaś odchodząc pomyślał: Oj, nie lubią mnie ludzie.

– Nie luuubiąąą, nie luubiiąąą – zawodził wiatr

– Nie luuubiąąą, nie luubiiąąą – szumiały drzewa

– Niech lubiąąą, niech lubiąąą – pisała gazeta.

KONIEC

Autorzy: Władysław Sikora, Andrzej Kłos

Zakupy pięciominowe

Pani kasjerka w Remie na dole znowu miała przerażenie w oczach solidnie umalowanych cieniem blue marine. Grzecznie jednak wstukiwała kolejne cyferki choć komentarz wybitnie cisnął się Jej na usta.

2 bułki ciabatta
stado parówek (berlinki)
musztarda sarepska (saperską zwana)
2 nektarynki
1 banan
3 śliwki węgierki
sezamki (3 paczki)
2 saszetki whiskas junior (pyszne kawałki kurczaka w jogurtowym sosie – jak głosi etykieta)
multiwitamina z tarczyna (330 ml)
mleko zagęszczone niesłodzone (200g)
1 ogórek małosolny (choć wg mnie wybitnie kwaszony ale pyszny)
cukier w kostkach
sok wieloowocony 1 litr

Już sobie wyobrażam jak w myślach widzi mój pęd ku wc po zjedzeniu tego wszystkiego łącznie z żatrciem dla kota i to na raz. A potem krążą opowieści o bulimicznej Annie, zakradającej się nocami do sklepów i wyżerającej dżem z suchym makaronem i popijającej oliwą z oliwek tłoczoną na zimno…